Wyobraźcie sobie, że macie podejść do operacji przeszczepu wątroby, darujecie komuś kawałek swojej. Operacja wymaga narkozy, wiadomo, będą Was kroić. Przygotowania poczynione, leżycie już gotowi na sali operacyjnej, podsuwają Wam maskę do wdychania, wlewają dożylnie jakieś płyny. Odpływacie w błogie ciemności.

I nagle się budzicie. W samym środku operacji.

Wraca Wam świadomość.

Zaczynacie czuć…

Ale nie możecie się poruszyć. Wasze mięśnie są totalnie zwiotczałe, sparaliżowane, nie macie nad nimi żadnej mocy. Jednak połączenia nerwowe są aktywne i przekazują wszystko do mózgu. Czujecie każdy ból podczas zabiegu. Pół biedy, że obudziłeś się po krojeniu brzucha, ale może właśnie odkrawają tam kawałek Twojej wątroby. Czujesz to.

I nic nie możesz zrobić, bo żaden z lekarzy wokół Ciebie nie ma pojęcia, że się przebudziłeś gdzieś tam w środku. Pozostaje czekać do końca w okrutnych mękach, lub czekać na cud w postaci ciemności (omdlenia z bólu).

Przerażające, prawda?

Najlepsze, że takie przypadki się zdarzają i nazywane są “świadomą narkozą” lub „niezamierzoną świadomością śródoperacyjną„.

 

Zboczymy teraz trochę na inne tory, ale później wszystko się ładnie połączy i rozjaśni.

 

Kiedyś miałam taki sen. Tego typu snów mam sporo, ale właśnie ten uzmysłowił mi faktyczną niemoc wobec Sił Wyższych.

Jak wiemy, istnieje nieskończenie wiele światów równoległych o różnych czasoprzestrzeniach. Ja sobie w snach po nich wędruję, spotykam się z ziomkami, poznaję historię & wspomnienia swojego Maleństwa (Duszy), poznaję też inne formy życia, i robię rzeczy, które zazwyczaj są niewykonalne w aktualnym wcieleniu.

I trafiłam raz do jednego wymiaru. Miejsce bardzo zbliżone do poprzedniej dzielnicy, w której mieszkałam kilka lat temu. I na ogródku moim spały sobie kaczki – tatusie, mamusie i kaczątka. Ich wygląd nie był typowo ziemski, ale to wciąż były kaczki. Oswojone, ot, tacy stali mieszkańcy mojego ogrodu. Razem z kaczkami spały też koty wszelkiej maści. Wracałam akurat do domu i pisałam Mamie esa, że:

Zapomniałam, że mamy marzec i wysyp kotów… Gdybyś widziała mój ogród teraz!! <3 <3 <3”

 

Na płoteczku, na jednej beli od płoteczka, siedział sobie maleńki, rudy kociaczek. Się patrzył na mnie. Serducho me się roztopiło momentalnie, więc wzięłam koteczka do ręki. Wyglądał na ziemskiego nastolatka, ale z łatwością się mieścił w mojej jednej dłoni. Miał puszyste futerko i niespotykany ogonek. Ogonek długi, szczurzy taki, lub mysi, nieowłosiony, bardzo energiczny. Nie, nie był zły, jak to kocie merdanie ogonem na Ziemi. Tam znaczyło ono podekscytowanie. Ogonek był zakończony delikatnym, spiczastym a’la grotem. No takie groty jak mają smoki lub dzidy, wiecie.

Trzymałam kotusia w dłoni i bawiłam się jego ogonkiem. Cudna sprawa.

W kolejnym kadrze musiałam leźć na miasto. Wsadziłam rudzielca do coś jakby wózka dla kotów (nie, to nie zamach na ich godność, one generalnie tym się woziły w moim śnie) i ruszyłam w kierunku centrum. Idziemy sobie i idziemy. I nagle obok wózka pojawia się młodzieniec – wysoki, szczupły, ciemnorude dłuuuugie włosy związane w kucyk, elfiokocie uszy, i wielkie, zielone kocie oczy. Od razu się domyśliłam, że to “opiekun” tego rudego kotusia. Jego alter ego, jego dusza, przewodnik, coś w tym rodzaju. Gościu się zmaterializował po prostu. I zaczęliśmy rozmawiać.

W języku migowym.

 

O czym rozmawialiśmy?

O wypuszczeniu kotusia na wolność, cokolwiek to znaczyło. Ja protestowałam, że kotuś jeszcze za mały, za cherlawy, niech nabierze ciałka, zbuduje się, wtedy go wypuszczę. Młodzieniec miał argumenty, że im szybciej tym lepiej się dostosuje, i szybciej się rozwinie i będzie mógł przejść na kolejne lewele duszy.

Podczas tego snu byłam w pełni świadoma, Miałam swoją świadomość ziemską, bo takie mam teraz wcielenie, prawda? I znam język migowy polski, angielski, międzynarodowy. Ale we śnie żaden z tych nie był przez nas używany. Był po prostu językiem z tamtego wymiaru, i jeśli się nie mylę, był on podstawowym sposobem komunikacji ludzi tamże.

I teraz dochodzimy do sedna.

Jako, że miałam świadomość ziemską, mój nibyumysł “chciał” migać w ziemskim języku migowym. Ale ciało we śnie “migało” po swojemu, używało tamtejszego języka migowego. Mój nibyumysł rejestrował i przetwarzał to co chcę przekazać na ziemskie “słowa”, ale ciało już odbierało je inaczej. Ja co innego, ciało co innego.

Niee, tak się nie miga “jedzenie”, jak Ty to migasz?? Co Ty w ogóle migasz??”

Nie miałam władzy na nim, żadnej władzy. Próbowałam dostać się do “środka”, przemówić się do siebie, ale bez skutku. Ciało było dostosowane w pełni do tamtejszego programu i jak zauważyłam, świetnie sobie radziło. Już później we śnie uświadomiłam sobie, że jestem świadomością, duszą, esencją, i, że jestem zamknięta w tamtejszym ciele, naczyniu. Muszę realizować program, który został mi nałożony, podążać za nim. Nie mogę ingerować, wtrącać się za bardzo, zepsułabym cały porządek.

 

 

Zrozumiałam wtedy, jak musi się czuć moje Maleństwo w ciele, które używam w aktualnym wcieleniu.

 

Które OBIE używamy…

 

I teraz wyobraź sobie, że Ty sam jesteś świadomością, duszą, esencją, energią (bo jesteś i tak). I wiesz, że my wszyscy pochodzimy z jednego Źródła – Absolutu, Miłości, Światła, Domu. Przyjmujesz postać określonego ciała, odpowiedniego do danego wymiaru i przestrzeni. Te wymiary i przestrzenie warunkują odpowiednio nałożone programy do tego ciała.

Czyli, chcąc nie chcąc, wchodząc w to ciało – zgadzasz się na warunki przypisane do danego planu (wymiar, przestrzeń, czas, itd).

Robisz to z pełną świadomością.

I jako świadomość, również doskonale zdajesz sobie sprawę, że niczego nie będziesz pamiętał. Ten warunek jest zapisany drobnym druczkiem, ale konieczny.

I dalej.

Ziemia jest też świadomością, zgodziła się na kosmiczny eksperyment utworzenia życia na swoich włościach, zgodziła się na przyjęcie nas. Co najważniejsze –

 

Gaja zgodziła się, by ludzie mogli mieć wolną wolę i mogli robić na niej i z nią co chcą.

 

Ziemia, wolę ją nazywać Gają, Gaja miała i ma swoich opiekunów, odpowiedzialnych za to, co się z nią i na niej dzieje. Ale, jak to w niemal każdym eksperymencie bywa, nie zawsze wychodzi tak jak się pierwotnie zakłada.

A już na pewno nie wtedy, kiedy ma się do dyspozycji tak potężne narzędzie jak WOLNA WOLA.

 

Niewiele jest planów w Kosmosie, które mają przywilej „wolnej woli”. Dlatego Gaja jest tak cenna.

 

Przez eony czasów na Gai sporo się zmieniło, porobiło, rozwinęło. Mamy jak mamy – wojny, zło, niesprawiedliwość. Różne rasy kosmiczne rościły sobie do Gai prawo, widząc w niej potencjał labolatoryjny do kreowania i eksperymentowania genetycznego nad formami życia. W efekcie mamy ludzi z hybrydami dusz, mamy ludzi bez dusz, mamy ludzi z czystymi duszami, które dopiero pierwszy raz się inkarnowały na Ziemi.

Przybywając na Gaję “podpisujesz” tak zwany cyrograf. Zgodnie z nim nie tylko realizujesz swój porządek rozwojowy – uczysz się, nabywasz wiedzę, doświadczenia, wzrastasz, pomagasz innym duszom, ale i też zapominasz o swoim pochodzeniu, swoich inkarnacjach. Twoja pamięć zostaje wymazana, ale Dusza pamięta, tylko po prostu nie ma jak Ci tego przekazać.

 

Dzięki temu zabiegowi przez wszystkie czasy ludzie (i nie tylko ludzie, więcej palców maczały niefajne rasy kosmiczne) nieświadomie bazując na wolnej woli i prawach kosmicznych wytworzyli tzw. pułapkę karmiczną. Pułapka ta energetycznie otacza całą Gaję. Nie jest łatwo z tej pułapki uciec. Dla wielu dusz jest to wręcz niemożliwe – przedostać się na drugą stronę i wrócić do Domu, do Źródła. W momencie śmierci dusze są wychwytywane (białe światełko w tunelu) i wpadają dalej w kolejne ziemskie inkarnacje. Klucząc bez składu i ładu, z pretensjami i żalami, uczuciem tęsknoty do Domu.

Jeszcze będę o tym pisała.

 

Dlatego bardzo, ale to bardzo ważne jest, byśmy sie przebudzali, wyszli ze śpiącego matrixu, z iluzji, i zaczęli naprawdę żyć – cieszyć się, kochać oraz kreować szczęśliwe scenariusze własnych rzeczywistości.

 

Musimy mieć świadomość, że

  • nie jesteśmy sami ze sobą, że posiadamy Duszę, że mamy przewodnika – opiekuna duchowego, który o nas dba, prowadzi nas, że posiadamy wgrane, sztuczne ziemskie ego, które rozwala naszą radość,

 

  • nasze ciała są tylko ziemskim, tymczasowym “pojazdem”, winniśmy mu szacunek, bo jak każda “rzecz” na Ziemi – nawet i ciało ma swoją wibrację,

 

  • bo i tak jesteśmy wszyscy jednym i tym samym, wszyscy pochodzimy z jednego Źródła, rozszczepieni na różne czasy, wymiary i przestrzenie,

 

  • i wszyscy mamy się rozwijać, wzrastać, kochać, tu na Gai i wspólnie z Gają, byśmy mogli wyrwać się z pułapki karmicznej i wrócić do Domu,

 

  • by potem i tak dalej wzrastać, bo rozwój, tak samo jak Miłość, jest nieskończony

 

A Wy chcecie brać na serio swoje problemy ze szwagierką? Z sąsiadką? Z rakiem? I płaczecie, że nie udało Wam się dostać pierwszej ewer edycji polskiego Wo(ł)g.

Pliz…

 

Te całe branie na serio to tylko ziemski program, ego, nie Wy sami, nie Wasza Dusza. Bo Wasza Dusza, jak w moim śnie, jest zniewolona. Musi cierpliwie czekać, aż Wy sami wyjdziecie z ego, z iluzji i połączycie się z nią.

 

Póki co, może Wam pomagać jedynie przez sny, “przypadki”, zbiegi okoliczności, wskazówki z dupykrzaka wzięte. Bezpośrednio nie dotrze do Was, ona wibruje na kompletnie innych, wyższych częstotliwościach a Ty, ze swoim ego w matrixie, na innych, niższych.

 

Językiem Duszy są wydarzenia w Twoim życiu.

 

Rudy kotek w moim śnie symbolizuje klasyczną formę życia na danym planie. I jak każda forma życia wibruje boską energią, Miłością, wspólną dla nas wszystkich. Kocioelficki gościu to dopiero wymiatacz duchowy, obeznany z zasadami i prawami wszechświata. Lekko się zdziwiłam, że byłam w stanie z nim rozmawiać, bo może ja sama byłam czyimś alter lub przewodnikiem, ale może takie regulacje mieli na tamtejszym wymiarze, nie wiem.

 

Ale wiem już, co musi czuć moje Maleństwo będąc ze mną w moim ciele, przeżywając “moje” doświadczenia, a ja analizując “jego” wspomnienia łączę je z moimi wydarzeniami. I wszystko układa się w logiczną, spójną, wytłumaczalną całość.

 

Zdaję sobie sprawę, że kiedyś, zanim się jeszcze przebudziłam na dobre, Maleństwo musiało się czuć jak wybudzony z narkozy pacjent podczas operacji.

Brr…

Nie chcę, by jeszcze kiedykolwiek Ono tak się czuło. Chcę, by było spokojne, poczuło się bezpieczne i kochane. Zauważone przez właściwe Energie, nie przez takie, które ja prowadzą.

 

Praca z własną Duszą to ciężka praca, ale warta każdego zachodu. Ciężka, bo nie jest łatwo rozmawiać, uspokoić się, wyzerować się, nie jest łatwo jeść zdrowo, mieszkać zdrowo, nie jest łatwo wybaczać, odpuszczać i kochać.

 

Ale warto. Bo Dom to coś, do czego my wszyscy chcemy wrócić.