Jak tylko wróciłam z Maroka w październiku 2014 roku zaczęłam intensywnie przygotowywać się do powrotu tamże i planowaniu innych wojaży. Szukałam towarzyszy, bo nie chciałam podróżować już sama. Z początkiem 2015 roku wiedziałam już, że jadę w maju z Tomkiem do Maroka, na Jabal Toubkal i Saharę, na norweski Preikkestolen też w maju z parą towarzyszy poznanych na polskiej facebookowej grupie podróżniczej, na Słowenię, też w maju, by wejść na Triglav. Planowałam też Gruzję i Armenię oraz Iran w drugiej połowie roku z Michasiem, z którym łaziłam po walijskich górach.

Piękne plany, co nie?

Uwierzycie, ile łez i wkurwów mnie kosztowało i błaganie życia na kolanach, bym chociaż gdzieś coś liznęła?

Życie tylko na Słowenię się zgodziło. Bo Słowenia z tych wszystkich wypraw była „najlżejsza”.

Dlaczego tak się wszystko spaprało?

 

Już pod koniec 2013 roku zaczęłam mieć problemy z miesiączkami. Stały się obfitsze, bolesne, mdlałam z bólu. Polski ginekolog zdiagnozował mięśniaki, ale nieoperowalne jeszcze. Kazał czekać i obserwować. W grudniu 2014 roku zaczęło się już poważnie, ale wciąż trzymałam się nadziei, że „samo przejdzie” lub „nie będzie gorzej.” W styczniu 2015 roku trafiłam na pogotowie pod kroplówkę z żelazem. Moja twarz była jak porcelanowa lalka. Lekarze zdecydowali, że będę dostawała sterydy by wyregulować i pohamować nieco miesiączki. I było lepiej. Dużo spacerowałam, na siłowni wchodziłam po schodach, ale w tle czułam, że to nie jest moja pełna forma. Zdecydowałam, że jak się nie uda teraz to wejdę na ten Jabal Toubkal innym razem. Nastał maj, wróciłam jako tako do formy, ale w wyniku brania sterydów zaczęłam okrutnie przybierać na wadze, przytyłam jakieś sześć kilogramów od stycznia. Do końca roku przybyło mi jeszcze z kolejnych dziesięć.

Byłam już w drodze na pociąg, w kierunku lotniska Stansted a tam czekał na mnie Tomek. Bilet kupiłam i czekałam. W pewniej chwili poczułam się słabo i pognałam do toalety dworcowej. Byłam zła, wściekła i rozgoryczona, dopiero co tydzień temu skończyłam miesiączkę i zjadłam ostatniego steryda, a tu krwista niagara. Wiedziałam, że jeszcze dziś pojadę na pogotowie. Ale czekałam wciąż na peronie, przeczekałam trzy pociągi, przegapiając czwarty wiedziałam, że nie zdążę już na samolot. Napisałam Tomkowi o co chodzi. Biedny był w wielkim szoku, bo młody i pierwszy raz by jechał w ciemno w Maroko? Sam? Kazałam mu się nie martwić, riady mamy zabookowane, Brahim pomoże. Przeprosiłam go i wróciłam się do domu, skąd szybko pojechałam na pogotowie. Lekarze, jak to lekarze, rozłożyli ręce, ale zdecydowali, że sterydy mam brać już CODZIENNIE, z przerwami na miesiączki. 

Wyobrażacie sobie, jak ryczałam jak kolejnego dnia odwoływałam Preikkestolen, Gruzję z Armenią & Iran?

Szczęśliwie w tym całym nieszczęściu, do jednego kumpla w Luton zajechał drugi, z Polski. Miałam z nimi wieloletni, świetny kontakt. W mgnieniu oka obaj zdecydowali, że przyjadą do mnie na parę dni. Było smutno, dziwnie, ale czułam się też bezpiecznie. Jeździłam jeszcze nieraz na pogotowie, po morfinę i błagałam, by coś zrobili, na zatamowanie tej niagary, bo ile można w toalecie siedzieć? Jak urlop mi się skończy to jak ja będę pracować?

Zdecydowałam, że polecę na Słowenię, lekarze zapewniali, że codzienna dawka sterydów powinna zahamować krwawienie. Zmieniłam plan, nie będę szlajać się po górach, ale po płaszczyznach. To, że dobrze zrobiłam przekonałam się będąc na Słowenii.

Do Lublany leciałam cała nasrożona, przesiąknięta strachem o każdą kolejną godzinę. Ale przez cały tydzień było spokojnie, nic się nie działo.

Po przylocie znalazłam numer przystanku, skąd miał mnie zabrać hostelowy minibus. Jechałam do Bled. Hostel nazywał się Castle Hostel 1004 i był naprawdę bajecznym miejscem. Zapewnił mi porządną rozrywkę – wielka kuchnia, dobrze wyposażona, wieczorami w tej kuchni gotowały się potrawy z całego świata, wielki salon, z konsolami do gry, z komputerami, z gitarami, wielki taras, z ławkami i leżakami, z widokiem na góry. Hostel prowadziło dwóch chłopaków, w lot znaleźliśmy wspólny język, nie było problemów z dogadywaniem się – wiedzieli, że czytam z ust, że czasem lepiej napisać, pokazać palcem, podejść i poklepać. Jako, że spałam u nich parę nocy, za darmo miałam wliczone wycieczki ich busem. Skorzystałam. Ale o tym potem. 

Polazłam nad jezioro, chciałam zobaczyć najbardziej romantyczne miejsce w Europie. 

Rodzina Chińczyków zrobiła mi zdjęcie. Ta czarna torba obok mnie to ich, nie moja. Jak to Azjaci – problemy z kadrami mają. 

Wielokrotnie wracałam i obchodziłam jezioro. Często było puste, spokojne, kojące. Wzięłam sobie GoPro (bo Maroko…) i bawiłam się nim, ile mogłam.

Drobne rzeczy sprawiały mi wielką radość, zapominałam o dojmującym bólu brzucha, pleców, o grubości ciała.

Kościół na pierwszym planie, na wyspie Blejski Otok, nieco dalej zamek – Blejski Grad. Można było zwiedzać, ale mi ani się śniło gdziekolwiek wdrapywać ani wspinać.

Chłopaki z hostelu uzbierali grupę osób by wejść na Ojstricę, mały szczytek, z którego rozciąga się widok na całe jezioro. Bardzo chciałam wejść, bardzo, ale już po przejściu jednej czwartej szlaku uginały się pode mną kolana i traciłam oddech. Powiedziałam, że rezygnuję i poczekam na nich na dole.

Następnego dnia pojechałam sama liznąć góry – Juliańskie Alpy. Miałam swobodny dostęp do internetów w telefonie, były mapy, doskonałe oznaczenia autobusów miejskich, dróg i atrakcji. Dojechałam do Ukanc skąd łatwo było znaleźć już wejście do kolejki linowej. Bilety nie są tanie, ale warte każdego centa. 

Tylko kilka minut jazdy w górę, łeee… 

Na górze był taras widokowy, z GoPro mam filmy, zresztą dużo luda wtedy ze mną jechało i nie miałam jakoś ochoty prosić kogoś o zrobienie zdjęcia grubej Anetce. Nie miałam ochoty na oglądanie siebie w miejscach, które są bajecznie piękne, a które jednocześnie będą mi przypominać o ciężkim czasie.

Pochodziłam sobie po „okolicy”.

No dobra, jednak dałam się namówić, jakiś nastolatek, niemówiący po angielsku, definitywnie nie Chińczyk, zrobił mi pamiątkowe zdjęcie. Bo „Anetka tu była„… Gdzieś tam w tle Triglav majaczył w chmurach, góra, na którą chciałam wejść, mój pierwszy alpejski szczyt. Piękny i zarazem smutny widok. 

A po drugiej stronie mamy zalążki wszelkich szlaków.

Vogel jest znanym kurortem narciarskim. W kolorach białych wygląda tak…

a w kolorach zielonych – tak.

Polazłam później też nad jezioro Bohinj, posiedzieć na ławkach, poczytać, pomoczyć nogi, pooglądać lasy. Bliskość Bledu robiła mi dobrze – łatwo się można było dostać nad Bohinj w każdej chwili.

Kolejnego dnia chłopaki z hostelu zaplanowali kolejną wycieczkę – do wąwozu Vingtar. Początkowo byłam nastawiona, że jadę sama, znałam busy i jak się tam dostać, ale kiedy się dowiedziałam, że hostel ma busa i nas zawiezie – brałam!

Bilety kosztowały śmiesznie mało.

Już po kilku krokach był niemożebny zachwyt!!

Ponad półtora kilometra kładek wzdłuż rzeki Radovnej. Można było iść, iść i iść. Ludzi niespecjalnie było, w końcu sezon nie zaczął się jeszcze na dobre. No i środek tygodnia.

Z hostelu jechała ze mną światowa śmietanka – Australijczyk i Norweg (z brodą), imion nie pamiętam, maile gdzieś tam leżą zakurzone. Otwarci, przyjazne chłopaki, też podróżowali solo po Europie. Z nimi miałam wejść na wcześniejszą Ojstricę, także wiedzieli, że ja mam jakieś zdrowotne problemy i w Vintgar mieli na mnie oko, pytali się często o moje samopoczucie. Prostym angielskim, kontakt wzrokowy, uśmiech. 

 

Kolejnego dnia pojechałam sama nad wodospad Slap Savica. Nie pytajcie mnie jak się tam dostałam, od tego macie resztę internetów. 

Droga do celu była dość długa, nieco stroma – miejscami otwarte polany rodem z reklamy czekolady Milki a miejscami gęste, leśne ścieżki.

I najlepszy chyba widok z całego mojego pobytu w Słowenii – ten most nad rzeką Soca. Soca w ogóle jest jakaś bajkowa, w wielu miejscach widziałam ją w tak ślicznej oprawie. 

Zrobiłam miliardy zdjęć i filmów. 

I w końcu doczołgałam się z wielką zadyszką do tego wodospadu. Ludzi nie było, także cały widok miałam dla siebie.

Z powrotem zatrzymałam się nad jeziorem Bohinj. Zdjęcie z jeleniem trzeba było zrobić. Ja byłam w 2015 roku, mój Tatko, cztery lata później, również zwiedzał Słowenię i ma te same zdjęcie z jeleniem.

Widzicie, jak czysta jest rzeka Soca? Pełno ryb, nakręcone w GoPro pod wodą. 

W hostelu w Bled było mi dobrze. Podziękowałam znajomym, wymieniłam się emailami z chłopakami, zdjęcia sobie wzajemnie podeślemy, i pojechałam dalej. Do Lublany. 

Zatrzymałam się w hostelu Tivoli. Łóżka były trzypiętrowe i ja poprosiłam o parterowe – w razie nagłej wizyty w toalecie. Były zasłonki, lampki, półeczki, super to było. Hostel o podwyższonym standardzie. Zresztą w Bled też nie było źle – schludnie, elegancko, wysoka jakość, mimo wysokiej rotacji przelewających się turystów z plecakami z całego świata. Hostel w Tivoli był trudny do znalezienia, używałam Google Maps, ale i tak trza było znaleźć szyld i w ogóle.

Naklejka obok wtyczki w mojej „sypialni” – „Podróżnik bez obserwacji jest jak ptak bez skrzydeł„.

Polazłam do centrum Lublany. Z grubsza wiedziałam co chcę zobaczyć i gdzie zjeść. Bo chociaż gór nie zdobyłam to radość chciałam mieć z czegoś innego – z jedzenia.

Pogoda się lekko popsuła i kapuśniaczkowało cały czas, z przerwami na srogie ulewy. 

Łażąc przed siebie, czytając kierunkowskazy na ulicach i kierując się geolokacją w głowie, wlazłam na Wzgórze Zamkowe, na celtycki zamek, symbol Lublany. Nie wchodziłam do środka, nie miałam ochoty, chciałam se tylko z góry popatrzeć. Lubię przestrzenie. 

Następnego dnia zaparłam się z rana i zapytałam się dyżurnego recepcjonisty w hostelu do której jaskini jechać – do Postojnej czy Skocjan? Chłopak zdecydowanie postawił na mniej uczęszczaną i ładniejszą jaskinię Skocjan. Powiedział jakim busem, skąd i jak wrócić. To się zapakowałam i ruszyłam z kopyta. Pamiętam, że wtedy lało, że przystanek był na zadupiu i kawałek szłam w srogim deszczu wzdłuż ruchliwej ulicy – turyści jechali do tej jamy. Nikt nie przystanął, by podwieźć samotne, zmoknięte dziewczę…

Pooglądałam cenniki i wybrałam opcję zwiedzania samej jaskinii. Zdjęć nie wolno było robić. Szliśmy z przewodnikiem wielką grupą, było wysoko i ja ledwo zipiałam. Ale jak tylko weszliśmy i w jaskini zaczęliśmy schodzić w dół to zapomniałam gdzie jestem… 

Była OGROMNA… Była przerażająca, piękna i majestatyczna. Czułam się jak mrówka na betonie pod gołym niebem. Szybko się skończyła…

Wjechaliśmy wagonikami (czy windami?) na górę i z powrotem na ten przystanek. Wróciłabym znowu. Ale autem.

Następnego dnia postanowiłam, że choćby nie wiem co, ale zaliczę jakąś górę w tej Słowenii. Wybór padł na Smarną Górę, niedaleko Lublany. Ma ledwie 664 mnpm, więc teoretycznie powinnam dać radę. Były dwie trasy do wyboru – łagodna, rowerowa i stroma, kamienista. Wybrałam drugą, miałam dużo czasu a chciałam się trochę powspinać i odreagować wysiłkiem fizycznym.

Było ciężko, liczyła się droga i wylewanie złości a nie widok z góry. Kwiatuszki cieszyły oczęta.

Niby łagodnie, ale dla mnie, na sterydach, które rzucały całe ciało na ziemię – to był hardkor.

Kotusie też były. Wiedziałam, że schronisko już blisko.

Odpoczęłam tam, wypiłam herbatę, bo zmokłam na zewnątrz i wewnątrz. I potem ruszyłam GoPro.

Byłam usatysfakcjonowana.

Nie zwiedziłam wielu, wielu miejsc na Słowenii. Nie miałam siły po pierwsze, nie miałam auta po drugie a w parę miejsc właśnie auto było sporym ułatwieniem. Ten kraj jest przepiękny, posiada spokojną, kojącą energię i dał mi to, czego potrzebowałam. 

W każdym hostelu dostawałam bransoletki – „bilety” wstępu, zameldowania w przypadku dłuższego pobytu.

Dobra, to teraz jedzenie! Druga słodycz zapomnienia się podczas tej wyprawy.

Tutaj burka, z serem białym. To był mój pierwszy posiłek na Słowenii, w jakiejś ciastkarni w Bled. Wrażenia nie robiła, toteż innym razem kupiłam sobie ostrzejszą wersję, nie pamiętam z czym, i ją zjadłam na ławeczce nad jeziorem Bled. 

Pizza!!! Włoska pizza. Ojejku, jak wtedy smakowała!! Pamiętam, że wtedy mocno padało a ja z chłopakami skądś wracaliśmy, chyba z Ojstricy, zaproponowali coś do jedzenia to wdepliśmy do Pizzerii Rustica niedaleko naszego hostelu. Moja pizza przyszła pierwsza, z parmą, portobello i cebulą. Siedzieliśmy na zadaszonym tarasie, w nozdrzach miałam zapach deszczu i tej pizzy. Kolejna chwila zapomnienia…

W Lublanie chciałam spróbować kiełbaski, ponoć Alpy słyną z kiełbasek. Na TripAdvisorze znalazłam restaurację Klobasarna, ale na mieście i tak sama się trafiła, nie szukałam jej. Jako, że padało i zimno było, gorąca kiełbaska z gorącą bułeczką i z chrzanem i musztardą, przy wielkim oknie cieknącym od kropel deszczu – była zacnym „tu i teraz„.

Oczywiście, Słowenia to kremówki. Też musiałam zaliczyć. Tę znalazłam gdzieś w Lublanie i dowlokłam do hostelu. Zjadłam na śniadanie, schłodzoną w lodówce i smakowała wybornie. Połowa mi wystarczyła.

W Lublanie trafiłam na fajny targ, cieszący oko – Vodnik Square. To miejscowy street-food, gdzie można znaleźć, kupić i spróbować różnych potraw, regionalnych i światowych. Wybierałam oczami i jedną z rzeczy, którą kupiłam była warzywna pizza. Bo widziałam jak gościu ją przystraja, czułam zapach tego białego sosu i chciałam zjeść te przypieczone warzywa. Stałam i jadłam na wysokich stolikach, których pełno było dookoła. I mokłam.

Selfie z lublańskiej toalety miejskiej musiało być. To chyba dworzec autobusowy, bo jechałam już na lotnisko.

A tam niespodzianka. Opóźnienie cztery godziny. Oczywiście, ja głucha, nie wiedziałam co się dzieje i dlaczego takie poruszenie wśród pasażerów. Długo nie było wyświetlanej informacji o której będzie wylot. To, że będzie ponad cztery godziny czekania zorientowałam się, kiedy obsługa terminala zaczęła rozdawać butelki wody i kanapki. Robiłam cały czas zdjęcia tego ekranu, wiedziałam, że się przyda w walce od odszkodowanie za spóźniony lot. Pół roku później dostałam ponad 300 euro od EasyJet. 

Wróciłam do domu swoim autem, zostawiłam na lotniskowym parkingu, padnięta na maksa. Już fakt, że jestem głucha i podróżuję sama nie robił na mnie żadnego wrażenia. Naumiałam się. Ale w większej części była to sprawka sterydów – stałam się obojętna, apatyczna, energia w kanionie kolorado, najchętniej bym leżała i spała. Nawet na Słowenii.

Czułam, że to była jedyna i ostatnia podróż w tym roku.

Potem już było tylko gorzej…

Histerektomia – bo walka to moje drugie imię