Istnieje legenda. „Bóg stworzył świat. Wszystkie narody ustawiły się w kolejce po przydział należnego im terytorium. Pamircy jako ludzie nieduzi i skromni stanęli na końcu i kiedy nadeszła ich kolej okazało się, że wszystkie ziemie zostały już rozdzielone. Pamircy zaczęli rozpaczać tak, że sam Bóg zapłakał nad nimi. Oddał więc Pamircom ziemie, którą przygotował pod swój ogród. Ziemia ta nazywa się Badachszan.

Z kirgiskiego Sary-Tash (notka o Kirgistanie) już blisko było do granicy z Tadżykistanem. Już czułam, że jestem u siebie, że to miejsce jest tym, do którego tęskniłam. Mimo, że nigdy wcześniej tu nie byłam. Fizycznie, rzecz jasna. Droga już robiła się trudna, kamienista, powietrze stawało się coraz cięższe. Jeszcze za wcześnie było na odczuwanie choroby wysokościowej.

Najpierw granica. A na granicy – śnieg. Tak, padał śnieg. Baraki, przybudówki, zacna latryna z widokiem na góry, ale za to jakie góry… Rysy się nie umywają, sorry ludzie. Słyszeliśmy plotki o dokładnych kontrolach, mieliśmy wizy i pozwolenia na wjazd na terytorium Badachszanu. I tak „trochę” czekaliśmy w tym zimnie, w wichurach przemieszanych ze śniegiem.

A kawałek dalej słynne przejście graniczne – Kyzyl Art – na wysokości 4200 m.n.p.m.

Jestem w Tadżykistanie !! Na dachu świata !! To są moje tereny, moje krajobrazy, dzikie, nieposkromione, surowe. Żadnych tam ślicznych i łagodnych zieleni. Moje ciało z reguły jest wytrzymałe i przekonałam się później wielokrotnie, że świetnie sobie radzę w ekstremalnych warunkach, dlatego natura Tadżykistanu bardzo mi się wpasowała.

Pamięć komórkowa DNA duszy? Bo poprzednie inkarnacje? Myślicie?

Potem to już było tylko wyżej i wyżej. Napatrzeć się nie mogłam zza okna. Wzdłuż drogi do Murghab biegnie granica z Chinami. I to były bajeczne widoki.

Tutaj przejeżdżaliśmy obok jeziora Kara-kol. Wróciliśmy potem do niego, ale inną drogą.

Po drodze jeszcze stawaliśmy na Ak Baital, położone na wysokości 4655 m.n.p.m. Jechaliśmy wtedy wolno, ociężale. A ja byłam wniebowzięta.

To była najpiękniejsza droga jaką jechałam kiedykolwiek w życiu.

Koło nam się popsuło. Się zdarza. W tych terenach trzeba być dobrym mechanikiem, bo często na tej trasie nie spotykasz nikogo przez długie godziny, długie kilometry.

Z Sary-Tash do Murghabu jest niby ponad 200km, ale jechaliśmy cały dzień. Bo góry i wiadomo.

W Murghabie (polska wersja chyba Murgob?) spotkaliśmy dużo cywilizacji. Mieliśmy tzw. pensjonat czyli dwa pokoje dla siebie. Mieszkaliśmy z rodzinami w jednym domu. Latryny na zewnątrz, drewniane. Łazienka z wielką balią, donoszoną gorącą wodą. Mieliśmy tu przewodniczkę – Gulnarę – znajomą Igi, a która zajmuje się sprawami kobiet i edukacją dzieci w jej mieście. Ale do tego potem wrócę. Najpierw pokażę Wam pokój. Spaliśmy na rozwijanych „kołdrach”, które służyły nam za materace.

Meble niczego sobie, a za szybami swoiste wielopokoleniowe muzeum rodzinne.

I moje „łóżko”. Jak ktoś chciał to spał pod kołdrami a jak nie – zawsze był własny śpiwór.

Iga przed wyprawą poprosiła nas wszystkich, byśmy przywieźli książki i różne pomoce naukowe w języku angielskim. Ja ze względu na swój bagaż swoje znaleziska z carbootów (giełdy używanych rzeczy) wysłałam do Igi dużo wcześniej. Gulnara opowiadała, jak tutejsze dzieci bardzo łakną nauki, nowych rzeczy, języka angielskiego, czegoś o świecie. I na stole niżej widzicie nasze przywiezione książki.

Zaczęliśmy rozdawać dzieciom. Były akurat wakacje i nie wszystkie były w mieście, większość z nich spędza czas wolny na letnich obozach, na pastwiskach w dolinach gór. My później też w takie miejsce pojedziemy.

Gulnara oprowadziła nas po miejskiej, jedynej szkole.

Pokazała też bibliotekę. Wszystko w rosyjskim, stare i przedawnione.

Dla dzieci książki były jedyną rozrywką. Nie wszystkie miały telefony, nie wszyscy mieli fejsbuki. Bogato nie było, ale biednie też nie. Telewizorki w jurtach były, na panele słoneczne. Po prostu inne warunki do życia. Tutaj natura wyznaczała rytm, bo to kraj nomadów.

I boisko do gry w kosza.

Częściowa dzieciarnia i młodzież szkolna z podarowanymi przez nas „pamiątkami”. Zauważcie modę – nikt tam nie patrzył na to co jak się kto ubiera czy po kim nosi ubrania. To byli ludzie przystosowani do życia w trudnych, górskich warunkach.

Spacer po cywilizacji w Tadżykistanie. Było wszystko w tym centrum miasta.

Często machałam, ludzie odmachiwali do zdjęć.

Do polizania i schrupania – kuruty – kuleczki twarde i słone. Dziwny smak, jakby wysuszone zsiadłe mleko. Mi nie podpadło. Bardziej kumys już – coś jak śmietanokefir z drożdżami.

Polubiłam to miejsce, ludzi w nim, dzieci. 

Dogadywałam się z nimi bez problemu – bez języka, z samymi gestami i uśmiechem. 

Miejska informacja turystyczna.

Teraz będzie chaotycznie, nie pamiętam gdzie co i jak było. 

 W Murghabie było też muzeum – wdepliśmy. Kupiłam Marco Polo. Symbol Tadżykistanu. Ni to koza, ni to owca. Ludzie polują na nie, jedzą wszystko z niego. 

W drodze na Rang-Kul, letni obóz (trzeba było pozwolenie mieć, czekaliśmy trochę w autach), gdzie mieliśmy spędzić parę dni z dala od wszystkiego, przystanęliśmy by obejrzeć Shakhty – malowidla liczące sobie 8500 lat. Zrobiłam sobie tutaj selfie z Gulnarą. Dużo później zauważyłam, że za nami z tyłu jest dziwna skała – w jednej jej dziurze jest schowane „światło”, nikt do tej pory nie potrafił wyjaśnić jego pochodzenia.

W końcu dojechaliśmy na miejsce. Tajemnicą pozostaje jak kierowcy znajdywali drogę do celu, bez znaków, bez śladów opon, no bez niczego. Zimno…

W tej jurcie spaliśmy, jedliśmy, wiedliśmy codzienne życie. W domku obok mieszkała rodzina – małżeństwo i dwie dziewczynki.

W środku naszej jurty standardowo kołderki, materace, koce. I ten nieszczęsny piec – stopy mieliśmy bardzo ciepłe, za to głowy lodowate – spałam w chustach polarowych.

Toaleta, drodzy czytelnicy. Dla całej wsi. W nocy przydawała się latarka – czołówka, wtedy widać było, że ktoś kuca, a za dnia cóż – dla nich to normalne. Podczas „siedzenia na tronie” mieliśmy niezły widok na niedalekie gapiące się na Ciebie stadka kóz. 

Mnie już dopadała choroba wysokościowa – zawroty głowy, biegunki, mega osłabienie. Pomagała smecta na zatamowanie biegunki i picie dużej ilości wody.

W jednej jurcie mieliśmy pokaz produkcji lepioszków. Na tych wysokościach woda się nie gotuje, nie osiąga stu stopni, nie ma bąbelków, dlatego gospodynie radzą sobie jak mogą i korzystają z pary wodnej w niższym ciśnieniu.

I na kolację mieliśmy ciepłe lepioszki z kumysem – śmietanokefirem od tutejszych jaków. Pycha !!

Lokalne dzieci spędzające wakacje na letnim pastwisku są przyzwyczajone do turystów wpadających do nich na parę nocy. Uwielbiają być fotografowane.

Dogadałam się z nimi bardzo łatwo, uwielbiałam spędzać z nimi czas.

Naszym gospodarzem był bezzębny młody mężczyzna – tak, młody, wówczas miał koło 45 lat. Pomogłam mu nieść wiadra z wodą z pobliskiego strumyka i wtedy podczas naszego długiego spaceru opowiedział mi kulawym angielskim z gestami historię swojej rodziny. 

W tym samym czasie na obozowisko zajechał też motocyklista z angielskiego Cambridge. Trzymam z nim kontakt do dziś. Podróżuje dużo. 

Dzieciaki miały uciechę z jego motoru i sprzętu.

Wzięłam z Anglii polskie lizaki i podarowałam je dziewczynkom tutaj. Bardzo rzadko jedzą takie rzeczy a troszkę cukru w świetle ich organicznego, naturalnego jedzenia chyba im nie zaszkodzi? Bo zęby miały naprawdę ładne.

Dziewczynki pokazały mi trochę gier a’la klasy, skakanki, berki. Selfie z nimi też zrobiłam. Byłam nie do życia na tych wysokościach, więc przebywanie z nimi pozwalało mi zapomnieć o przykrych dolegliwościach. 

Szybko zaczaiły na czym polega mój aparat. 

Jednym z punktów etno wyprawy była samodzielna produkcja kurutów – tym razem z mleka od Marco Polo, czy jaka? Nie wiem do dziś.

Kuruty chowało się do siatek i sobie wisiały a niektóre…

… były rozkładane na dachu wiaty i suszone na słońcu.

Było też pastwisko pełne Marco Polo. 

I dojenie to kolejny punkt. 

Głaskanie też. 

I branie na ręce. I całowanie też.

Jakie śliczne i cichutkie meczenia…

No tak, to było dojenie jaka. Wyżej to Marco Polątka. Fajna sprawa. Miałyśmy założone szlafroki, gdyż jaki przyzwyczajają się do swoich „dojarek” i rozpoznają je właśnie po ubraniach. Inaczej kopią i uciekają.

Tak, kot był. Na takim zadupiu jak Rang Kul. Pośrodku niczego. Ni to Tadżyk ni to Chińczyk. Ponoć też jeździ ze swoją rodziną na wakacje. Śpi całymi dniami na piecu, nie widziałam go na zewnątrz. 

Wykorzystałam okazję i zostałam u gospodyni. Popatrzyłam jak robi tadżyckie „rolady ziemniaczane”. Zrobiłam całą serię zdjęć od A do Z, ale tutaj wstawiam tylko najważniejsze. Zwałkowane na cienko ciasto wypełnia farszem z ziemniakami i cebulą (obierałam !!) i potem przy pomocy ręcznika zawija w rulon. Rulon ten zawija znowu na kształt ślimaka. I „gotuje” na parze, jak tylko się da na tych wysokościach. 

Jedliśmy wszyscy wieczorem. Z kumysem obowiązkowo. Smakowały jak nasze polskie pierogi. 

I tu już po wszystkim. 

Jednego dnia mieliśmy też wieczorek kulturalny. Najstarszy na pastwisku zaprosił nas do siebie i w swoim języku opowiadał o … nie wiem o czym, chyba o wszystkim. Gulnara tłumaczyła na angielski, Iga czasem pomagała na polski. Nie rozumiałam nic a nic więc szybko delikatnie się zmyłam, tak żeby nie obrazić jego osoby.

Pamirczycy to wyznawcy ismailizmu – szyicki odłam islamu czy coś. Wiara nie jest u nich publicznie egzekwowana. Przynajmniej ja nie widziałam. 

Prawie równolegle z naszą wyprawą Azję Centralną eksplorował też Arkady Fiedler (wnuk słynnego podróżnika) ze swoim zielonym maluchem. Spotykaliśmy się na trasie parę razy. Jego auto wzbudzało ciągły zachwyt wśród okolicznych mieszkańców.

Część grupy została w Rang Kul a część zdecydowała się jechać do Wachanu i Iszkaszimu, na granicę afgańską. Mnie już wystarczył pobyt na obozowisku więc zdecydowałam się wydać ostatnie dolary i kolejne noce spędzić na południu kraju. Było mi już bez różnicy czy cierpieć z wysokości będę na obozie czy w gorącym. Zresztą skąd miałam wiedzieć, że na dole będzie bardziej niż upalnie?

Jechaliśmy jednym autem już. W kierunku Chorogu. Całodzienna jazda po dymie, skwarze, kurzu, wybojach. Ja siedziałam już z przodu, miałam więcej miejsca na rzyganie.

Drogi były niesamowite. Ciągle Jedwabny Szlak.

Punkty widokowe – jeszcze bardziej niesamowite. Tu widok na … nie wiem na co? Czy południowy Badakszan czy afgański Wachan czy Hindukusz? Nie wiem. Wiem, że zabrakło mi słów.

Ale kadrować to dalej nie umieli. 

Zatrzymaliśmy się nad jeziorem Sassyk Kul. A może to jezioro Ozero? Za małe trochę na Sassyk Kul.

Czyściuśka woda, prawda?

Dojechaliśmy późnym wieczorem do Chorogu. Byłam osłabiona i obojętna na towarzyszy podróży. Zatrzymaliśmy się w kojącym Pamir Lodge. Magiczne miejsce, gdzie spotyka się cały świat. Na rowerach, motorach, autach, własnych nogach.

Wstałam wcześnie i podążyłam na taras. Zielono, zielono, zielono… Co za piękna odmiana wizualna w porównaniu ze spalonym Tadżykistanem.

Przygramolił się kotuś. Tadżyckich pcheł też nie przywiozłam.

To miejsce jest szerzej opisywane w pewnej książce Krzysztofa Samborskiego aka Sambora. Wspomnę o nim na końcu wpisu. Sambor miał rację – to miejsce jest unikalne i ma wyjątkową energię. 

Jak się obudziłam na podłodze w pokoju, bo tam łóżek nie było, to zauważyłam, że spał obok mnie Arkady. Wszyscy pozostali i tak jeszcze spali. Nie zauważyłam kiedy przyjechał do Chorogu i rozłożył legowisko koło mnie. W każdym razie kiedy wstał na światło dzienne to go zaczepiłam. I zaczęliśmy rozmawiać. I się okazało, że mamy wspólnych znajomych (grupa wyprawowo-podróżnicza „Horyzont” i ich naklejka na oknie, widzicie?) I wiecie co? Arkady był jedyną osobą w całej tej wyprawie, z którą mogłam swobodnie porozmawiać. O krajach, o ludziach, o Anglii (mieszkał kiedyś w Londynie), o głuchocie, o stylu podróżowania, o komunikacji na całym świecie. Od razu poczułam, że to podróżnik z krwi i kości, nie to co ludzie z mojej wyprawy, dlatego ceniłam każdą chwilę spędzoną z nim. I w końcu się rozluźniłam.

W Pamir Lodge miałam w końcu dostęp do internetów. I przyszło zilion wiadomości. Świat sprawdzał czy żyję, czy mnie nie porwali, nie zgwałcili, nie zachorowałam a przede wszystkim – czy wiem, że kilka dni później po moim wylocie ze Stambułu miał miejsce atak terrorystyczny i lotnisko było uziemione na kilka dni? Nie, nie wiedziałam. Byłam odcięta od cywilizacji i takie problemy jak zamachy bombowe były mi tu obce. Po powrocie do Anglii również miał miejsce kolejny atak i znowu lotnisko było zamknięte. Miałam szczęście. 

A ja wszystkim powtarzałam, będąc w Chorogu, że tu, gdzie jestem teraz, to jest dużo bezpieczniej niż w Londynie czy w Paryżu. 

Bo to prawda. Gdzie tu ludzie myślą o jakichś wojnach kiedy trzeba jaki wydoić czy sprzedać kuruty? Tam było proste, nieskomplikowane życie.

Z Chorogu zajechaliśmy do Iszkaszim (Ishkashim), na granicę afgańską – było przeraźliwie upalnie. Ja już byłam wykończona i osłabiona biegunkami. Mało jadłam, ale dużo piłam. Stamtąd pamiętam spokojną wioskę, sklep z arbuzami i lodami, i grupę motocyklistów odpoczywających na ziemi pod drzewami. 

Z Iszkaszim jechaliśmy na kolejny nocleg, do Langar. Była tam fajna, duża łazienka, wzięłam chłodny prysznic. Siedząc na ławce na ogrodzie i czekając na wolną łazienkę przyszedł jeden uczestnik wyprawy i zapytał mnie o coś. Ja nie zrozumiałam to poprosiłam o zapytanie jeszcze raz. I tak kilka razy. W końcu chłopak się wkurwił, machnął ręką na mnie i poszedł. Dopiero po chwili zreflektowałam się, że pytał o swoją dziewczynę, która akurat się kąpała. Uraz pozostał, ale co miałam gościa winić za brak wyobraźni, jak należy postępować z głuchą osobą?

Ta sama para na bazarze w Osz żarła się ze mną o język migowy. Obstawiali przy swoim, że język ten jest ubogi, nie można wszystkiego przetłumaczyć i w ogóle głusi są głupi, mówiąc najprościej. Ja najpierw tłumaczyłam im, że tak nie jest, ale szybko się skapnęłam, że ci magistrowie po studiach są po prostu za głupi by rozumieć inne sposoby porozumiewania się. Odpuściłam i zostawiłam ich w swoich świętych racjach.

W Langar przeszliśmy się by zobaczyć historyczne petroglify. Ja w połowie siadłam i zaczęłam robić zdjęcia.

Reszta szła wyżej. 

Ja nie żałuję, byłam słaba. Zeszłam na dół, bo woda mi się skończyła i chciałam ze strumyka dolać więcej. Przysiadłam na kamieniach i „przypadkiem” znalazłam piękny, niepozorny kamień. Zresztą to chyba on mnie znalazł. Rok później dowiedziałam się, że to rasowy lapis lazuli i po kilku wspólnych nocach razem odkryłam przeszłość swojej duszy na Jedwabnym Szlaku. Bardzo wyciszający kamień.

Z Langar wracaliśmy do Murghab już przez dolinę Wachan. I znowu mnie urzekło… Spokój, topole, rzeka. A po drugiej stronie Afganistan. Gdzieś czytałam, że miejscowi tej granicy nie uznają, że nie uważają siebie za któreś „państwo”, oni od zawsze na tych ziemiach mieszkali i ona należy do nich, bez reguł politycznych. To silna i nieugięta nacja, zapomniana przez Kirgizów, Tadżyków i Pakistańczyków. Więcej znajdziecie w książce Sambora, ja nie pamiętam.

Tu jeden przystanek, z jednej strony widok na Wachan, a z drugiej strony uzbrojeni żołnierze.

Co z tego, że jakiś Afganistan. Ważne, że góry, że natura, że serce bije.

Miejscowy straganik, z małymi Wachanami (tak to się odmienia?) Nie patrzcie na mnie, tylko na dzieci. Ja udręczona srogo a dzieci widziały siebie w aparacie. Balony i lizaki ode mnie dostały.

Posiłek. Baranokóz nie jadłam, mimo, że smak był niezwykły, zostawały mi ryby i pomidory z cebulą razem z jajecznicą. Tutaj smażone na głębokim tłuszczu coś pływającego, nie wiem. Ale smakowały te ustrojstwa, mimo, że trzeba było się nagrzebać nad ościami.

W Langar mieliśmy fajny pokój. Chłodno.

„Kanapka” na powietrzu również chłodełko dawała. To już w drodze powrotnej z Murghabu do Sary-Tash. Pamiętam stąd toaletę, podobna ja ta kamienna na letnim pastwisku, tyle, że dwuosobowa i drewniana.  

Zahaczyliśmy w końcu o jezioro Kara-kul. Widoki mega.

Ludzie tam żyli, mieszkali, mieli prąd. Powietrze ciężkie. 

Ale geny przystosowawcze u małych dzieci – niesamowite! No powiedzcie, ile ciekawości jest w jego oczach kiedy widzi swoje odbicie w moim aparacie foto?

Zjedliśmy tam obiad, nie pamiętam co i pomachałam jednej dziewczynie.

Aaa, latryna była, wiadomo, ale jakie zaskoczenie widzieć europejską ubikację! Całkiem niezłe rozwiązanie.

I jedno z najlepszych moich zdjęć – czaszka Marco Polo. Cały Tadżykistan w jednym ujęciu. 

No i dowód, że tam byłam.

Jeszcze gdzieś tam wstąpiliśmy. 

I jeszcze gdzieś tam. I to był ostatni punkt postoju w Tadżykistanie. 

Potem znów Kirgistan (inna notka) i odlot do Stambułu. I powrót do domu, do Anglii.

Krzysztofa Samborskiego poznałam na trasie, prowadził grupę motocyklistów przez Pamir. No powtórzę – spotkać same sławy w takim miejscu? Arkady? Sambor? I Anetka? No proszę… Zakupiłam jego książkę i przeczytałam ją parę razy. Zadedykowałam mu jedną notkę na moim blogu. O pasji. 

Wszystkie zdjęcia zrobione w Tadżykistanie – dzieciom, dorosłym, gdziekolwiek ktoś się napatoczył w mój kadr aparatu fotograficznego – wszystkie te zdjęcia wywołałam w kilku kopiach i wysłałam Idze, razem z kolejną dostawą przyborów szkolnych. Iga podczas kolejnej wyprawy do Tadżykistanu miała moje zdjęcia przekazać Gulnarze a ta już będzie wiedziała komu dać. 

Tak też się stało.

Zostawiłam znowu swoją cząstkę w tym kraju. Ale bez zapewnienia, że kiedykolwiek jeszcze tam wrócę.