Ostatni tydzień normalnie trząsł i trzęsie w same zaskakujące niespodzianki, biorę wszystko garściami i się bawię. Odpuściłam totalnie wszystko, dosłownie wszystko, także siedzę sobie teraz i pozwalam się płynąć, unosić.

Bo Maleństwo szczęśliwe i Anetka razem z nim. Ale na Gai tak bywa, że ego też chce coś powiedzieć. I dlatego dzisiejszą notkę pełną #WTFów dedykuję mojej ukochanej Crystal (ego). Niech ma swoje pięć minut sławy.

 

Crystal moja robi za mózg. Do „pracy” ubiera się w garsonki z Harrodsa, na co dzień po włosku w tikejmaksie. Ma całą stertę papierów, dokumentów i segregatorów, skrzętnie zorganizowanych i pod ręką, by w razie czego się przyczepić do Maleństwa – wzbudzić lekki strach, zasiać niepokój, ściągnąć na ziemię, przetrzepać po tyłku. Crystal jest bardzo analityczna, chłodna i wyrachowana, pozbawiona uczuć, jadowita i sarkastyczna. Czyli kiedy jest we władaniu wtedy żaden Anetce nie podskoczy.

Nie lubię, kiedy ta zołza rządzi, ale kocham ją, kiedy „pracuje” po mojemu. W końcu to ja jestem jej szefową. Elo.

 

No i kiedy ostatnimi latami Anetka szukała siebie i ustawiała te dwa stworki na swoich ramionach, Crystal zapisywała każde słówko, każdą myśl, każde spostrzeżenie.

 

I w ostatnim tygodniu delikatnie mówiąc – lekko się wkurzyła. No, a ja jej przyznałam rację.

 

Bo Anetka chce być i jest zresztą, początkującą blogerką, to wiecie. Ale nie chce przy tym zatracić swojej cudnej autentyczności, ma zbyt atrakcyjne życie i doświadczenia, by je tak po prostu zmieść pod dywan i udawać, że ich nie ma. I jako blogerka, chcąc nie chcąc, „musi” siedzieć na social mediach – facebook, instagram i takie tam. Niezbędne minimum. I obserwuje a Crystal zapisuje.

 

No bo patrzcie co za niesprawiedliwość.

 

Mam styl życia taki jaki mam. Jest dla mnie NORMALNY, naturalny, nie wyobrażam sobie innej opcji. Ten styl wypracowałam sobie SAMA, intuicyjnie, bazując na własnych próbach, porażkach i sukcesach.

Czyli.

  • zarządzanie własnym czasem – ponad rok temu zrobiłam sobie półroczny detoks od internetów, został tylko Whatsapp i maile. Podczas tego detoksu zachłysnęłam się wolnym czasem i nauczyłam się nim gospodarować, uwzględniając siebie na pierwszym miejscu. Postawiłam na maksymę

„Świat poczeka.”

 

Nigdzie się przecież nie spieszę, nie gonię, nie mam parcia w sumie na nic, bo na co? Jak pozwalasz się płynąć swoim falom, masz pewność, że jest dobrze, to co Ci się może stać? Fale są mądrzejsze od Ciebie, bo są zsynchronizowane wielowymiarowo z innymi czasoprzestrzeniami, wiedzą co gdzie się dzieje. Zaufaj im. Na wszystko jest czas. Idealny czas we właściwym miejscu. Moja Crystal nie lubi, kiedy się lenię lub jaram się obłokami leżąc na plaży, ona coś musi robić, gonić, załatwiać. Kazałam jej pisać wszystko, chodzić po sklepach, oglądać zegarki, niech siedzi cicho. I siedzi. I ja sama dzięki temu nauczyłam się efektywnie zarządzać swoim czasem.

 

Ego to strach.

 

Ego lubi, kiedy się boisz, kiedy gonisz, kiedy się martwisz, kiedy się ekscytujesz, kiedy z histerią w oczach latasz po całym mieście i załatwiasz rodzinne sprawy. I w efekcie nie znajdujesz czasu dla siebie, wykańczasz się.

 

Przestań się bać, że zdążysz gdzieś tam. Nie zdążysz, nie załatwisz, Ty sam sobie cele stawiasz i swoje dedlajny. Twoje ego Ci je stawia tak właściwie.

 

Miałam wiosną ogromne parcie na założenie w końcu firmy i ruszenie już, by zarabiać na blogu. Ale szybko skumałam, że to była robota nadgorliwej Crystal, która już zacierała rączki do pracy. Dla mnie to jeszcze nie był ten czas. Chciałam odpocząć po dziesięciu latach w hucie, tak porządnie, zachłysnąć się nadmiarem wolnego czasu, wynudzić się do maksimum, zająć się zaległymi sprawami, polatać sobie, poczytać, naoglądać się filmów, nacieszyć się upalnym latem, popływać w morzu, pozwiedzać zaległą rodzinę. Biznes poczeka na swój czas. On nie może mieć podłoża kruchego zamku na piasku. A ekscytacja taka jest – chwilowa, złudna, krucha i ślepa. Sorry Crystal.

 

I wracając do social mediów – po tym detoksie nie zwracam już uwagi na telefon. Wszystko mam wyciszone, nic się nie świeci, nie alarmuje, maile z bloga mam tylko na laptopie, nie na telefonie. Odbieram je, kiedy jestem w domu, a bywam ostatnio rzadko. Na messengera też nie zawsze odpowiadam – zależy komu i czy mam ochotę i czas. Nie muszę się dostosowywać do czyjegoś czasu. Po przebudzeniu się rano nie sięgam po telefon od razu, mam fajniejsze widoki za oknem, kilkanaście minut nie zbawi świata.

 

Nadmiar wolnego czasu nauczył mnie też skupiać się na chwilach z bliskimi – rodziną, przyjaciółmi, znajomymi. Jaram się każdym momentem z nimi i tego samego oczekuję od nich – odstawienia telefonu.

 

Nie mam organizerów, mam jeden kalendarz, zapisuję w nim ważniejsze wydarzenia i to wszystko. Zdarzyło mi się dwa razy zapomnieć iść do pracy, nie było afery, Crystal miała ubaw, że mnie zwolnią i takie tam, ale machnęłam ręką, odrobiłam braki i tyle. Kilka dni temu przedłużyli mi kontrakt. Z podwyżką. Więc kiedy widzę wszelkie planery czasu wolnego i slogany o byciu i mieniu czasu dla siebie, cokolwiek jest naturalne dla Ciebie a odkrywane dopiero przez swoich ołtarzykowych idoli – Crystal robi wielkie #WTF (what the fak? – co do …?)

 

  •  jedzenie – jestem witarianko-weganką, ale bez przesady. Kompletnie nie ruszają mnie weganie i przepisy wegańskie i inne cuda na kijach znanych weganów. Bo mają te przepisy i kuchnie po prostu NIEWŁAŚCIWE, fatalne połączenia produktów. Crystal już nawet nie patrzy na swoje kartki, kiedy widzi jakiś przepis u znanej influencerki, która ma zilion followersów. Powie tylko, nie, nic nie powie, no czasem powie jakiś „dzizas” czy „fejspalm” zrobi. Jem po swojemu, jak Maleństwo chce, odpuszczam, grzeszę, ale trzymam umiar, wiem co mi szkodzi i kiedy to coś szkodliwego niby zjem – cóż, to kwestia względna, bo jak coś dobrego mogę zjeść bez poczucia winy, bez strachu? Jutro zjem mniej, same surowizny, post przerywany cały czas leci, więc o co kaman? Bardzo się pilnuję, by Crystal nie zahaczyła i nie zrobiła z mojego stylu jedzenia „diety” – tego nie wolno, tamtego nie wolno, bo post, bo złe, bo już dziś zjadłaś, bo wątroba i przywra, itd. Nie. Nie słucham jej. Nie pozwalam na strach i restrykcję w jedzeniu. Ma być lekko, rozsądnie, z rozmysłem i bez spiny. Jedzenie, aby Ci służyło – masz kochać. A ja kocham bardziej surową marchewkę i melona niż pseudowegański sernik na daktylach i nerkowcach, albo wegańska chałwa (WTF boziu, co to jest??!! nie chcę cukrzycy!!)

 

  •  zero waste – życie bez śmieci – to jest chyba bardziej modne niż naturalne. Robię to od lat, a influencerzy dopiero to odkrywają i hasają swoimi hamerykami na prawo i lewo. I masy to kupują, i potwierdzają, i naśladują, i się chwalą. A Crystal – WTF? Ludzie serio nie pamiętają? Nie wiedzą jak się żyje? Nie mają świadomości o ochronie natury? O użyteczności urządzeń AGD? O plastikach w oceanach? O oleju palmowym? Serio macie takie klapki na oczach? Albo widzicie, ale udajecie, że Was nie dotyczy? I reagujecie dopiero wtedy jak Wasza socjalmedierska bozia zaczyna o tym mówić?? Serio?? Crystal nie widzi w Was świadomej naturalności, widzi czystą hipokryzję. „Bo influencerska bozia moja tak robi, i pewnie to jest dobre, więc ja też.” Jak długo? Pytanie – jak długo zamierzacie trzymać swoją hipokryzję? To jest ekscytacja, zafascynowanie a nie świadomy styl życia, zgodny z ochroną Gai i własnego otoczenia.

 

  • kosmetyki – uroda, pielęgnacja, okej, tu już kwestia względna. Crystal mimo swojej pazerności potrafi iść na kompromis i dać się mi udobruchać. Kiedy widzi jakieś efekty – chwali się nimi. Tak było, kiedy zaczęłam pić kwas l-askorbinowy z siarką, niedawno wrzuciłam kolagen, plus zielone szejki od wieków. Paznokcie są śliczne, twarde mocne, szkoda je na hybrydy i inne żele (na jedyne szaleństwa pozwalam sobie przy pedicure i czerwonych szminkach), włosy są już długie, gęścieją, cera się poprawia po kolagenie z witaminą C. Zęby kosztują grosze przy naturalnej, własnoręcznie robionej paście. Fitness w pracy i bieganie swoje robią. Nic na siłę a wszystko prawie za darmo i naturalnie. Więc logiczne, że Crystal się jara. Bo oszczędza. Na ciuchy z tikejmaksa. I nie potrzebuje do tego żadnych chemicznych, pseudowegańskich kosmetyków. Widzi instagramy i ile lajków pod takimi zdjęciami, jak któraś influencerska bozia reklamuje, jakie to och i ach i jak skutecznie działa – normalnie Crystal zżera: „Ludzie, ogarnijcie się, czytajcie skład, po co przepłacać?? Naturalne środki macie za pół-darmo! Działa tylko przez chwilę, i tylko na czas współpracy reklamowej, no kurrrczę.

 

  • modne, zachwycające miejsca – ta, najlepsza pożywka dla ego, by wzbudzić zazdrość, zawiść i ekscytację. Egoistyczne to, o czym pisałam TUTAJ. Szpanowanie miejscówkami. No i co z tego? Wiem, że to fajne scenerie, rekwizyty, że hej, plany do doświadczania. Ale czego tak właściwie mają mnie nauczyć Wasze hasztagi z zarąbistymi miejscówkami? Co chcecie osiągnąć wrzucając setne zdjęcie w bikini i emanując pozytywną, CHWILOWĄ ekscytacją? Po co mi Wasz kolejny drink lub druga z kolei olinkluziw kolacja na hałajach? Co z tego, że ja tego nie mam? Powiewa mnie to. Gdybym chciała to bym też se załatwiła życie w pseudoraju, ale po co, jak ja swój raj mam TUTAJ i TERAZ? Jeszcze coś. Hipokryzja w kwestii natury, przyrody. Największy zonk odkryłam, kiedy znajoma pojechała na weekend do hotelu, w którym mieścił się tzw. „biostaw” (Crystal -> „WTF???„). Nie wspominam ile kosztuje full wypas w takim hotelu spa, nie oceniam jej też, uprzedzam, czepiam się tylko nazw, czepiam się tylko do czego ludzie są zdolni, by przyciągnąć klientów pod modnymi i chwytliwymi sloganami „BIO”, „WEGAN”, „SPOKÓJ/CISZA”, itd. I jeszcze na tym naprawdę nieźle zarobić. Hej hej heeej… !!! Ja ostatni miesiąc conajmniej raz w tygodniu kąpałam się w BIOMORZU, pełnym soli, glonów i wodorostów. Jedyny jaki wydatek miałam to paliwo i wodoodporna sakwa, bo zalewało mi dobytek życia. I siedziałam z książką SAMA na bezludnej plaży. Biegam też po KRÓLEWSKICH BIOLASACH, sama, bo ludzi to nie jara. Ale takimi rzeczami nikt się nie interesuje, liczy się tylko to, gdzie i jak wydajesz swoje pieniądze. Bo pieniądze to wyznacznik sukcesu, sławy i uznania.

 

A coś, co jest za darmo – nikogo nie interesuje, nie zachwyca, nie ciągnie.

 

I tak na instagramie Crystal obserwuje znanych influencerów, blogerów, instagramerów i się wkurza, ponosi ją „lekko”. Bo to co ja robię od dawna to inni to DOPIERO odkrywają i na tych swoich odkryciach zwyczajnie zarabiają. Tylko dlatego, że są znani, sławni i mają tysiące obserwujących.

 

A Anetka nie ma.

 

I nie zarabia na swoim stylu życia, ona ma inne pomysły do tego. I nie, nie jest zazdrosna. Jest tylko zniesmaczona hipokryzją i pazernością i ślepotą ludzi. Którzy wolą podążać za kimś, niż samemu szukać, próbować, odkrywać. Ja rozumiem, że to pomaga, że każdy ma własną drogę, ale to wpis Crystal, nie mój.

 

Jak można zarabiać na czymś, co jest dla Ciebie normalnym, codziennym stylem życia? Wyjaśni mi ktoś ten paradoks?

 

 

A, i perełeczka.

 

Rozmawiałam ostatnio z kimś, bo ten ktoś wpisywał mnie do swojego telefonu i byłam ciekawa jak mnie wpisze. I słuchajcie no. Kumpelek w hucie miałam niemało, niemal każda mężata, dzieciata, zresztą płeć silna (tylko silna, bo serca to też mają kruche) też nie lepsza. Jak mają w swoich telefonach zapisanych swoich małżów, żony?

Kochanie :* <żabka>”

„Moje kochanieńkie”

„Misiaczek”

„Żonka wredna

 

I teraz sytuacja. Mieszkamy w Anglii. Tu się mówi po angielsku. Macie wypadek, tracicie przytomność, leżycie cali zakrwawieni i w ogóle. Przyjeżdża świta medyczna, ogarnia Ciebie, ratuje, szuka dokumentów, telefonów, bo właśnie tam są wskazówki do najistotniejszych informacji – kontakty, które mogą im udzielić potrzebnych detali – grupa krwi, bypassy, alergie, i uwaga – NUMER KONTAKTOWY.

I teraz weźmie taki ratownik Twój telefon i będzie próbował go odblokować i poszukać kogoś, kto może przyjechać do/po Ciebie i udzielić szczegółów ratujących Ci życie – załóżmy, że pozostajesz w śpiączce. I co wtedy? Czy angielski ratownik pozna, że Twoje polsko-chińskie hieroglify „Misiaczek” i „Moje kochanieńkie” to mąż, żona, to osoba, która zna Ciebie najlepiej? Jak szybko ratownik będzie zdolny skontaktować się z Twoim małżem? Będzie szukał polskiego tłumacza po szpitalach? O 2 nad ranem? A kod do odblokowania telefonu? Hę?

 

Bądźmy realistyczni.

 

Crystal niegłupia, wiem, pod moim kloszem. Nauczyła się na doświadczeniach. Kiedy swego czasu niemal non stop jeździłam na pogotowia po nocach, lub mdlałam z bólu będąc sama w domu – ustawiłam sobie przezornie co się dało. Mam kontakt do kumpeli – jest wpisana pod ICE (In Case of Emergency – w razie wypadku), to jest pierwszy kontakt, który wyszukuje ratownik w Twoim telefonie. Mam też aplikację, bez odblokowywania telefonu ratownik będzie w stanie zobaczyć najważniejsze informacje o mnie – niesłysząca, implant ślimakowy, grupa krwi, brak zgody jako dawca organów. To bardzo ważne – transfuzja, rezonans magnetyczny, itd.

 

Wam też to radzę. Przecież to kwestia życia. Te wszystkie kochanieńkie pączusie i żabki to Wam ego wpisuje do telefonu, to Wasze ego chce, byście umrzyli a nie Wy sami.

 

Myślcie, no. Bądźcie realistyczni. Zróbcie użytek ze swojego mózgu, ego, po to go macie. 

 

adfalkiewicz social media wtf

Tutaj jeszcze bez wystrzałowego pedicure, nie ma czym zaszpanować – smuteczek 🙁