Ja wiem, że wszystko się bierze od środka. Ja wiem, że teraz cienko z wartościami odżywczymi w codziennym jedzeniu. Ja wiem, że tą samą chemię wrzucają i do żarcia i do kosmetyków. 

Ja wiem, że jeszcze 30-40 lat temu wszyscy na starych zdjęciach rodzinnych byli chudzi i mieli bujne włosy. Ja wiem…

Ale teraz mamy inne czasy. Mamy postęp, mamy maszyny, technologię, farmację, zilion kosmetyków, manipulację i media. 

Jak tu kobieta ma być piękna NATURALNIE? Ale tak naturalnie NATURALNIE. Da się?

Da się.

Nie będę tu wymieniać szkodliwych substancji. One są naprawdę szkodliwe i są WSZĘDZIE. Nawet w kosmetykach, które mają wszem i wobec oblepione etykietki „organiczne”, „naturalne”, „0%”. Te same są włączane również do żywności, więc ich działanie jest znacznie silniejsze. 

Dwa, trzy lata temu miałam ogromną schizę na punkcie kosmetyków i jedzenia. Odstawiłam z dnia na dzień wszystko – i gluten i cukier, (bo nabiału nie jem od dziecka) i sklepowe kosmetyki. Niby tak niedawno, ale jeszcze nie było tak dużego wyboru jak teraz, było faktycznie mniej chemii. Albo ja byłam ślepa i niedoumiana.

Napiszę więcej – byłam w strachu, że ta cała chemia mi zaszkodzi. 

Nie miałam pojęcia o swojej niedoczynności tarczycy, wpływie chemii na hormony, na skórę. Nie rozumiałam, dlaczego nie lubię balsamów do ciała, pudrów i kremów na twarzy. Ciało odrzucało, nie tolerowałam prawie niczego i nie rozumiałam dlaczego. Zaznaczam, że nie mam alergii na chemię, po prostu jestem wrażliwa i czuła na obce składniki.

To była długa podróż. W swoim maksymalnym punkcie byłam wolna od kosmetyków, szczęśliwa, zrelaksowana i odprężona. Ale w środku był strach o tę chemię. 

Potem pojawił się M. i moja równowaga została zachwiana, styl życia się zmienił z miesiąca na miesiąc. Duchowość mi się wyłączyła a ja zleciałam z chmurek na ziemię. I rąbnęłam organiczność w pizdu twierdząc, że prawo przyciągania zrobi swoje, jeśli będę dobrze jeść i używać normalnych (na wyczucie) kosmetyków, ale bez strachu. 

Niestety. Na efekty nie czekałam długo.

Wejście w biznes oparty na chińskiej filozofii uświadomił mi brutalnie jak działa moje ciało i jak potężne są jego zniszczenia. Nitka po nitce, „obudziła” mnie koleżanka a ja poczułam, że wracam do punktu wyjścia, zatoczyłam ogromne koło.

Jak się poczułam? 

Że tu są moje odpowiedzi. Że tym razem już nie będzie strachu, że szkodliwe, niepasujące mi składniki będą samoistnie odpadać, że tym razem już będzie tak normalnie.

I tak jest i tak zostanie. Skompletowałam sobie własną „apteczkę”, która trzyma moje ciało & umysł w ryzach. Jest potwierdzona przeze mnie i przez wiele kobiet w moim otoczeniu. Myślę, że i Wam się przyda. „Apteczka” skierowana jest do kobiet, ale mężczyźni cierpiący na niedoczynność tarczycy również mogą znaleźć pomocne produkty.

(Ci, którzy nie wiedzą, norma TSH to 0.5-1.0. Wszystko powyżej 1.0 jest niedoczynnością tarczycy).

Niektóre produkty stosuję codziennie, niektóre okazjonalnie. Oprócz poniższych mam włączone również jedzenie z mojego biznesu oparte na chińskiej filozofii i uważam to za świetne uzupełnienie. 

 

Perły Księżniczki – absolutny HIT mojego życia. Cierpiałam na upławy od 12 roku życia i nijak nie mogłam się ich pozbyć. A kobiety wiedzą jak to rujnuje pewność siebie w życiu seksualnym. Perły od FOHOW zaproponowała mi moja naturopatka, pani Kasia od biorezonansu w 2016 roku, zaraz po histerektomii. Zrobiłam kurację z grubej rury, jakieś niecałe trzy miesiące. To, że byłam w szoku to za mało powiedziane. Wyczyściło mi w środku bardzo dogłębnie, zniknęły upławy, zapachy, no wszystko. Odstawiłam już na dobre żele do higieny intymnej. Nie mam potrzeby ich stosowania. Zapach globulki jest iście obłędny – są tam silnie skoncentrowane zioła chińskie. Tylko i wyłącznie. Jest tylko jedno przeciwskazanie – kobieta nie może być dziewicą.

Obecnie stosuję jedną globulkę co kilka miesięcy. Mi to wystarcza, jako, że już nie miesiączkuję.

Kupić możecie tu – Perły księżniczki FOHOW

 

Dalej już poleci niezbędnik dla osoby użerającej się z niedoczynnością tarczycy. Jestem bardziej niż pewna, że niemal każda z Was ją ma. Dlaczego?

Po pierwsze – czasy się zmieniły. Już nie jesteśmy chudzi i nie mamy bujnych włosów jak nasi rodzice i dziadkowie. Kapitalizm wprowadził masową konsumpcję, która wszędzie zawiera w sobie toksyczne i alergizujące składniki. Większość z nich zachowuje się jak sztuczne hormony (soja, mięso z masowej rzeźni). Stąd mamy rozstroje hormonalne, raki i inne przewlekłe cywilizacyjne ustrojstwa. Zaniżyli lub podwyższyli też normy, stąd mamy wieczne braki minerałów czy witamin i niekorzystne diagnozy. Nawet warzywa z ogródka wyrośnięte na ziemi pozbawionej krzemu – to już nie to samo.

Dlatego ten niezbędnik jest przydatny nie tylko dla „tarczycowych”.

 

Płyn Lugola – na skórę. Robimy cienkie plamki. Najbezpieczniej jest zacząć od 5% rozcieńczenia. Plami ubrania więc warto pozostawić chwilę na wierzchu, aż wchłonie. Wszędzie tam, gdzie skóra najcieńsza (poza buzią i szyją). Zostawiamy aż plama zniknie i wtedy smarujemy kolejną, dla odmiany w innym miejscu. Bez przesady, żeby codziennie. Normalne, że się zapomina.

Płyn Lugola o taki możecie znaleźć w aptekach.

 

Razem z jodem obowiązkowo musi iść selen. To nierozłączna dwójka, która bez siebie się nie wchłania. Selen fajnie działa na męczliwość i „zadyszkę” mięśni. 

Selen organiczny (link do zakupu) w Polsce maksymalna dawka jest 100mcg. Ja mam 200mcg i działa całkiem szybko.

Do „tarczycowych” wspomagaczy są perfekcyjne algi i wodorosty (sea kelp).

 

Jako, że kobiety zwykły używać mnóstwa chemii w kosmetykach do makijażu, ciała i włosów to fajnie byłoby tę chemię nieco wypłukać. Zwłaszcza, że niektóre z nich mogą zawierać metale ciężkie. Tutaj bardziej, jeśli jedzenie stosujemy jako kosmetyki – maski na buzię, na włosy, itd. 

Idealnie wypłukują algi – spirulina i chlorella. Ja ze spiruliny czasem robię maseczki na licka, razem z cytryną i miodem.

Chlorella i spirulinato jest fajne, ale sami sobie znajdźcie z czym rezonujecie.

 

Hormony – to jakaś masakra, te kobiece warto regulować. Wspomoże tu maca – proszek można do szejków, jako „mleko”, jako „latte”, lub ciasteczka. U mnie mus.

Maca organiczna – najlepiej z Peru, też do zarezonowania z Wami. Proszek daje więcej możliwości.

 

 

I przechodzimy do higieny.

Ja osobiście nigdy nie rezonowałam ze sklepowymi kosmetykami. Wolę umyć się fajnym, ręcznie robionym mydłem.

Ostatnim wynalazkiem okazało się mydło kastylijskie. Mam takie bezzapachowe i dodaję do niego różne olejki aromatyczne (eukaliptusowy, miętowy, cynamonowy, rumiankowy) i myję się tym. Na włosy maseczki idą to właśnie z tym mydłem i dodaję różne rzeczy jak jajka, żel aloesowy, miód, olej z awokado, olej arganowy czy słodkich migdałów. To chyba najczystszy i najbardziej uniwersalny środek do mycia/czyszczenia. Ja się nim zajarałam! Dr Bronner jest sprawdzonym prekusorem, ja mam z innej firmy.

 

 

 

Do twarzy mam organiczną wodę różaną z odmiany perskich róż (akurat takie naleciałości azjatyckie mam) i krem robiony ręcznie od zaprzyjaźnionej fanatyczki naturalnych kosmetyków – sama wybierałam składniki na wyczucie bazujące z poprzednich lat – masło shea, olejek różany, słodkie migdały, olej z nasion malin i opuncji figowej.

Niedługo przyjdzie mi maska do włosów na bazie drożdży od babci Agafii. Ja babcię Agafię lubię, także zobaczymy. 

 

Oczywiście, dochodzą też zwykłe suplementy jak witamina D3 z K2 mk7 oraz MSM, który też daję do szejków.

 

Jak macie jakieś fajne produkty, podzielcie się 🙂

Zdrowia!