Dziś noteczka o tzw. wahadłach energetycznych. Niekumaci w temacie też znajdą troszeńkę zrozumienia. Zresztą dobrze wiedzieć czasem czemu kurczowo trzymamy się pewnych rzeczy lub widzimy jak inni gorączkowo upierają się przy swoich ideach przez szmat czasu i ni czajny ludowe ich nie „nawrócisz”.

Dotyczy to wszystkiego – relacji z małżem, weganizmu, social mediów, Sejmu, raków, matrixa vel samsary, Amazonii, aborcji, gupiego szefa i szklanych słomek.

 

Wyobraźcie sobie, że każdy jest energią. Każde słowo i myśl również. Nie ma czegoś takiego jak dobro i zło, moralność jest pojęciem totalnie obcym dla energii. No i teraz zwizualizujcie sobie, że każda myśl w Twojej głowie jest jakimś tam nośnikiem ładunku, nieważne jakie są Twoje intencje, ważne, że coś jest. I ten Twój ładunek leci do konkretnego odbiornika, gdzie Ty go skierowałeś – do osoby, do idei, do pokarmu, do instytucji czy ruchu społecznego.I im więcej ładunków dany odbiornik przyswoi tym bardziej urośnie w siłę, stanie się mocny. Bo przecież nie tylko Ty wysyłasz swoje myśli i uczucia. Wysyła je również ponad siedem miliardów ludzi na Ziemi. 

Każdy taki odbiornik nazywa się „wahadło”. Im więcej energii pożre od ludzi tym intensywniej się rusza i zatacza coraz szersze kręgi. Jeszcze raz przypominam – on ma gdzieś Twoje dobre intencje czy złe uczynki. Jego interere tylko Twoja myśl, nic więcej.

 

Wahadła są wszędzie. Wahadłem jest Polska, wahadłem jest Sejm. Wahadłem jest influencer na instagramie i jest pasjonat muzyki funk. Wahadłem jest weganizm, Kultura Głuchych i anarchiści na Harleyach. Wahadłem jest moda na panterkę i zabijanie wielorybów na Islandii. Wszystko cokolwiek ma nazwę, ma słowo.

 

I teraz. 

Człowiek jest zwierzęciem stadnym, generalizując. Musi gdzieś przynależeć, to jego zaprogramowana potrzeba. A potrzeby trzeba zaspokajać. Potrzeby nie biorą się znikąd, z dupy krzaka, bo wychowanie u patologicznych dziadków, bo żona biła, bo skoczył na główkę i nici z ratowania delfinów. Nie, one są celowe, pięknie uwzględnione w naszym miejscu urodzenia, dorastania i dorosłych wyborów.

 

Potrzeby są naszą misją, przeznaczeniem, charakterem i osobowością. Potrzeby są też naszym świadomym wyborem. 

 

Wybieramy różne wahadełka w zależności od naszych potrzeb ciała lub duszy lub umysłu. I ileż tych wyborów!! Tyle ile słów w każdym ziemskim języku!! Można smakować, lizać, próbować, macać. I jak coś się komuś spodoba – wejść głębiej. W malarstwo, w witarianizm, w zarabianie na instagramie, w wolontariat w schronisku dla kotów, w kandydowanie do Sejmu.

 

I tu przechodzimy do istotnego pytania.

Każdy z nas ma określone predyspozycje do przeżycia danego wcielenia, ale czy znajdzie wahadło zgodne z tymi predyspozycjami? Znajdzie swoje wahadło, swój rytm, swój taniec?

Porażająca większość ludzi nie ma z tym żadnego problemu. Janusze, Grażynki, zakonnice w Burmie, witarianki, zawodnicy MMA, leśniczy w Puszczy Białowieskiej – oni wszyscy są na swoich miejscach. 

 

A co z resztą ludzi? Co z tymi, którzy swojego wahadła nie mogą znaleźć? Nie mogą wejść głębiej? Co z outsiderami i odszczepieńcami społecznymi?

Oni nie mają potrzeby przynależności, nie mają poczucia społecznej akceptacji. Dobrze im ze sobą po części, bo po drugiej części – jest gorzka cena. Outsider nie potrzebuje bycia akceptowanym przez innym, on zna swoją wartość siebie, godzi się ze wszystkim, błyskawicznie przyswaja wiedzę o relacjach międzyludzkich, dużo szybciej adaptuje się w danym miejscu i czasie. Bo nic go nie łączy, nic nie uwiera, nic nie ciągnie, nie kusi do żadnego wahadła. Nigdzie nie zatraci się w pełni, tak w 100%.

 

Nie będzie czuł amoku, weny, ekscytacji i ślepych emocji – to są cechy wahadeł. 

 

Taka zimna krowa. Poliże sobie trawkę tu, skubnie tam, przegryzie jeszcze tam, ale nie będzie zadowolona z żadnego pastwiska. Będzie się błąkać w te i we wte. 

 

Bo jednak chciałoby się trochę poprzeżywać, co nie? Chciałoby się pokrzyczeć na koncertach, dzielić radość z czyjegoś szczęścia, powspółczuć, narzekać z ciocią, no. Ale się nie da. Emocja to wahadło, a Ty nie wchodzisz w żadne wahadła, nie przyjmujesz cudzych emocji do siebie. Masz też żal, że nie należysz nigdzie, nie masz hobby, pasji, nie chodzisz do klubu gospodyń wiejskich jak wszystkie baby we wsi. 

Bo na wszystko masz wytłumaczenie. Wiesz jak działają wahadła, wiesz jak działają emocje, ale nie wytłumaczysz, dusisz to w sobie, przeczekujesz, uśmiechasz się i udajesz, że rozumiesz, nie mówisz wszystkiego, wzruszasz ramionami.

Cena jest gorzka, ale po jakimś czasie przychodzi skutek – poważanie, podziw i bojaźliwy respekt przemieszany z zaufaniem. 

Bo lepiej ufać ludziom, którzy są obiektywni prawda? A outsider, nie karmiąc wahadeł, nie ocenia nikogo, nie patrzy z góry, obce są mu stereotypy. Nie obchodzą go czyjeś religie, wierzenia, style życia. Wie, że każdy jest jaki jest i dobrze mu z tym. Nie narzuca się, bo wie, że każdy ma swoją drogę, swoje wybory, swoje wahadła. Nic mu do tego. 

Dlatego relacje outsiderów z ludźmi często bywają chwilowe. Są kojące, wyciszające, pokrzepiające. Ale są też punktami zwrotnymi, bo są też prostujące i naprawiające. 

 

Wahadłami są też ludzie – influencerzy, liderzy społeczni lub duchowi, ktokolwiek kto ma parcie na szkło w telewizorach i telefonach. Lajkując, rozmawiając, myśląc, narzekając, wielbiąc, komentując, przyznając rację i nie zgadzając się – wysyłacie swój ładunek energii do danej jednostki. Ona tę energię przyjmuje, przerabia na swoją modłę, rośnie sława, majątek, uznanie. Promienieje, bo wybrała sobie tak, że Twój negatywny komentarz „przerobiła” na hybrydowe paznokcie ostatniego krzyku mody. Jakiekolwiek dana osoba wzbudza w Was emocje, jej wahadło pęcznieje. Wiecie, ze emocje uzależniają, dlatego chce się wracać do tych osób, chce się narzekać więcej, chce się krzyczeć i dzielić radościami ze zgubionych kilogramów na keto czy wrzuceniu dolara dla weteranów wojennych.

Zależy Ci na zdrowiu, spinasz się, przechodzisz na keto dietę, stresujesz się, napędzasz wahadło, ale i tak Ci nie wychodzi. Nie Twoja droga, odpuść. Poszukaj innego wahadła, takiego bez stresu, bez spinania się. Wiem co gadam, bo sama szukałam odpowiedzi w witariance i weganizmie. I wiecie co? Dopiero kiedy się odczepiłam od nich, odwaliłam się od influencerów i wielbicieli weganizmów, moje ciało odzyskało zdrowie, równowagę i błyskawicznie uzupełniło wszelkie niedobory (jem wszystko i wcale mi nie żal świnek w rzeźniach). A ja zrozumiałam, że to nie były moje drogi, nie moje wahadła. Zrozumiałam, że nie wolno się spinać, nie wolno się stresować, bo nie dostaniesz tego co chcesz, nie osiągniesz celu. 

 

Wszędzie tam, gdzie są emocje, gdzie są wahadła stresujące Ciebie – zdupczaj jak najszybciej.

Znajdź swoje własne wahadło, znajdź swój własny rytm i taniec.

 

Ja lubię sobie wyobrażać wahadła jako trójwymiarowe obrazy w muzeum, jako czerwone nitki wirujące wokół nas. Lubię je oglądać, macać, czuć, smakować, ale nie wchodzę głębiej, nie przyciągam ku sobie. A kiedy zauważę jakąś nitkę energii, która mi się podpasowała, kiedy czuję, że muszę ją chwycić, to łapię ją, lecę z nią w powietrzu, podziwiając efekty w moim życiu. Nitka nie może mieć kolców, ręka nie może krwawić z emocji. Ma być leciutka, aksamitna. 

Dlatego trzeba umieć odpuszczać, pozwolić umrzyć czemuś, zrobić pogrzeb tak zwany, odciąć się (technika wybaczania) a potem czujesz, widzisz nagle, że dane wahadło Cię opuściło, znikło, a temat/osoba przestały Cię interesować.

Się dziwisz czemu Ty tam byłaś, tkwiłaś, siedziałaś, trzymałaś się kolców i krwawiłaś, skoro teraz widzisz, że bez tego jest dużo lżej i spokojniej.

Pojawia się dystans. Taki czyścieć pomiędzy jednym wahadłem a drugim.

Opuszczanie wahadeł bywa bardzo różne – od łagodnych przejść do brutalnych i gniewnych ataków furii, czasem są traumatyczne wydarzenia (śmierć, morderstwo, ciężka choroba). Podobnie rzecz ma się z przechodzeniem. Kojarzycie „Opowieści z Narnii„? Ciekawość dziecka by wejść głębiej w szafę lub woda morska wylewająca się z ramy obrazu i zalewająca pokój. Dziecko ma te przejścia dużo łagodniejsze,

 

bo ciekawość jest stanem relaksacyjnym, obojętnym, bezwahadłowym. 

 

Zauważasz otoczenie jako coś nierealnego, nie-Twojego, czujesz się Simsem w czyimś świecie, wiesz, że nie masz wpływu na wiele rzeczy, że to tylko scenografia, fajnie zaprojektowana, nie czujesz jedności tak zachwalanej przez duchowości a jednocześnie czujesz, że to Twoja rzeczywistość, Twoja iluzja. Taki paradoks, jak unosząc się na wodzie – połową ciała jesteś z powietrzem a połową z wodą i nigdzie nie możesz być całością.

 

„Ja też zazdrościłam takim ludziom, którzy odnaleźli swoje „prawdy” i tkwią w nich po uszy, i nie tylko prawdy, ale też pasje, hobby, zamiłowania. Ja tak nie potrafię, zawsze płynę na powierzchni a coś nie pozwala mi się „topić” w czymś.

To zaleta, to cecha obserwatora, człowieka, który ma ogromny dystans i obiektywizm do tego co się dzieje pod powierzchnią i nad powierzchnią. Oczywiście, coś tam zanurkuje, polata lekko, ale nie sięgnie dna, nie poleci w kosmosy. Jesteśmy tacy połowiczni, jesteśmy katalizatorami pomiędzy dwoma światami. Jakoś tak mamy, że musimy, chcąc nie chcąc, utrzymywać się na powierzchni, taka nasza „misja”…

Badać oba światy i ukazywać balans pomiędzy nimi.”(notka)

 

Powierzchni pokazać, że istnieje życie na dnie i dnu pokazać, że istnieje niebo. Pokazać obu stronom, że mają więcej do wyboru niż myślą.

 

Że mają więcej do wyboru niż myślą, że mają więcej wahadeł do wyboru niż myślą, więcej obrazów do oglądania w muzeum, więcej kwiatków do powąchania, więcej smaków do spróbowania.

 

Wciskają nam, że mamy cholernie inteligentne DNA, a tymczasem ostatnie rosyjskie badania dowiodły, że te DNA jest pełne wad i niedociągnięć (link do arta znajdziecie niżej). Że niby wiemy co robimy i ufamy tej pamięci komórkowej, że wszystko ma swój sens i cel, że ciało pamięta poprzednie (i przyszłe) wcielenia, że te wcielenia we wszelkich wymiarach się przeplatają ze sobą, że niby mamy wolną wolę zmieniania swojego przeznaczenia, wyboru swojej rzeczywistości, zmiany wahadła. A co za tym wszystkim idzie – modyfikacji własnego DNA. Bo o tym też mamy książki, prawda?

 

Czyżby?

 

*****

* „Śmieciowe DNA” – mit ewolucji człowieka?