W styczniu w 2016 roku, kiedy pierwszy miesiąc spędziłam w łóżku, w rodzinnym polskim domu, po przebytej histerektomii i kontynuowałam turystyczne zakupy, na Facebooku znalazła się ciekawa propozycja podroży. Ale to chyba Michaś, z którym miałam wówczas świetny kontakt, pogonił mnie bym z tej propozycji skorzystała. Bo z nim nie wyjdzie.

Wgłębiłam się w temat, spojrzałam na koszty, na plan wyprawy, czas jej trwania, obczaiłam dogłębnie wujka Google z obrazkami, poanalizowałam z Michasiem co i jak. Ale w głębi serca wiedziałam, że ja i tak tam pojadę. Kolejne tygodnie potwierdziły słuszność decyzji – miałam kasę, dostałam urlop z pracy, wpłaciłam zaliczkę, wszystko się układało. Rodzice za głowę się złapali, ale wyjaśniałam im na bieżąco organizację, doświadczenie organizatorki wyprawy i zapewniałam, że żadnych wojen tam nie ma.

Nie martwiłam się też o rekonwalescencję – do lipca było jeszcze pół roku, nie uwzględniałam w ogóle żadnych komplikacji pooperacyjnych.

Dlaczego akurat Turcja? Dlaczego akurat Kirgistan? Dlaczego akurat takie zadupie świata jak Tadżykistan z górami Pamir?

Hę?

 

Wyprawa do Azji Środkowej jest podzielona na trzy części. Zacznę od Turcji.

Leciało nas jakieś kilkanaście osób z różnych stron Polski, no i ja z King’s Lynn i jeden chłopak z Edynburga. Początkowo oboje planowaliśmy lecieć razem z Anglii do Stambułu, ale on zmienił plany i dołączył do organizatorki w Warszawie. Leciałam zatem sama aż do Biszkeku w Kirgistanie. Nakombinowałam się przy szukaniu samolotów na ściśle ograniczonych ramach czasowych. Trzeba było też wysłać paszport do ambasady po wizy oraz załatwić szczepienia. Cała reszta czyli ubezpieczenie medyczne i turystyczne, posiłki w niektórych miejscach, noclegi oraz wynajęcie samochodów z kierowcami – było wliczone w wyprawę.

Dwie noce w samolocie, ciekawa byłam takiego sposobu podróżowania. Bladym świtem wylądowałam w Stambule Sabiha-Gocken, lot do Biszkeku był późnym wieczorem.

Szukałam informacji co by tu zrobić, obczaić, zjeść, pójść. Niezawodne okazało się forum Trip Advisor – wielu ludzi polecało mi odwiedzić spokojniejsze Kadikoy zamiast włażenie w mrowisko Stambułu. Uznałam to za dobry pomysł. Jako, że lubię wodę, oczywistym było dla mnie, że przepłynę się promem wzdłuż cieśniny Bosfor i pooglądam Stambuł z lotu ryb.

O bagaż się nie martwiłam, lot miałam na jednym bilecie, więc gdzieś na terminalu mój plecak sobie spokojnie czekał. Zapakowałam się porządnie, konkretnie i rozsądnie. Miałam dobry i mocny pas biodrowy toteż ciężar 20 kg był znikomy.

Z lotniska znalazłam autokar do Kadikoy, poprosiłam o bilet w dwie strony. Była tylko jedna stacja więc nie martwiłam się, że źle gdzieś wysiądę. Nie brałam ze sobą mapy miasta, miałam już roaming i Google Maps. Ale kompletnie nie myślałam, by wtedy robić jakieś fotki z hasztagami na social media. To był mój dzień i wykorzystałam go po swojemu, bez patrzenia na „co trzeba koniecznie zwiedzić w Kadikoy„.

NIE, nie i nie!

Bez problemu znalazłam firmę zajmującą się rejsami wzdłuż cieśniny. Pokazałam palcem co chcę i zapłaciłam. Miło, szybko i przyjaźnie. Po przejściu przez bramki siedziałam w poczekalni i obserwowałam ludzi. Młodzi, pary, zakochańce, ich mowy ciała, książki na kolanach, turyści jacyś, nie widziałam Chińczyków. Ponad połowa to była lokalna społeczność. Byłam zachwycona ich kulturą i spokojną energią.

Było wcześnie rano, piękna pogoda. Zdjęcie bez filtra.

Siedziałam na zewnątrz i podziwiałam. W tle Most Bosforski.

Poprosiłam samotną turystkę o zrobienie mi zdjęcia. Ja jej również zrobiłam.

Tak, to jedna z najładniejszych stacji kolejowych jakie widziałam – Haydarpaşa Terminal.

Po rejsie polazłam na miasto. Przed siebie, kierując się logiką i orientacją. Ja jestem w tym dobra, nieskromnie przyznam (no, nie aż tak dobra, skoro w portugalskiej Alfamie poległam na całego). Nie było jeszcze południa toteż sporo sklepów i restauracji było jeszcze zamknięte. Mi to pasowało.

Turcja jest krajem muzułmańskim, prawda? A skoro muzułmanie to również koty. Wiedziałam, że będę głaskać ich tysiące, dlatego w torbie miałam chusteczki nawilżające i żel antybakteryjny. Te mruczki były piękną dekoracją pustego miasta. Roztapiały serducho.

Jedna z parasolkowych uliczek w dzielnicy Moda. Jak tu musi być barwnie, gwarno i świecąco wieczorami…

Trochę artystycznego wandalizmu.

I murale. Tutaj świeżak, bo miał wówczas niecały rok, autorstwa hiszpańskiego Aryza. Bardzo podobny mural Aryz zaprojektował też w Lizbonie (niebieski konik, znajdziecie jego fotkę na moim wpisie o Portugalii, w której byłam trzy lata wcześniej).

Szłam i szłam. Wyobrażałam sobie wieczorne życie, wspólne wyjścia całych rodzin do knajp, restauracji. Czemu u nas nie ma takich zwyczajów?

Kotów ciąg dalszy.

Lekkim popołudniem, kiedy już upał zaczął doskwierać, postanowiłam spróbować tureckiej herbaty. I precla z budki naprzeciwko. Pamiętam, że niełatwo dogadałam się ze sprzedawczynią, bo menu po turecku a ja nie wiedziałam jak jest herbata w tym języku. Siedziałam przy oknie, dałam światu znać, że żyję i obserwowałam ludzi.

Wracając się weszłam w powoli otwierające się głośne życie targów, stoisk i sklepów. Byłam też już głodna i chciałam się najeść przed kolejnym nocnym lotem. Zdałam się na wyczucie i moje łaknące pyszności oczy. Widziałam kucharzy przygotowujących potrawy na widoku przechodniów. Potrafię też być wybredna i trochę trwało oglądanie co tu bym zżarła dobrego. Nogi mnie zniosły na małą knajpeńkę na rogu, przystojny Turek przygotowywał właśnie jakąś pizzę. Przystanęłam by popatrzeć, a kiedy zauważyłam, że coś do mnie mówi, zamigałam, że ja głucha. On nie zrobił z tego problemu i pokazał palcami potrawy nakierowując się do nazw w menu. Robił to bardzo zwinnie zwracając uwagę na mój wzrok podążający za jego palcami. Zdecydowałam się na lahmacun bez mięsa (za ciężkie na upał). Oprócz tureckiej pizzy doniósł też całe zapasy zielonej natki pietruszki, cytryn i przypraw, pokazując mi co mam z nimi robić. Byłam zachwycona !!!!

I najedzona powoli wracałam w kierunku dworca autobusowego. Przysiadłam się na murku, miałam przed sobą widok na rzekę, zatokę czy tam cieśninę i chrupałam orzeszki polane miodem kupione gdzieś na bazarze. I obserwowałam ludzi.

Aa, zapomniałam. Za potrzebą też trzeba było chodzić. Znalazłam publiczną toaletę, okej, zapłaciłam maszynom euro i jak wlazłam do kabiny to yyyy…. Dziura w ziemi. Obok dziury wiaderko z wodą. Obok kranu w ścianie rolka papieru toaletowego dyndała. Naturalny dla człowieka sposób wypróżniania się. I tak było kolejne ponad dwa tygodnie. Europejską ubikację później widziałam tylko dwa razy. I wiecie co? Było to naprawdę dobre i tak mi się wpasowało, że później zakupiłam sobie stołek pod bidet w swoim domu, by zginać nogi jak najbliżej pozycji kucania.

No i tak siedząc sobie na murku i jedząc orzeszki w błogim cieniu pod drzewem, przysiadł się do mnie jeden mężczyzna. Zagadał coś, powiedziałam mu, że ja głucha i nie mówię (specjalnie nie chciałam się przyznawać, że też mówię). Ale on uparty, w taki przyjazny, elegancki sposób. Zaczęliśmy rozmawiać, on po angielsku a ja w migowym, czasem też pisał na telefonie. Nie miał obrączki, ale ja miałam. Wzięłam specjalnie, organizatorka wyprawy bardzo zalecała dla żeńskich uczestniczek. No i gościu, ze Stambułu, czekał na busa, też oblatany po świecie, pokazywał zdjęcia z Amsterdamu, Nowego Jorku, jakichś plaż w Hiszpanii. Czasem sam, czasem z innymi podróżnikami z Lonely Planet. Opowiedziałam mu o Słowenii i Portugalii. Chciał wymienić się telefonami, ale odmówiłam, wytłumaczyłam, że po prostu nie zobaczymy się już więcej, więc po co? Zrozumiał. Nie miałam więcej ochoty z nim „rozmawiać”, więc wymówiłam się, że już mam autokar i pożegnałam się grzecznie.

Wróciłam na lotnisko, pospacerowałam po terminalu i wlazłam do samolotu lecącego do Biszkeku. Nie był zapełniony nawet w połowie, więc za zgodą stewardessy rozłożyłam się na trzech siedzeniach i spałam, zgasili nawet światła.

Była to bardzo przyjemna odmiana po poprzednim locie, kiedy to samolot był niemożliwie zapchany, hałaśliwy i cały czas coś się działo.

Nad ranem dostałam ciepłą kanapkę z herbatą i owocem.

Wysiadłam w Kirgistanie. Zimno. Ciemno. Myślałam, że chociaż na lotnisku będą „normalne” toalety, ale nie. Terminal w Biszkeku w ogóle to jakaś katastrofa i porażka…

Iga, organizatorka wyprawy, wraz z resztą uczestników, oczekiwali mnie i po szybkim przywitaniu się podążyliśmy szukać naszych kierowców z autami.

Miałam (ja czy dusza?) doskonałe wyczucie czasu. Tydzień po moim przylocie do Turcji i tydzień po moim powrocie do Anglii miały miejsce dwa zamachy bombowe w Stambule, kiedy to lotniska były całkiem zamknięte na parę dni a loty wstrzymane.