Kolejny wywiad, tym razem z Agnieszką Kołodziejczak. Agnieszka intuicyjnie ślimaczyła się z wysłaniem tekstu do mnie. Kiedy w końcu przeczytałam jej odpowiedzi, rozpłynęłam się i stwierdziłam, że ten wywiad idealnie nadaje się na noworoczny czas.

Dlaczego? 

Jej życie udowadnia, że Nowy Rok nie zaczynamy pierwszego stycznia każdego roku. Nowy Rok zaczynamy codziennie. Kometa może spaść na nas w każdej chwili i w każdej chwili możemy zacząć obróconą o 360 stopni nową Ja„. 

_________

– Znamy się od ponad 15 lat, przeżyłyśmy ze sobą wiele, dużo się działo. Ta rozmowa będzie inna taka. Bo my już dojrzałe kobiety, wyrośnięte, uduchowione, pewne siebie, znające już swoje miejsce w życiu. Może czas na podsumowanie, jak myślisz?

 – Myślę, że Egina (wrzesień 2020, przyp. autorki) była dobrym podsumowaniem i zebraniem takich retro wspomnień tych 15 lat. 15 lat obok siebie to takie dwa równoległe tory kolejowe i obie równolegle pchamy te swoje lokomotywy – rezonujemy na podobnych ścieżkach, ale jako oddzielne energie bez prób dopasowywania się na siłę. Te energie same rezonują i wzajemnie się pchają. Nie jest to takie niezwykłe w naszym rozumieniu. Ale jest niezwykłe dla otoczenia.

egina adfalkiewicz

– Obie mamy to do siebie, że rozwijamy się poprzez zmiany w naszym życiu, one muszą istnieć, uatrakcyjniają życie, są dowodem, że wszystko wokół nas się rusza, żyje. Są małe i większe zmiany, Ty masz nawet swoją nazwę na te większego kalibru. Ile miałaś takich zmian? Jak je przechodziłaś?

 – Ja to nazwałam kometą. Każda zmiana to kometa waląca czasem bez skrupułów w człowieka. Kiedyś w roku 2004, 2005 strasznie bałam się tych komet. Uważałam, że stabilizacja jest najważniejsza. W jakimś sensie to pozostało, chociażby w wystroju mieszkania. Ono jest cały czas podobne i nie zmieniam tego. Dzisiaj nie wyobrażam sobie jednak życia bez zmian, bez tych komet. Nic nie ma bez przyczyny. Kometa daje mocno po głowie. W sumie w życiu miałam 5 najważniejszych komet (mówię o zdarzeniach życiowych, które najmocniej dały mi po głowie ale jednocześnie mnie trwale i skutecznie zmieniły). Jedną z tych komet był wypadek w 2007 roku – po 2007 roku nic nie było już takie samo jak przedtem. W zasadzie do dziś walczę ze skutkami zdrowotnymi. Ta kometa sprawiła, że bardzo szybko wydoroślałam, stałam się „twarda” i bardziej odporna na ból.

Każda taka kometa mocno uczy. Wiążą się one z bólem zarówno fizycznym jak i psychicznym, ale to niezbędny etap zmian. Nie znaczenia czy jest to kometa w sensie zawodowym czy w sensie prywatnym. One niesamowicie uczą. Ja nie żałuję tego, nie krzyczę do losu, że zdarzyły się. One musiały być – nie przeszłabym swojej ścieżki życiowej.

– Będąc w trakcie tych zmian miałaś świadomość, że to minie, że nadzieja gdzieś się tam tli, że będzie dobrze? Jak sobie radziłaś ze wspieraniem siebie?

– Przechodziłam zwłaszcza kometę wypadkową  w bardzo trudny sposób, bardzo skomplikowany, poprzez intensywną twórczość malarską i poetycką, które mnie uchroniły przed dosłownym waleniem talerzami po ścianę i metaforycznym gryzieniu otoczenia. Także slow-jogging i joga mnie uratowały w sensie ratowania mojej kondycji i wyciszania się. Do dziś ćwiczę z uwagi na to, że moje zdrowie po wypadku tego wymaga i kolano zniszczone boli, jeśli nie ćwiczę. Miałam też nietypowy okres „bollywoodzki”- oglądałam namiętnie filmy indyjskie i płakałam przy nich. Tak, nadzieja zawsze tkwiła. Ale był moment czarnej dziury, poczucia, że nic mnie nie czeka i na nic nie zasługuję. Ja jestem przyzwyczajona do wspierania siebie, bycia skrytą i polegającą na sobie. Jestem zodiakalnym Koziorożcem, który jest pracowity i zdystansowany do świata. Zasadę radzenia sobie wpoiła mi mama.

– Jeśli uderzą kolejne komety – będziesz gotowa?

– Nie wiem. Każda kometa jest inna. Ale wiek robi swoje, daje większe opanowanie emocjonalne i daje zasadę: nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

– Ćwiczysz Rytuały Tybetańskie. Opowiesz historię jak do tego doszło i dlaczego preferujesz akurat ten styl ćwiczeń? 

 – Wiesz, nawet nie pamiętam teraz jak to się zaczęło. Zapewne od dorwania książki Petera Keldera „Źródło wiecznej młodości”. I tak się to potoczyło. Ale pamiętam jedno – dałaś mi przed laty angielską malutką książeczkę „Healing tibetan”, którą odłożyłam na półkę. Dorwałam książkę o rytuałach i nagle sobie przypomniałam o tej książeczce – ona właśnie opisywała rytuały tybetańskie. Miałaś intuicję, żeby mi to dać. A ja potrzebowałam odpowiedniego czasu by to zrozumieć. Dawka 5 ćwiczeń 10 minut rano przed śniadaniem daje bardzo dużo. Jakoś mam poczucie straty jeśli nie poćwiczę tych 10 minut codziennie. Ćwiczenia są połączone trochę z jogą. One dają energię na dzień. Jakoś uczucie wirowania (pierwsze ćwiczenie) uzależnia. Ma się większe poczucie równowagi. Staram się w trakcie rytuałów nie myśleć.  One są w jakiś sposób „łatwiejsze” czasowo. I dają lepsze samopoczucie. Po prostu słucham ciała, które chce te rytuały robić.  Nie robię tzw. szóstego rytuału, bo jeszcze nie jestem gotowa na to by tłumić energię seksualną lub ją ukierunkowywać w głąb. Ale może powinnam to zacząć robić.

– Nie znam się na sztuce, ale „wychowałam się” koło Ciebie, nauczyłam się czytać Twoje obrazy na swój sposób. Myślisz, że Twoje malarstwo jest odzwierciedleniem Twoich „środków” w danym momencie życia? Cenzurowałaś się czy wylewałaś z siebie jak leci? Jak ludzie je odbierali oglądając je na wystawach?

 – W mym przypadku kolory, malarstwo jest odzwierciedleniem mych emocji i chwil w danym życiu. Depresja lub bardzo kiepski okres samopoczucia powodują, że kolory stają się zgaszone i nie mają zwykle intensywności. Był okres, kiedy nie mogłam malować żółtego koloru, takiego świetlistego. Nieważne jaki pędzel, nieważne jakiej firmy tubka farby – nic nie wychodziło. Musiało minąć 5 lat, żeby pokazał się ten kolor, z którego mnie część osób kojarzy. Nie, nie cenzurowałam się. Wylewałam z siebie to co myślałam. Ale dopiero po czasie po zrobieniu obrazu, okazywało się, że jednak obraz ma kilka znaczeń. Moja podświadomość bez udziału moich świadomych myśli działała, wsadzała w obrazy wiele znaczeń. Ten okres braku żółtego był najbardziej widoczny – nieraz zadawali mi pytania, czemu takie smutne prace lub czemu nie ma żółtego. Moja twórczość jest specyficzna – na granicy naiwności, dziecięcego świata itp. Nie każdemu to pasuje.

– Swego czasu miałaś zajawkę na fotografię. Jest różnica między ciszą w aparacie analogowym a ciszą w lustrzance cyfrowej?

– Posługiwałam się obiema. Mimo wszystko analog daje urok niepewności i czekania na wywołanie filmu. Fakt, że cyfrowy plik można z łatwością poddać modyfikacji, można narobić zdjęć. Cyfrowa fotografia jest bardziej jako dokumentacja, można sporo zrobić i potem wybrać. Migawka w analogowym Canonie strzela dosyć głośno i czuć wibracje. Było to całkiem przyjemne.

– Kobiecość – trudny temat. Ale wiesz, że są jej różne wersje. Możesz opisać swoją? Jak do niej dojrzewałaś? Czy ta podróż jest skończona czy dopiero się zaczęła?

– Kobiecość to bardzo trudny temat. Zwłaszcza, w mym przypadku. No cóż, na Marilyn Monroe się nie nadaję. Poza tym ludziom rzuca się mój umysł i sposób myślenia. A kobiecość gdzieś tam z tyłu człapała i nadal człapie. Moja inteligencja przytłacza kobiecość. Moja jest cały czas schowana. Cały czas szukam swojej wersji Iris Apfel, bo dobrze wiem, że nie ma co szukać wersji Grace Kelly. Cały czas chyba zaprzeczam własnej kobiecości, mimo, że potrafię być szczera w kobiecości i namiętności. Zdaję sobie sprawę z tego, ja to raczej taka Apfel i Pippi Pończoszanka w glanach. W zasadzie nie doceniam własnej kobiecości i nie staram się pokazywać jej ani dbać o nią. Ona jest cały czas zduszona. Po prostu w nią nie wierzę. To jest od dawna, od nastoletnich czasów. Podróż w ogóle nie jest skończona. Myślę, że dopiero się zaczęła. W jakimś sensie zawsze trochę zazdrościłam piękniejszym koleżankom ich urody, łatwości nawiązywania kontaktów z mężczyznami itp. No ale coś za coś.

Poza tym ta moja kobiecość jest duszona, bo sama jestem skryta i nie ujawniam zbytnio swoich emocji. Płaczę w samotności, żeby nikt nie widział. Na zewnątrz muszę być twarda. Pojawia się pytanie: czy muszę? Być może tak, bo jak nieraz czytam co wypisują kobiety i jak reagują, to mnie ręce opadają. Ale może powinnam kiedyś zareagować histerycznie i rzucić talerzem. Jestem chyba na to za trzeźwa i za konkretna. Wpojona kultura osobista mi przeszkadza.

– Ile ego a ile duszy jest w kobiecości?

Pytanie, na które nie umiem odpowiedzieć. Po prostu nie wiem.

– Intuicja – lubisz się nią zachwycać. Jak ona wygląda u Ciebie? Kiedy masz z nią najlepszy kontakt?

– Intuicja mi towarzyszy od zawsze. Ale po wypadku bardzo się wyczuliłam na nią. Kiedy słucham intuicji to wiem, że dobrze robię. Ona się odzywa w wielu sytuacjach i prywatnych i zawodowych. Podejmuję wiele aktywności, które potem łączą się w całość po jakimś czasie. Nie zawsze widać sens, ale potem po latach okazuje się, że miałam rację słuchając intuicji. Nie ma reguły. Ona się odzywa we właściwym momencie. Jak jej nie słucham, to potem się okazuje, że wychodzą mi różne sytuacje, których mogłam uniknąć słuchając intuicji. Czasem wydaje się to być irracjonalne, ale ma sens. Tu nie ma reguły, czasu, przyczyny. Ona się pojawia po prostu.

– Wyobraź sobie, że masz 60 lat. Co byś powiedziała młodszej sobie?

 – Niczego nie żałuj. Przeżyłabym wszystko jeszcze raz. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Ja sobie tak myślę, że w danym momencie coś boli, boli ciało, boli serce. Ale potem po latach okazuje się, że czas zabliźnił rany. W danym momencie może baaardzo boleć, dusi płacz. Ale czas pomaga.

– A jak teraz siebie widzisz? Jakbyś siebie przedstawiła w grupie innych ludzi? 

– Nazywam się Agnieszka, jestem głucha i mi z tym dobrze. Jestem osobowością, wobec której nie można przejść obojętnie. Można mnie lubić lub nie lubić. Lubię patrzeć na ludzi i ich słuchać, „czytać” ich reakcje.

– Dziękuję za rozmowę!

 

__________

Agnieszka Kołodziejczak

Email: galeria@meok.pl

Strona internetowa: www.meok.pl

Facebook: https://www.facebook.com/sowkotek/

Instagram: https://www.instagram.com/meok_gallery/

__________