Pamiętacie moją rozkminę o plusach i minusach niesłyszenia? Pisałam o tym tutaj. W sierpniu. Napisałam i zapomniałam, zajęłam się życiem. I kilka nocy temu nagle mnie olśniło. Pewnie dlatego, że słyszący chłopak się napatoczył na mojej drodze, pewnie dlatego, że wiele rzeczy puściło w ostatnich miesiącach, że nie siedzę już kurczowo w abstrakcyjnej ezoteryce a przez to moje myślenie jest zupełnie inne. Pewnie dlatego, że napisałam tę notkę o zaufaniu i dzięki niej dużo zrozumiałam.

I wiecie co?

Cieszę się, że jestem głucha. 

I chcę taka pozostać.

Nie chcę słyszeć.

 

I mi dobrze z tym, i będzie dobrze. Bo mam wszystko co mi potrzeba i niczego więcej nie chcę. 

Te głupie niskie poczucie wartości będzie we mnie jeszcze długo, możliwe, że nie zniknie totalnie, jakiś tam procencik będzie się wydzierał, no to będzie. Wzruszę ramionami, popłynie parę łezek, posmutkuję, ale nie wpłynie to na generalną codzienność. Już nie.

 

Zaczęłam wydawać swoje ebooki, zaczęłam się uczyć do prawa jazdy na motor, uciekłam od innych, by móc pozostać sobą i słuchać siebie, naśladować tylko siebie. Przestałam się przejmować innymi ludźmi, tym, co robią, co powiedzą, jacy są i ile mają.

Bo tej właśnie nocy odkryłam, że to właśnie moja głuchota sprawiła, że jestem silna i mam cholernie atrakcyjne życie. I ja nie chcę tego życia zmieniać!

 

Uświadomiłam sobie, że będąc słyszącą kobietą miałabym strasznie nudno i łatwo. A ja lubię wyzwania, wyzwania mnie mobilizują, motywują, poszerzają moje myślenie, empatie, horyzonty, uelastyczniają Anetkę. Taka praktyka uczy wszechstronnego ogarniania sytuacji, i to błyskawicznie. To, że nie słyszę zmusza mnie do szukania alternatywnych rozwiązań bez patrzenia na swoją ułomność, bez patrzenia na swoje poczucie wstydu, nie ma zresztą na to miejsca, kiedy sytuacja bywa poważna. 

 

Co to znaczy te nudno i łatwo? 

 

Marzenia nie byłyby tak pociągające, gdyby były dostępne, bo w większości bywają niedostępne dla osób głuchych. I nie chodzi o możliwości, ale o własne poczucie wartości, intensywniejszą naukę i wysiłek, wzmożoną walkę ze samym sobą. Słyszący mają swoje marzenia i pasje na wyciągnięcie ręki, ich ogranicza dużo mniej niż osoby niepełnosprawne, przez co cel smakuje zupełnie inaczej. Duma i satysfakcja z pokonania siebie jest nieporównywalna.

 

Ja chcę wyzwania, ja chcę płoty i blokady i kolce, mnie to kręci, to taka psychiczna adrenalina, której nie miałabym jako osoba słysząca. Brzmię jak sadystka? Lubię ból, niezliczone potknięcia i łzy? Nie, nie lubię. Ja lubię te uczucie PO. I właśnie dla tego uczucia, które jest moje i tylko moje, jest warto to wszystko przejść.

 

I wiem, że każdy znajomy z wadą słuchu powie to samo. Owszem, będzie wyklinał na swój los, na swoje ciężkie życie, że nic mu nie wychodzi, że szczęścia nie ma, że same kłody pod nogi i marzeń nie ma jak realizować, ale pomijając to – jestem bardziej niż pewna, że wybierze swoją wadę słuchu aniżeli słyszenie.

 

Z ezoterycznego punktu widzenia moją karmiczną lekcją na obecne wcielenie jest nauka komunikacji. I wybrałam sobie całkiem fajny dodatek – głuchotę, która przecież jest poważną przeszkodą w poprawnej komunikacji. No, ale co tam. Pisać umiem i to nieźle, a to też się wlicza. Wlicza się też każda prywatna rozmowa z Wami, każdy mail od Was, każdy komentarz. Wlicza się Wasze czytanie, myślenie nad tym, relacja pisarz-czytelnik. A kiedy pojawił się M., musiałam wyjść ze strefy milczącego bezpieczeństwa i zacząć przekształcać myśli i uczucia na kulawy głos a nie na błyskotliwe palce. Można powiedzieć, że forma komunikacji mocno się poszerzyła. A ja sama mam poczucie, że dobrze odrabiam swoją życiową lekcję. 

I cholernie to lubię!

No, ale jestem numerologiczną Piątką w wielu aspektach a Piątki kochają zmiany, przygody, dynamikę życia, wyzwania, rozwijają się w ten sposób. Jestem idealna po prostu sama ze sobą i kurczę, Anetka, uwierz w to w końcu!

 

Okej, mieszkam w Anglii, a tu dużo ułatwień dla niepełnosprawnych. Ciężkie zdziwienie przeżyłam, jak okazało się, że moim instruktorem do prawa jazdy na motorze będzie niesłyszący mężczyzna, to przecież w Polsce nie do pomyślenia. No i ta angielska kultura, spokojna taka, bez szarpaniny, bez chamstwa, taktowna i cierpliwa. To też dużo daje, bo kiedy Ty sam traktujesz kogoś grzecznie to wysoce prawdopodobne, że sam też tak zostaniesz potraktowany. Ale jest też minus – mówienie i rozumienie po angielsku jest rozstrzęsione u mnie i musiałam nauczyć się nie patrzeć na ten minus, nauczyć się nie myśleć w tle, co rozmówca może sądzić o mojej mowie.

Po tym to już poszło dużo łatwiej, nie przeskoczę swoich maksymalnych możliwości mówienia, nic z tym nie zrobię już, pozostało mi się z tym pogodzić, zaakceptować, jest jak jest i tyle. 

Dużo dało mi poczucie kogoś bliskiego w moim życiu, poczucie wsparcia od M. Poczułam się odciążona od codziennych problemów. Cieszę się, że mogę mu na bieżąco relacjonować i zrzucać te ciężary ze swoich barków. By kolejnego dnia mieć nowe siły na kolejne wyzwania, bez dźwigania wczorajszego dnia. 

I cieszę się, że jestem doceniana, potrzebna i mogę być pożyteczna w jego codzienności również.

To naprawdę dużo daje. 

 

A gdybym była słysząca?

 

Byłoby stanowczo za łatwo, za nudno, za szybko, bez smaku, bez pikanterii.

Eee…

Zdaję sobie sprawę, że nie każdy jest Piątką, która kocha wolność osobistą i niezależność, są też tacy, którzy usilnie potrzebuję kogoś kochać, kogoś mieć i szukają na siłę akceptacji – w rodzinie, w pracy, w szkole. To jest w porządku, każdy z nas ma swoją drogę i naukę do odrobienia, nie ma co z tym walczyć, tylko powiedzieć sobie

 

„Okej, jest jak jest, co mogę zatem zrobić lepiej, więcej, bardziej bym był/a szczęśliwa?”

 

aneta falkiewicz bieg przeszkody niesłysząca blogerka

daje do myślenia, co?