Po powrocie z Azji Centralnej w lipcu 2016 roku przyszedł czas na kolejne wyzwania. W maju spotkałam się w Polsce z dobrymi kumplami. D. i M. znałam od 2003 roku czy coś. D. jest mi jak młodszy brat, cierpliwy i wytrzymały, chodzący zen. A M. to wesołek taki. Obaj niesłyszący, porozumiewaliśmy się w języku migowym.

W każdym razie zarezonowaliśmy fajnie i zaczęliśmy napomykać o jakimś wspólnym wyjeździe. Nie wiem skąd, ale przyszedł pomysł na wyprawę w Tatry. Słowackie Tatry. W październiku.

Przygotowaliśmy się solidnie. Leciałam do Polski, przepakowałam się u rodziców i pojechałam do Zakopanego nocnym autokarem.

Tyle, że kilka dni wcześniej przed naszą wyprawą w Tatrach spadł śnieg.

Dużo śniegu.

I co teraz?

Ja miałam spakowane raczki w plecaku, chłopaki musieli na ostatnią chwilę ich szukać po sklepach. Zmieniły się też plany, bo w świeżym śniegu nie ma nigdy pewności, że gdzieś dojdziemy na czas. Ustaliliśmy z grubsza trasę, plany B i C, ale i tak będziemy działać spontanicznie. D. zarezerwował parę noclegów, ale w większości i tak niemal żadnego nie zrealizowaliśmy na czas lub w ogóle (schronisko na Rysach).

Żadne z nas jeszcze nie było w zimowych górach. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać w takich warunkach.

A ja w ogóle nie byłam w żadnych wysokich górach. Tatr od małego nie cierpiałam i ta wyprawa była moją szansą na zgniecienie nienawiści do tych gór.

Chłopaki znali moją chorobę oddechową, jak również słabszą formę po histerektomii, nie widzieli problemu w dostosowaniu tempa. Oni też zresztą nie byli w najlepszej jeszcze kondycji. Miałam ciężki plecak, bo 10kg, ale postawiłam na pas biodrowy.

Spotkaliśmy się wszyscy o szóstej rano w Zakopanem. Z nocnych autobusów pognaliśmy dalej by złapać ten jadący do Tatrzańskiej Łomnicy na Słowacji.

Wschód słońca, lasy, góry w tle, pusty autobus, przed nami przygoda.

W Tatrzańskiej Łomnicy zatrzymaliśmy się na przystanku, zrobiliśmy małe zakupy w pobliskim sklepie i zjedliśmy śniadanie w tamtejszej knajpce. Nagrzani, ubrani porządnie ruszyliśmy w kierunku gór. Droga była początkowo żwirowo-asfaltowa i łagodna, co było dobrym startem po nieprzespanej nocy. Mapy też mieliśmy, takie górskie, ze szlakami.

Dobra, idziemy.

Potem szlak już zaczął się zmieniać. Założyliśmy stuptuty na łydki i zaczęliśmy brnąć w śniegu po kolana.

Było magicznie, spokojnie, luźno. Przebieraliśmy się parę razy próbując znaleźć maksymalny komfort ubrań w stosunku do wysiłku fizycznego.

Pierwszy przystanek pod Folvarską Polaną.

Wypiliśmy Jagermeistera z gorącą herbatą.

Założyłam swoje raczki. Chłopaki jeszcze nie.

Długo nie wytrzymali. Było za ślisko na zwykłe buty. Poddali się i na ślepo próbowali założyć swoje pseudoraczki. Na stojąco. A Anetka miała polewę z nich, widziała jak się szamotali z nimi.

Szliśmy w kierunku Chaty Pri Zelenom Plese. (Czemu ja tu raków nie mam? szlak się zmieniał?)

Pięknie! Jeszcze dawałam radę po nocnej jeździe busem. Zimowe, ostre powietrze nieźle orzeźwiało i budziło. Bardzo mi się podobało!

I doszliśmy w końcu. Mój pierwszy nocleg w górach. D. już tu bywał parę razy, ale w zielonych porach roku, dla niego to też nowość widzieć te schronisko przy Zielonym Stawie w zimowych barwach.

Ikoną tej Chaty jest ten piesek. Ponoć futrzany gospodarz się zmienia co jakiś czas. My trafiliśmy na taką wersję.

Zostawiliśmy plecaki w schronisku, przebraliśmy się i wygramoliśmy się na zewnątrz robić zdjęcia.

Selfie z pieskiem. Chłopaki ulepili też bałwanka – Olafa.

Wygląda jak tapeta z tyłu, co nie? Miałam na sobie koszulkę od Pasjonatów, długa historia, z napisem na rękawach – „Too much ego will kill your talent” (Za dużo ego zabija Twój talent)

Wieczorem nasze wytargane na własnych plecach żarcia, gorące herbaty, czarne piwa Saris Tmavy i gry w Uno. Było dużo ludzi. Dużo sprzętu, butów i kurtek suszyło się przy piecach dookoła sali. Gwarno, pełno.

Nie było za bardzo miejsca, dlatego dostaliśmy nie łóżka, ale kawałki podłogi na strychu. Trzeba było wejść po drabinie. Ale widoki z okna – piękne.

Po dobrze przespanej nocy ruszyliśmy dalej. Góry już były otoczone mgłą.

Kolejnym celem była Chata Zamkovskeho. Gdyby śniegu nie było poszlibyśmy od razu na Teryho spać, ale śnieg, to śnieg. Nie dalibyśmy rady i tak. Droga okazała się męczarnią, gdyż śniegu było dosłownie po kolana.

Chłopaki się zemścili za moją polewę z ich raków. 

Łapały nas też skurcze nóg. Poprawialiśmy plecaki, bo dźwiganie to nie lada wyczyn przy górskich wędrówkach a dobre mocowania ratują plecy i humory. 

Po drodze mijaliśmy Skalnate Pleso. Wlazłam wyżej niż rok wcześniej na Ben Nevisia !!

Nie było co się pchać na Łomnicki Szczyt. Wszystko w chmurach. Chłopaki tutaj suszyli skarpety. Ja wywaliłam ten widok ze swojej pamięci. 

W końcu dobijamy do Chaty Zamkowskiego. Piesek, oczywiście. 

Nie było nikogo w schronisku. Ze względu na pogodę i szlaki zdecydowaliśmy, że zostajemy dwie noce a jutro dajemy sobie spokojnie cały dzień na zdobycie Teryho. Mieliśmy cały pokój dla siebie, łóżka piętrowe i ciepłą wodę.

Zamówiliśmy sobie też porządne obiady. Ja wzięłam ich atrakcję lokalną – chleb ze smalcem, cebulą i skwarkami. Ogromne pajdy!

Następnego dnia wcześnie rano, zostawiając bagaże w schronisku, ruszyliśmy na Teryho Chatę. Nie wiedziałam czego kompletnie się spodziewać, jak wysoko, jak stromo i w ogóle. Pierwszy raz byłam w Tatrach i poznawałam je od dziewiczej strony. 

O tu paluszkiem pokazuję schronisko na szczycie. Tam wejdziemy, ekhm….

Lisiątko się napatoczyło, nie bało się D. Zrobił mu całą serię zdjęć „Chodzi lisek koło drogi…

Ciepło było, słonecznie w miarę, dziko. Zupełnie inny typ gór co tadżycki Badachszan. Nie zapałałam miłością do Tatr, były mi obojętne. Ale podziwiać i chłonąć ich energię – czemu nie?

Robiło się coraz bardziej stromo. Raki ratowały kolana, dupę i komfort. Dawały też poczucie stabilności. Często przystawaliśmy odpoczywać, robić zdjęcia. Nie było pośpiechu. Byliśmy prawie sami na szlaku. 

Mordęga dla mnie się zaczynała. Traciłam oddech i powoli zaczynałam panikować. Ale obecność chłopaków idących obok dużo mnie uspokajała. Mówiłam Wam – D. to chodzący zen, M.- obracał sytuację w żart. 

No i w końcu się stało. Drogi oddechowe mi się zatkały, to nie zadyszka, to urok PCD. Posiedziałam kilkanaście minut w spokoju, we łzach i rozmawiając z ciałem doprowadziłam się do równowagi. Ciężko było. 

Przynajmniej widoki rekompensowały mi te wewnętrzne walki z płucami. 

I w końcu weszliśmy !!! Mój pierwszy dwutysięcznik!! I to jeszcze w zimowych warunkach!!

Dałam radę. Dzięki kumplom, to prawda, ale to moje nogi mnie wniosły a nie oni. 

Zdjęliśmy raki na zewnątrz i wleźliśmy do środka by napić się ciepłych herbat i uzupełnić cukier we krwi (czytaj paliwo na zejście) Maleńkie schronisko, i zgodnie stwierdziliśmy, że dzień wcześniej nie dalibyśmy rady wejść na Teryho. W ciemnościach? Spodobało mi się to, że łatwo się dogadywaliśmy i ustalaliśmy plany na kolejny dzień. Nie szarpaliśmy się, potakiwaliśmy, analizowaliśmy dokładnie jak długo, kiedy i gdzie. W języku migowym. Ja se naprawdę dobieram ludzi (za wyjątkiem wyprawy do Tadżykistanu).

Po herbatce czas na fotki i schodzenie do Chaty Zamkovskiego.

Tak szczerze? Dopiero oglądając te zdjęcia na spokojnie widzę i czuję majestat i potęgę gór. W tamtych chwilach skupiało się na praktycznych rzeczach typu raki, kamienie, logistyka zejścia, bezpieczny powrót, odpowiedzialność za współtowarzyszy. Góry były tłem. Dlatego zdjęcia okazały się ważne. 

Tu już schodzimy. Na górze widać schronisko. 

Po kolejnej nocy w schronisku Zamkowskiego zdecydowaliśmy się już przejść na granicę polską. Czyli do Łysej Polany. Ponad 35km w jedną stronę. Wyruszyliśmy ciemnym świtem, wyglądaliśmy jak Minionki z latarkami – czołówkami na głowach.

Coraz mniej śniegu, raczki trza było odpiąć. Łe… D. mówił, że po drodze mijaliśmy jeszcze Reinerovą Chatkę– najstarsze schronisko w Tatrach. Ale ja nic takiego nie pamiętam, nie mam nawet żadnych zdjęć. 

Krajobraz jakiś dziwny, niepokojący, nie w moim typie.

Ślisko było często, ale tylko bym raczki uszkodziła. W sumie nie wiem co gorsze – uszkodzić raki czy własne kolana? Głupia ja. 

W końcu na prostym. 

I na miejscu. W ruch telefony, fejsbuki, włatsappy i messendżery. Żyjemy.

Ameryka ma swoją Route 66. Słowacja też.

Czekając na busa z Łysej Polany zrobiliśmy sobie parę zdjęć. Z naszymi zacnymi plecakami w kondomach wodoodpornych, 

z naszymi butami – średnio się sprawdziły. Ja moje Salewy szybko sprzedałam, za ciasne się okazały, były też za śliskie. 

I zrobiliśmy też małe zakupy po słowackiej stronie, czyli mleczka w tubce (Anetka)…

kofoli trochę – taka słowacka cola (tu akurat na przystanku w Tatrzańskiej Łomnicy, ale ja ją jeszcze parę razy później nabywałam),

… a chłopaki czekolady i energy drinki z marysią. Jak to piliśmy i jedliśmy – spływało jak po maśle, zero efektów. Przynajmniej na mnie.

W końcu po całym dniu doszliśmy do schroniska Roztoki. Byliśmy padnięci, wykończeni i zziębnięci. Nie było śniegu już, nie było przyjemnego ciepełka. Piździło mrozem i deszczośniegiem nieprzyjemnie. Chłopaków złapało przeziębienie.

Po niełatwo wyżebranym pokoju w schronisku (w pokoju były tylko dwa łóżka, M. spał na materacach na podłodze, i tak mieliśmy szczęście, bo ludzie dochodzący później spali na korytarzach) zeszliśmy zjeść i wypić coś ciepłego. Ale najpierw foty. Schronisko Roztoka to nie byle miejsce. To legenda Tatr. 

Miałam herbatę z owocami i rozgrzewającymi przyprawami. Roztoka już tylko z tą herbatą będzie mi się kojarzyła. Podobnie jak Murowaniec z szarlotką. 

W Roztoce poznaliśmy grupę facetów z pogotowia ratunkowego w Holandii. Trenowali swoją kondycję w górach. Dogadywaliśmy się po angielsku. 

Następnego dnia, z racji naszej kiepskiej kondycji, zdecydowaliśmy się odwiedzić Morskie Oko. Ja nigdy jeszcze go nie widziałam, no i z powodu zmiany planów nie weszliśmy na Rysy, co dało nam dodatkowy czas do zajęcia. Pogoda była okropna. Tak samo jak widoki. 

Jak w filmach grozy. Dodajcie do tego minusowe temperatury i wysoką wilgotność powietrza. 

Nie wiedziałam jak się ubrać, było mi gorąco i przenikliwie zimno. Chłopaki z tyłu smarkali. 

Selfie zrobiłam. Pełnia szczęścia.

Doszliśmy do schroniska nad Morskim Okiem. Wypiliśmy ciepłe herbaty, posiedzieliśmy trochę. Fajne miejsce, dobrze, że o tej porze nie było dużo turystów. 

I nagrzani zeszliśmy nad słynne tatrzańskie jezioro. We mgle. Też urok.

Porobiliśmy sobie wzajemnie epickie zdjęcia.

O całej naszej trójce też nie zapomnieliśmy. 

Kolejnego dnia mieliśmy wyjazd busem (oh, jak ciepło…) z Palenicy Białczańskiej, w kierunku Brzezin, przed Zakopanem. D. mówił, że do Murowanca pójdziemy łatwym szlakiem – bo rowerowym. Okej. No to poszliśmy. Początkowo było spokojnie. 

Nawet ładnie, cicho i łagodnie.

Jeszcze byłam w dobrym humorze. A to nawet połowa szlaku nie była. 

Dopiero pod koniec, po wielu przystankach, przekleństwach pod nosem, poddaniach się dowlokłam się do schroniska. Szlak nie był trudny, był łagodny, ale był nieskończenie dłuuuuugi i doskonale podnoszący mi ciśnienie. 

Po ogarnięciu się w pokoju z łóżkami piętrowymi (pokój zarezerwowany wcześniej) zeszliśmy do jadalni zjeść ciepły obiad – pierogi? zupy? I na deser najlepsze na świecie szarlotki. Bo z tego ciasta słyną tatrzańskie schroniska. Zaptaszkowałam na swojej życiowej liście.

Kolejny dzień planowaliśmy wejście na Kasprowy Wierch, który mieliśmy tuż przed nosem. I stamtąd już do Kuźnic. Ale rano tym razem ja się źle poczułam, osłabłam i zniechęciłam się do wejścia na kolejną górę. Chłopaki nawet nie protestowali, też mieli dosyć. 

Zmieniliśmy zatem trasę i zamiast na Kasprowy Wierch skierowaliśmy się na Dolinę Gąsienicową – Betlejemkę. I to było WOW!!! 

Wschód słońca w tym miejscu – w śniegu, na 1500 m.n.p.m., w doborowym towarzystwie, mimo zmęczenia, no jejku…

Zrobiliśmy zilion zdjęć. Taka chwila nie zdarza się często. 

Chłopaki bawili się w profesjonalnych fotografów i robili zdjęcia trawom wybijającym się zza śniegu. 

Na trasie spotkaliśmy dużo zwierzaków.

A z drugiej strony – widok na Gubałówkę, taki cienki, ciemny pasek w tle, widzicie?

Jesteśmy na Przełęczy między Kopami. Schodziliśmy do Kuźnic. I ten szlak też był denerwujący. Chłopaki zlatywali sprintem, ja ledwo utrzymywałam balans na latających luźno kamieniach. 

Na dole widzimy co? Kolejkę na Kasprowy Wierch. Piękną pogodę będą mieli tam na górze. Czy rozpaczałam, że nie wlazłam? A gdzie tam. Miałam już po uszy gór, byłam zmęczona, wypompowana i nasycona porządnie minionym tygodniem.

Pospacerowaliśmy jeszcze trochę po Zakopanem, zjedliśmy dobrze, pożegnaliśmy się i wsiedliśmy w kolejne nocne autokary do domów. 

Tak się zżyliśmy ze sobą, sprawdziliśmy siebie w trudnych warunkach, przekonaliśmy się, że możemy sobie ufać, wspierać się wzajemnie, że nie zostawimy siebie w dupnych sytuacjach i humorach, tak się nam spodobało bycie razem, że postanowiliśmy rok później znów gdzieś wyjechać.

Początkowo miało to być Maroko i wejście na wytęskniony Jabal Toubkal. Ale plany się popaprały i zmieniliśmy destynację.

Na szkocką wyspę Skye. Pod namioty.