Napisałam jedną notkę, która się wstawi za jakiś czas. Napisałam i poszłam do kawiarni, tej swojej, florenckiej. Bo mi zamykają. I teraz siedzę i piszę. Przedostatni raz w tym historycznym, średniowiecznym budynku, między cegłami, belami na suficie, starymi drewnianymi oknami z jedną szybą. I czekam na ostatni, najlepszy tutaj gluten, ręcznie robiony, z sercem, przez leciwe ciocie, najemczynie kawiarenki. Jedenaście lat i Anetka ze swoim laptopem poczuła się nagle bezdomna…

Bo gdzie pisać teraz?… Z taką rzadko spotykaną atmosferą lokalu z krzywymi podłogami?

 

No, ale dobra. Co ja chciałam.

Wpadła mi do głowy inna wersja opisania Wam tego słynnego „tu i teraz”. A właściwie jak zrobić, by ten stan przedłużać ile się da.

 

Wielokrotnie pytacie mnie w mailach skąd ja to wszystko wiem.

 

Nie wiem skąd. Po prostu wiem. Wydarzenia, które doświadczam, osoby, które spotykam, one powoli, systematycznie przypominają mi to co mam w środku. Przy okazji dowiaduję się co za ustrojstwa w sobie noszę i uczę się jak je ujarzmiać, kreować własny scenariusz na własne widzimisię.

 

Chociaż czasem odzywa się moje ego i łezki podlatują do ślicznych ocząt.

Czemu nie mogę być normalną Grażyną? Ja naprawdę nie chcę czasem tego wszystkiego czuć, tego wszystkiego wiedzieć, na kogokolwiek spojrzę! Chcę mieć normalnego Janusza, do tulenia, do bycia koło, jakieś normalne życie społeczne, i w ogóle…”

A tu…

Kosmosy jakieś. Błąkanie się z niewiadomoskąd wiedzą, że jesteś jakaś dziwna, nie pasująca na bliższą metę. Elastyczność to tylko przykrywka, kiepska ze mnie aktorka do 3d filmów, ale idealna energetycznie.

 

Etam. Bo zdygresjowałam. Wracamy.

 

Kocham książki, ale nie czytam ich nałogowo, jestem wybredna i zdaję się na wyczucie co mam do własnej biblioteczki kupić. Niewiele tego jest – fistaszki zebrane, Haruki Murakami, Zafon. Naczytałam się w dzieciństwie, teraz książki czyta mi życie. Czyta wielowymiarowo. A, że jeszcze nie słyszę, to nie słucham nikogo. Nawet jak ktoś mi napisy proponuje – kręcę nosem, podskórnie wiem, że już niczego nowego się nie dowiem.

 

Moim atutem jest własne doświadczenie, niepodparte cudzymi poglądami, nie kopiowane. Nie mam pojęcia, czy dojdę do tej prawdy absolutnej, i powiewa mnie to, nie interere, nie mój cyrk, nie te ciuchy. Ja chcę się tutaj tylko bawić, odpowiedzialnie oczywiście. Nie szkodzić innym a jednocześnie uczyć się nie szkodzić sobie – znaleźć ujście swojej chęci przekazywania na blogach, w rozmowach z Wami.

 

Bo wiecie. W tej przyszłej notce piszę o nieprzypadkach, jak kogoś „nowego” poznaję – ja już wiem kto to za gościu i jaką rolę mamy sobie wzajemnie do odegrania. Czasem jest to irytujące – Maleństwo ma swoich ziomków we wszelkich światach, fascynujące harlekiny, a Anetka jak cielę za nim łazi i „ogląda” te światy w snach,„czyta” te harlekiny. Będzie chyba niemożliwe spotkać kogoś, kto byłby całkiem „świeży”, nowiutki model, prosto z fabryki, nieznany Maleństwu jeszcze. A który by się jeszcze Anetce podobał. Nie mam tu na myśli tylko mężczyzn, w ogóle ludzi. Brakuje mi trochę świeżości, nieznanego, czegoś, co mnie zaskoczy.

 

Ale biorę jak jest. Widzę, że Maleństwo życia miewa barwne, spotyka hoho ludzi, tyle się dzieje, atrakcje, inspiracje a ja sama się nie nudzę. Tylko pokornie skrobię w maku. Wytwarzam kolejne reakcje łańcuchowe.

 

No i teraz.

 

Wiedzę mam, to już wiecie. Intuicja, przyszłość, całe tła kumpli Maleństwa. Ludzie w to nie wierzą, bajki, bzdury wiadomo, więc logiczne, że im takich rzeczy nie opowiadam, nie pcham się, nie nawracam. Wiem, że mam rację i wiem, że inni mi tego nie powiedzą. Siedzę cicho i zaciskam zęby. I słucham, i rozmawiam, i potakuję, i umiejętnie ciągnę za język, za palce, wymuszam do pewnych zachowań, byleby człeka ruszyć, bo intuicyjnie wiem, czego jego dusza oczekuje ode mnie.

Gram.

 

I teraz.

 

Wyobraź sobie, że dostajesz scenariusz, masz go zagrać.

 

Masz być tym i tym, zachowywać się tak i tak, ubierać się tak i tak. Okej. Reżysera znasz, aktorów poza sceną znasz, role tych aktorów też znasz. Fabułę też znasz, wiesz jaka akcja, jakie sceny, znasz koniec swój i innych.

I teraz weź graj.

Na Ziemi.

 

Udawaj, że NIE ZNASZ swojego i innych scenariusza. I graj. Całą sobą, jak tylko potrafisz. Z pasją, radością.

 

Wyobraź sobie, że dostajesz nuty. Każdy zapis nutowy rozpoczyna się kluczem wiolinowym – każdy rozdział w Twoim życiu, który zaczynasz codziennie (i taki mam tatuaż, na niemal całe plecy, klucz wiolinowy, z orientalnymi, kwiecistymi „skrzydłami” i moim własnym mottem). Dostajesz nuty, znasz te nuty, potrafisz sobie wyobrazić tempo, dźwięk, znasz kompozytora (czyli siebie), znasz teoretyczny koniec.

I teraz tym nutom nadaj realny, prawdziwie odlatujący dźwięk, muzykę. Graj.

 

Kiedy jesteś na scenie, kiedy grasz, kiedy tworzysz muzykę, kiedy teorię przekształcasz w praktykę, kiedy nadajesz znaczenia swoim słowom, gestom, sytuacjom – to jest właśnie ta chwila „tu i teraz”.

 

Ktoś mi powiedział, że dusze nie lubią doświadczać, są implantami ziemskimi. Nie zgodzę się, zbyt dużo niezależnych od siebie źródeł, by to podważyć. Dusze kochają przeżywać, grać, czuć jak to jest być tym, tym i tamtym, jak to jest czuć to, tamto i tamto.

 

Moment, w którym grasz na pianinie, moment, w którym stoisz na scenie będąc kim innym i mając świadomość zakończenia –

jak się czujesz?

 

Życie na Gai jest bardzo kruche, w każdej chwili scena może rąbnąć, reżyser może zmienić Ci scenariusz i umrzysz w następnym akcie, Ty sam możesz ten scenariusz podrzeć, spalić, zjeść i dalej już improwizować. Może odbić kluczowemu aktorowi i całkiem Ci się zcacka Twój własny scenariusz, zonk no. Wiatr może porwać Twoje nuty a Ty zaczniesz grać po swojemu. Pianino może Ci się rozstroić i co? Szukasz stroiciela czy grasz dalej, fałszywie?

 

Dlatego te granie w ‘tu i teraz’ jest takie cenne.

 

Bo widzisz książkę, co nie? Znasz autora, wiesz jaki to gatunek, fabułę też znasz mniej więcej. Ale kiedy otwierasz pierwszą stronę, kolejne kilkanaście kartek, już padłeś, wczułeś się, odleciałeś, zatraciłeś się. Płaczesz, śmiejesz się, wzruszasz się, wnerwiasz się, ekscytujesz się, rusza Cię na wszystkie serca strony.

To jest właśnie życie.

 

Jesteś czytelnikiem czytającym swój własny scenariusz.

 

Jesteś muzykiem, który najpierw się uczy jak czytać nuty, stawiać pierwsze oktawy, dopiero później nauczysz się komponować swoją własną muzykę, dopasowywać do swoich potrzeb, chęci.

 

I jesteś aktorem, który w każdej chwili może rzucić w kąt gotowy scenariusz i zacząć grać po swojemu.

 

adfalkiewicz ben nevis

No, ale sceneria fajna chociaż, postarali się o rekwizyty 😀