Po spokojnej nocy samolotem lecącym nad górami i pustyniami byłam gotowa na zwiedzanie Azji Centralnej. Przesiadałam się w Stambule, gdzie spędziłam cały dzień w Kadikoy (notka o Turcji). W kirgiskim Biszkeku poddałam się co do wygodnych ubikacji i przypięta plecakiem pognałam przez hałaśliwe i obskórne korytarze terminalu by znaleźć Igę, organizatorkę wyprawy. Rozpoznałam jej energię od razu, ale nie potrafiłam jeszcze wyjaśnić tego odczucia.

Wszyscy już byli na miejscu i czekali na mnie. Szybko się przywitaliśmy, nie wszyscy wiedzieli, że ja jestem głucha, ale ten aspekt zostawiłam na później.

Było zimno, ciemno, dzień jeszcze się na dobre nie zaczął. Przed sobą mieliśmy kilkunastogodzinną jazdę do Osz. Upchaliśmy się sowicie do dwóch vanów i ruszyliśmy w nieznane.

Cieszyłam się, że jestem w takim miejscu, że łatwo znalazł się ktoś, kto zajmuje się takimi wyprawami, że kasa się nawet znalazła bardzo szybko (normalnie to nie dałabym rady finansowo). Zwiedzanie tej części świata nie jest z pewnością bezpieczne dla głuchej, samotnej kobiety, prawda?

A Pamir kusił, ciągnął, zachęcał… Czemu?

Pojęcia jeszcze nie miałam.

 

Zdjęcia nie są chronologicznie wstawiane. W Kirgistanie byliśmy dwa razy – w drodze na Pamir, Badachszan & Wachan i z powrotem, dlatego skupiam się tu na otoczce zdjęć a nie na ścisłym planie wyprawy.

Ale napiszę tutaj jak mniej więcej to wyglądało.

  • Kirgistan – Tadżykistan – Afganistan – Tadżykistan – Kirgistan czyli

 

  • Biszkek – Osh – Sary-Tash – Murghab – Rang-Kul – Murghab – Chorog – Iszkaszim – Langar – Wachan – Murghab – Osh – Biszkek

i to wszystko w lekko ponad dwa tygodnie. 

Z lotniska w Biszkeku do hostelu Osz mieliśmy ponad 600 kilometrów. Jechaliśmy cały dzień robiąc co jakiś czas przystanki. Na siku, na obiad i na fotki. 

Kirgistan generalnie mnie nie zachwycał, góry jakieś normalne, chmury jakieś normalne, taka beznamiętna jazda. Góry Tienszanu są ponoć zachwycające, ale to co widzieliśmy to ledwie ich przedsionek.

Jak ktoś z Was zna rosyjski i może mi to przetłumaczyć – byłabym wdzięczna za info, gdzie wtedy byłam. Dżalal Abad? Toktoguł?

Jak się jechało? Cały dzień z ludźmi, z którymi już miałam jeździć w tym samym aucie przez kolejne dwa tygodnie?

Omijało mnie sporo, to oczywiste. Nie wiedziałam gdzie jedziemy, co po drodze mijamy, dlaczego tu się zatrzymujemy. Nie chciałam wiedzieć za bardzo, nie chciałam też być nachalna i pytać non stop co, gdzie i jak. A mogłam. Prawda taka, że nikogo w swoim aucie nie rozumiałam z ust. W drugim aucie też nikogo nie znalazłam. Z nikim nie miałam dobrego kontaktu. Reszta się dobierała w pary, w grupki, ja jakoś byłam poza. Były małżeństwa dwa, dwie pary, ale i oni byli poza moim zasięgiem rozumowania. A Igi nie mogłam cały czas pytać, bo jej wszędzie było dla każdego z nas i to Iga tłumaczyła, załatwiała, wyjaśniała. Było dużo trudnych sytuacji, i każdy umywał ręce od „głuchej Anetki”, byleby tylko jej nie pomagać. Wyczuwałam strach, a ja sama ten strach „wydzielałam”. Miałam powód. 

W Osz przespaliśmy się szybko jedną noc w hostelu na trzecim piętrze. Wieczorem jeszcze przeszliśmy się na zakupy na miejski targ. Następnego dnia rano przyjechały auta z napędem na cztery koła i pojechaliśmy do Sary-TashDroga była całkiem fajna, dużo gór, dużo postojów. Jak ktoś chce nazwy gór, jezior i zachęty do trekkingów na kirgiskie góry serdecznie zapraszam do wujka Gugla. 

Chyba, że znacie jakiś inny blog, w którym osoba głucha opisuje swoje wojaże? Nie znacie, prawda? A co, jak sami pojedziecie gdzieś z przypadkową grupą  do Kambodży i w Waszej grupie znajdzie się osoba niesłysząca? Jak podejdziecie do tematu? 🙂

Zatrzymaliśmy się w jednym miejscu, całkiem znanym turystom. Była z nami grupa motocyklistów z Europy, ale oni spali w jurcie. Ubikacje były na zewnątrz. Widok z mojego łóżka prezentował się zacnie. Pamir, Pamir coraz bliżej…

Pokój nasz przystrojony ciepłymi dywanami.

I według mnie – najlepsza łazienka w całej wyprawie. Z odbiciem na góry Pamiru. Zdjęcie mówi samo za siebie, ja nic nie dodaję.

Sary-Tash jest ważnym węzłem komunikacyjnym pomiędzy Kirgistanem, Tadżykistanem i Chinami. Najpiękniej wygląda o wschodzie i zachodzie słońca, kiedy to odbijające się promienie ukazują dolinę Alay w całej krasie.

Środkowoazjatyckie płoty oddzielające włościa gospodarzy. No bo drzew tam za bardzo nie ma, a ludzie lubią granice swojego posiadania.

Od tego momentu zaczęła się słynna M-41 – najwyżej położona droga na świecie, Jedwabny Szlak

Dalej to już Tadżykistan leciał.

My ciągle w Kirgistanie na tym wpisie. Jedyny plus wychodków, sławojek czy latryn, no może dwa plusy, to 1) za darmo, 2) z widokami. Tak, tak, mieliśmy swoje papiery toaletowe i chusteczki nawilżające, ale bez przesady. W krzaki też chodziliśmy. 

Zwykłe domki dwóch rodzin.

Miałam fajny aparat kompaktowy, specjalny do selfie, niezniszczalny Olympus Though TG-850. Dzieciaki widziały w nim swoje odbicia, ale nie rozumiały, że w tym odbiciu to one same. Chwilę zajęło im wyjaśnianie bez słów, danie aparatu do ręki i pozwalanie by same sobie pstrykały. Dlatego tak bez uśmiechu często bywało.

Jadaliśmy po kirgisku, a jakże. Zaczęła się baranina pokazywać. Nie przepadam za nią, ale skąd miałam wiedzieć co zamawiam? Dyskusja przy stole nad rosyjskim menu? Myślicie, że ja wiedziałam co jest co? Pokątnie tylko, dlatego zamówiłam to co reszta grupy mi jako tako przetłumaczyła. Czyli pielmieni barańskie w rosole. Pierożki z baraniną w rosole, no. 

Jurty i konie! Wbudowany element krajobrazów Azji Centralnej. Później Wam pokażę, jak w środku wygląda.

Z jednej strony nasze jedno auta, upakowane po dachy a z drugiej strony znak, jeju, gdzie to było? Znowu potrzebna mi rosyjska pomoc. Ale to chyba nazwy szczytów?

Tam nie ma coś takiego jak zajazdy, przy drogach są zwykłe domostwa, otwarte dla ludzi. Takie kanapki są wszędzie i spokojnie można usiąść, odpocząć, poleżeć. Z kotami, z kurami, z dzieciakami. 

Kirgistan to konie. I orły. Ale bardziej konie. 

Jeden z widoków z okna. Szczęście, że siedziałam przy oknie. Grubość i wysokość ciała czasem się przydaje.

Tutaj wrócimy na chwilę do Osz. Miejska sztuka uliczna. 

 

Z paroma dziewczynami przeszłyśmy się do pewnego miejsca, zachód słońca akurat był. Iga z wykształcenia jest antropologiem i etnografem, więc bardzo chciała pokazać nam to miejsce.

Świętą górę Sułajman-TooPięć szczytów, ziliony miejsc kultu i jeszcze więcej skalnych petroglifów.

W trzech językach? Angielski, rosyjski i…?

Z góry rozciągał się widok na Osz. Kiedyś, bez tych domów i budynków łatwiej można było kontrolować ruch na Jedwabnym Szlaku.

W Osz czułam się dobrze, sporo sama łaziłam, szybko złapałam orientację i przyjaznego ducha miasta.

Dlatego sama sobie poszłam na targ, odłączyłam się od grupy. Na zdjęciu niżej hurtownie ręcznie pieczonych lepioszków. Takie chlebki. Tak, muchy siadały.

Bazar w Osz był fantastyczny! Przypadkowo kupiłam tu za pierwszym razem pewne cukierki, coś jak nasza krówka, ale na mleku od jaków. I smak miały dziwny, słodki, jeden kęs wystarczył. Ale mi tak zasmakowało, że kiedy wracaliśmy już z Tadżykistanu i spaliśmy znowu w Osz – zakupiłam dwa kilogramy tych cukierków. Które potem poszły w świat – po znajomych w Anglii i w Polsce.

Babuszka z przyprawami i ziarnami i nasionami. Wiecie tyle co ja widzę na tym zdjęciu. 

Tradycyjne kirgiskie stroje – kojnoki, kemsele i czyptamy.

A dla płci męskiej – kałpaki. I to nie są stroje ludowe ze średniowiecza, oni ciągle w tym chodzą do dziś.

I dalej sobie chodząc, z grupą czy sama, nie było znaczenia. Daktyle suszone też kupiłam.

Miodów już nie, bo bagaż… 

Serce mi zabiło na widok naturalnych kajali i kohli do oczu. Serio malują, serio cieniuję sobie nimi oczy czasami. Są to naturalne kosmetyki, bez żadnych ściem chemicznych. No nie tylko kosmetyki, mi pomagają na czerwone oczy i zapalenia spojówek. Ten cienki patyczek pocierasz o kwadracik i „malujesz” oko. 

Targowałam się palcami, chyba coś z trzy zielone dolary poszły, ale w walucie kirgiskiej. 

A tak wygląda z zewnątrz wejście na bazar. Siedziałam wtedy na schodach przy wejściu do restauracji na piętrze, razem z trzema kotami obok. Czekaliśmy na obiad. Zupę pomidorową miałam, bo tam same baranki, ble…

I znowu wracamy oczy cieszyć.

Nie wspominam o higienie tego pieczywa, ale brałabym spokojnie. Wiecie, natura, organik, bez konserwantów…

Domki – jurty – w Azji Centralnej. Nie wiem co o nich myśleć, ale jedno wiem na pewno – ja tam nie wrócę spać. Jeść może, ale spać – nie, dziękuję. Jurty są różnej wielkości i mają inne przeznaczenia. Są małe sypialniane, dzienne i są większe na zgromadzenia ludzi, ze stołami, krzesłami. Są dziurawe, napakowane, przeciwwietrzne doskonale i przeciwdeszczowe, też doskonale. Ale ogrzewanie jest pożal się Boziu… 

Szkielet dachu w środku. Budowa takiej jurty to kilka godzin. Przy pomocy całej wsi.

Tu nasza sypialnia. Tylko cztery osoby zmieściła i bagaże nasze po bokach. Rura w środku to piec, gospodyni dochodziła i dokładała węgla. Smród był nie do opisania. Ale zaczadzić się nie dało, bo wentylacja nawet dobra była.

Na jednym postoju gdzieś w ciepłym Kirgistanie był maleńki sklepik. A w nim lody z PRL-u.

Owoce – melony, arbuzy, marakuje, papaje – od groma wzdłuż ulic… Braliśmy.

Koty były, wspomniałam wyżej. Ten kiciuś z fotek niżej to z naszego hostelu w Osz. Grupa poszła na spotkanie z Polakami, którzy wtedy zdobywali Śnieżną Panterę (Pik Lenina na nartach) Oj, jak ja wtedy się obraziłam na jedną Anię, którą siłą mnie chciała zaciągnąć na to spotkanie… Co z tego, że to był akurat Andrzej Bargiel? Tak, TEN Bargiel. Ja wiedziałam jak takie spotkanie będzie wyglądać z mojej perspektywy – będę siedzieć i udawać, że rozumiem, że słucham, że się śmieję, że się zachwycam Bargielem. Yyy… Ta grupa dość mi nerwów już zdążyła przysporzyć, także doceniłam każdą wolną chwilę od nich. 

Zostałam w hostelu z jednym małżeństwem, wypiliśmy sobie rosołki w kubkach i z kotusiem na kolanach słuchałam ich opowieści z wyprawy do Indii. Dołączyli do nas później chłopaki z hostelu, Hiszpanie chyba, lub Portugalczycy, nie pamiętam i proponowali wyjście na miasto. Ale ja odmówiłam. Co z tego, że wiedzieli, że jestem głucha i byli przyjaźnie nastawieni, rozpoznałam w nich dusze podróżnika, ale ja zwyczajnie nie miałam ochoty na socjalizację.

Kotuś. Pcheł kirgiskich nie przywiozłam.

Inne kirgiskie widoki. Paradoksy codzienności. Ani tu zebry ani busów.

Zimno. W ogóle podczas całej wyprawy mieliśmy wszystkie pory roku, nie, lepiej powiem – w ciągu jednego dnia mieliśmy wszystkie cztery pory roku. Codziennie.

O, tu było fajnie. Gdzieś w drodze z Osz do Sary-Tash. Niesamowita energia, chyba tu byłam wcześniej. 

Kanapki ze stołami. Tam się przy stołach siedziało po turecku, nie było to łatwe początkowo, nie każdy z nas miał sprawne kolana. 

A po obiedzie, składającym się z grillowanych, świeżych ryb (ogonki najsmaczniejsze były!!) i multum mizerii z cebulą i pomidorami – ja uciekłam nad wodę, no jasne. Nurt był niesamowicie silny a woda lodowata. Ale jaka to ulga dla stóp…

Kirgistan jest zielony a Tadżykistan spalony. Pewnie dlatego nudny, bo zielony.

No, ale czasem faktycznie zachwycał.

Już w powrotnej drodze z Osz do Biszkeku zatrzymaliśmy się na dwie noce w obozie przy jeziorze Issyk Kul. Nic przyjemnego. Marzłam tam cały czas i nie było jak się porządnie zagrzać. Pamiętam, że dojechaliśmy tu późną nocą, trochę się baliśmy jechać przez strome zbocza, szutrowe drogi z widokami na ciemności dookoła, z niewiedzą czy dobrze jedziemy. Ale kierowcy wiedzieli, nam pozostało im ufać. To była niekończąca się mordęga po wybojach, kamieniach, błotach i wielkich kałużach. 

Plac zabaw dla dzieci.

Dzieci ubrane zimowo w tle a na pierwszym planie – samowary z nielimitowaną herbatą. Nie lubię herbaty, dlatego też za bardzo nie miałam co pić a o ciepłej wodzie jeszcze nie słyszałam. Ale i nawet to byłoby za mało.

Dzieci fajne były. Zauważyły, że w odbicia w moim aparacie foto to one same. Nie pytajcie mnie o ten ząb. Może czytelnik – stomatolog się wypowie?

W tym obozie była opcja wycieczki po górach na koniach. Ja ciągle się decydowałam, ale czekając na resztę ludzi postałam chwilę sama przy tych zwierzakach i zapytałam się koni czy warto jechać. Nie były one duże, ja wiedziałam, że to ich natura, że są przyzwyczajone, ale zwierzęta nie powiedzą Ci wprost, że też mają kiepski dzień i nie mają ochoty wozić turystów. 

Odmówiłam. 

Zrobiłam za to z nimi trochę selfie, chętnie pozowały i dawały się tulić.

Jak reszta na koniach to ja na nogach poszłam zwiedzać sobie okolicę. Piździło nieprzyjemnie, do szpiku kości, dlatego miałam nadzieję, że wędrówka mnie rozgrzeje. Nie czułam się też dobrze, choroba wysokościowa po pobycie w Tadżykistanie wciąż trzymała, byłam słaba.

Tutaj jezioro Issyk Kul. W chmurach jakieś góry. Woda czysta, świeża, pomacałam.

Ale dalej mi było zimno to postanowiłam, że wejdę na pobliskie góry. Miałam widok na wszystko, miałam też jaskrawe kolory na sobie, więc ludzie z dołu mogli mnie spokojnie widzieć. 

I dalej i wyżej szłam. Wiało, zimno, brrr… Widoki niczego sobie, ale chciałam sobie czymś zająć dzień na tym mroźnym zadupiu. 

To już w powrotnej drodze do Biszkeku. Nasz kierowca i jeden z vanów. Kulawe angielskie to oni mieli, ale gesty wystarczały by uśmiech wywołać na czyichś lickach.

Tutejszy sklep na zajeździe i rumiana sprzedawczyni. Umiała angielski, kiedy poprosiłam o wafelki. 

Tu dalsza część zajazdu czyli ryby na ogniu. Jak również przystanek do innych miejsc, bo widziałam parę turystów poruszających się busami. Oni to musieli mieć dużo czasu… 

W Biszkeku mieliśmy już zarezerwowany hotel, całkiem miły, taki europejski jak tylko w tamtych stronach może być. Przeszliśmy się po mieście, wstąpiliśmy do baru „mlecznego” gdzie w końcu porządnie zjadłam normalny obiad. Iga mi też pomogła w kawiarence internetowej wydrukować bilety na samolot, bo komputery w języku rosyjskim, no. Reszta grupy zostawała jeszcze jeden dzień, mieli czas na swoje bilety. Rano przed piątą zamówiona taksówka zawiozła mnie na lotnisko w Biszkeku. Niby Iga się dogadała z kierowcą, ale ten i tak mnie pytał o coś w rosyjskim. Nie wiedziałam o co chodzi, powiedziałam tylko, że lotnisko, że ja głucha i tyle. On dzwonił w parę miejsc, potem machnął ręką i odstawił. 

Była piąta rano a lotnisko to była jakaś porażka. Dużo turystów w firmowych, górskich i brudnych ciuchach. Uwolniłam się od terminalu i zapakowałam się do samolotu lecącego do Stambułu, skąd miałam kilkugodzinną przesiadkę do Anglii. 

Powinnam zdążyć. 

Zdążyłam, ale sprintem. Nie zdążyłam nic kupić na lotnisku i dziękowałam sobie, że zamówiłam zawczasu ciepłe jedzenie w samolocie. 

To, że byłam wykończona nie muszę dodawać. 

 

Kiedy ja jechałam to Iga wówczas zaczynała, dziś jest już doświadczoną konsultantką i organizatorką etnicznych wypraw po Azji Środkowej i Kaukazie. Polecam ją jeśli jesteś słyszącym człowiekiem. Z ust ciężko ją zrozumieć dlatego osoby z wadą słuchu mogą mieć trudności w komunikacji z nią. No, po więcej szczegółów klikajcie tutaj –> Wyprawy do Azji Środkowej