Ten rok 2020 jest naprawdę pokręcony. Również i w moim życiu sporo się dowaliło, ale to było z „góry” już ustalone i dużo wcześniej wiedziałam, że tak będzie. Wiedziałam, że będzie cicho, pusto, pustelniczo. Wiedziałam, że wyjdą na jaw w końcu długo odkładane sprawy karmiczne. Wiedziałam, że będę musiała znowu przejść psychiczny marazm. Wiedziałam, moja dusza weźmie sobie długi sen. Wszechświat dał mi długą przerwę od pisania i spraw duchowych, ale za kulisami działo się i dzieje się sporo. 

 

Notka bardziej taka ku puszczaniu, osobista taka. 

Wiem, że w życiu przypadków nie ma i układa się logicznie po dojrzeniu rzeczy z perspektywy czasu. Jak się ma świadomość, że to co się dzieje teraz będzie miało wpływ na później – człowiek przestaje być taki surowy wobec siebie, uspokaja się. Mam numerologiczny okres pustki, który potrwa jeszcze ponad pół roku, dlatego nie podejmuję się żadnych wiążących działań. Nie dlatego, że nie wyjdzie nic potem, bo nie wyjdzie i tak, ale dlatego, że mi się zwyczajnie nie chce. Nie mam pałera, energii ani żadnego entuzjazmu na nic. 

Zdziwiłam się lekko, kiedy bez pytania dostałam w kwietniu leki na leczenie wirusa HCV a które odkładałam dziesięć lat. Wszystko odbywało się pocztą i na mailach. Za miesiąc jadę na pierwsze i ostatnie badania kontrolne i wtedy się dowiem, czy wirus umrzył czy nie. Terapia przypadła akurat na szczyt pandemii, więc 2/3 czasu przeleżałam w domu, z minimalizmem wyłażenia do ludzi.

Przeleżałam. Bo dopiero teraz okazuje się jak lek mocno wpłynął na moją tarczycę, która do tej pory była łatwo kontrolowana przez dietę oraz suple. Terapia trwała trzy miesiące, skończyłam ją pod koniec czerwca, dziś mijają już dwa miesiące a ja nadal się nie wygrzebałam z tego. Trudno jest mi pracować, cieszyć się, wrócić do dawnej wagi. Łatwo jest mi płakać, leżeć na ogrodzie i nic nie robić. 

Postanowiłam, że w końcu wezmę się za tarczycę – ostatni punkcik na mojej liście. To jest jej czas, na który czekałam kilkanaście lat. 

Dlaczego tarczyca? Najpierw trochę teorii a potem spojrzycie na całość i pokiwacie głowami a’la „No tak… Anetka to z sensem pisze…

  1. w Totalnej Biologii tarczyca odpowiedzialna jest za wyrażanie siebie, werbalne, niewerbalne, jakiekolwiek, wolność w ekspresji siebie. Niedoczynność chce zwalniać życie, nadczynność chce je przyspieszyć. Ja mam niedoczynność i całe życie uciekam od wielo-zadaniowości, ogarniania zbyt wielu rzeczy naraz. A uczę się prostoty czynności/myślenia i minimalizowania działań w codzienności. Długo miałam obawy i blokady przed pełnym pisaniem na blogu i w książkach. Ludzie wokół mnie mówili co mam pisać i jak mam pisać, że nie wypada tego i tamtego, że oni potrzebują tego i tamtego. Ja się zamykałam i zniechęcałam. 
  2. w Human Design – mam do rozpracowania czakrę gardła, zablokowana czakra wychodziła mi również w wielu innych seansach i konsultacjach (wahadełka, psychogeneanologia, Tarot, cudza intuicja). Czakra gardła to komunikacja, słuchanie ludzi, wyrażanie siebie. Też myślałam, że kontakt z czytelnikami „załatwi sprawę”, tudzież osobiste konsultacje, czego jestem gorącą zwolenniczką i czuję się w tym świetnie. Ale to nie było to. Sprawy karmiczne maczały w tym palce i trzeba było je „obejść”. Wyrażać siebie w „swoim” języku, niezrozumiałym dla nich.

Przypadkowo cały rok temu znalazła się praca w Cambridgeshire Deaf Association. Zmuszona byłam nauczyć się Brytyjskiego Języka Migowego „na wczoraj”. Równolegle chciałam zapisać się na jakiś certyfikowany kurs, może jakiś level 2 czy 3, ocenić miał mnie nauczyciel. Chciałam się języka nauczyć do pracy, do komunikacji z klientami. Tylko. Ale menedżerka w pracy wyperswadowała mi ten pomysł, bo przecież nauczę się w mig w pracy i to już zawodowych słówek. No tak.

Okazało się, że przez ostatni rok migania po angielsku poczułam się, że odżywam w środku, że blokady puszczają, wiele blokad!, że pięknie chwytam i gramatykę i słowa. W Polskim Języku Migowym nie było tej magii, i szybko ten język zapomniałam. Postanowiłam, że podążę za tym i przebranżowię się i będę szkolić się w lingwistyce BSL (British Sign Language). Czekam na weryfikację i zgodę szkoły lektorskiej czy mnie przyjmą na zawodowy poziom BSL level 6. Kosztuje niemało bo jakieś dwa tysiące funtów, ale tym się nie martwię, bo kasa się znajdzie jak zawsze. Potem są plany, których nie zdradzę tutaj. 

No dobra, a co ze zdrowiem? Bo przecież w takim stanie nawet nie zajrzę do laptopa by czegoś się nauczyć. A co dopiero zapamiętać.

Pamiętacie z poprzedniego posta wzmiankę o Davidzie Schwartz „Magia myślenia na wielką skalę?” (link zarabiający)

Wykorzystałam treść książki. Zapytałam się siebie „Co mam zrobić by pomóc swojej tarczycy i odzyskać moją ukochaną energię?” Zapisałam sobie to i wiele innych zwrotów, które są JUŻ na drodze do realizacji i macania przeze mnie. 

I wiecie co? Odpowiedź przyszła szybko, zgodnie z prawem przyciągania, taki tam łańcuch wdzięczności, nitka po nitce pięknych splotów wydarzeń, które wzbudzały mój uśmiech na buzi. Widziałam i czułam ruch tego łańcucha. 

Wiem, że się uda i to bardziej niż się uda. Odzyskam swoje życie, swoją wenę i energię. Będę miała siły na pełniejsze wyrażanie siebie tak jak chcę, na moich warunkach, bez cenzury, z pełną ekspresją ciała i duszy. Ale co to będzie to napiszę za miesiąc, za trzy czy coś. 

Mój czas jeszcze nadejdzie. Na razie pozwalam sobie na etap „zaśnięcia duszy” jak to Tradycyjna Medycyna Chińska ładnie nazywa niedoczynność tarczycy a Wszechświat daje mi przerwę. Dla mnie to jest piękny czas, bo pozwala na boku odhaczyć mi najbardziej istotną część mojego życia a tym samym ustawić mnie już na jego resztę. Nie czuję, że go marnuję na Netflixy, na ogród, na książki, na odpoczywanie. Już niejedno piekło przeszłam, przejdę i to. Moja dusza coś tam przez sen daje reprymendy, żebym zwolniła, żebym była cierpliwa, ale i też pokazuje palcem co mam chwytać. 

No to okej.