Nie sądziłam, że jeszcze wrócę na Skye. Chciałam, no chciałam, bo wyspa piękna i wciąż mnie do niej kusiło. Podjęłam decyzję w końcu a dusza moja sama zatroszczyła się o resztę – o ludzi, o kasę, o urlop. Wiedziałam, że musiałam się tam znaleźć jeszcze raz. Tym razem podróż była bardziej świadoma, jakby Skye dawało mi jeszcze jedną szansę. Tak naprawdę nie jechałam tam w celach rozrywkowych, po zdjęcia, doświadczenia i emocje, chociaż to były miłe dodatki. Jechałam tam w jednym celu i cel ten osiągnęłam.

By już nigdy nie wracać na Skye. Ani w tym wcieleniu ani w żadnym innym.

Początkowo miała nas jechać trójka – M. i D., z którymi wędrowałam po zimowych Tatrach rok wcześniej. Nie zdziwiłam się, bo nastawialiśmy się na Maroko i Jabal Toubkal, ale los zdecydował inaczej i stanęło na Szkocji. W ostatniej chwili wyprawę odwołał też M., co mnie bardzo rozsierdziło.

Zostaliśmy zatem we dwójkę – ja i D. Jechaliśmy w jesienne, nieznane mi jeszcze, oblicze wyspy. Pod namioty.

To była psychicznie ekstremalna wyprawa.

 

Nastawialiśmy się na zimno. Ale nie mieliśmy pojęcia, jakiego rodzaju to zimno będzie. Bo na pewno nie takie co w Tatrach się odczuwa. Skye to wyspa, wyspa wiatrów i mgieł, zupełnie inny klimat. Lecieliśmy samolotami, dlatego musieliśmy cały nasz dobytek zapakować w plecaki. Prezentowałam się tak.

Lecieliśmy do Glasgow, ja z Londynu a D. z Warszawy. Dlatego bagaż to tylko niezbędny na samolot, resztę rzeczy typu jedzenie czy kartusze z gazem – kupiliśmy na miejscu.

Przylecieliśmy późnym wieczorem, auto mieliśmy wynajęte na rano, toteż noc spędziliśmy na lotnisku.

Po dokonaniu formalności z wynajęciem – nie, nie było problemów z moją głuchotą, dostałam bezpośredni numer kontaktowy i email w razie ewentualnych problemów z autem. Oczywiście, miałam też zarejestrowany numer pogotowia ratunkowego 999 na swoim telefonie jako osoba niesłysząca w Anglii.

Zrobiliśmy spore zakupy w Tesco w Glasgow, zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy na północ. Cieszyłam się, że będę kierowcą.

Fotka niżej została zrobiona w 2008 roku, kiedy to pierwszy raz z byłym mężem jechaliśmy na Szkocję. A ja wtedy „poczułam” most w Kyle of Lochals łączący ląd ze Skye. Od tego czasu bardzo chciałam wrócić. Tylko dlaczego?

W 2016 roku przegapiłam te miejsce postojowe, ale w 2017 już pamiętałam o nim.

Jechaliśmy przez góry Glencoe. Było zimno, jesiennie, kropiło czasami. Tęcze widywaliśmy niemal codziennie. Były nam znakiem, że przejaśnia się na chwilę i będziemy mieli „czas” na rozbicie/złożenie namiotu bez moknięcia.

Glencoe jest magiczne, romantyczne i nostalgiczne.

Krajobraz zmienia się co sekundę, można stać i stać i stać i podziwiać i podziwiać i podziwiać…

Zatrzymaliśmy się przy Three Sisters w Glencoe. Przepastne widoki, pełne wodospadzików, ścieżek nieoznaczonych, Szkocja zaiste, panie i panowie.

Padało trochę. Dobrze żeśmy się ubrali, ale póki co, było spokojnie.

D. robił mi zdjęcia. Ja jemu też, w większości kompromitujące, by zabawy trochę było. Dalej miałam tego Olka Though TG-850, dlatego selfie wychodziły mi wyrąbiście.

Oczywiście, zamek Eilean Donan. Po raz czwarty w moim życiu, eh. Dalej go nie cierpiałam.

Ja go tylko z wierzchu oblatałam, D. łaził dookoła i robił profesjonalne kadry pod mostem.

Kolejnym punktem było Commando Memorial. Rok wcześniej nie udało mi się uchwycić widoków, teraz było nieco lepiej i robiło wrażenie. W szkockich górach brytyjscy komandosi trenowali do drugiej wojny światowej, znajdywali też tu schronienie i opiekę. Ich wzrok podążał w kierunku najwyższej góry Wielkiej Brytanii – Ben Nevis.

Kiedy chmury nieco się odsłoniły i my również zobaczyliśmy ten szczyt. Wlazłam na niego rok wcześniej, w tym roku miał wejść sam D.

Po przekroczeniu magicznego mostu w Kyle of Lochals, ah, co za odczucie, bo za kierownicą już sama jechałam i widoki były fantastyczne, no po przekroczeniu, zajechaliśmy do kempingu w Ashaig. Byłam już tam wcześniej, gospodarz mnie rozpoznał od razu i zażartował, że znowu z innych chłoptasiem przyjechałam. Nie było muszek, nic a nic. D. poćwiczył stawianie swojego nowego namiotu. To był jeden z nielicznych dni, kiedy nie padało podczas rozbijania hotelu pod gwiazdami.

Kolejne dni są przemieszane. Zwyczajnie nie pamiętam chronologii a to już nie te czasy, kiedy na zdjęciach „naklejało” się daty.

Zahaczyliśmy o Dunscaith Castle. Ja chciałam tu wrócić, miałam wspomnienie śniadania tamże, w tym roku kompletnie na podobne śniadanie nie liczyłam. Z uwagi na pogodę. Było mokro, grząsko, bagniście i wichurowato.

Zrobiłam podobne zdjęcie co rok wcześniej. Tym razem z chmurami. Fajnie się tam czułam, lubię to, po raz drugi.

Gdzieś tam się rozbiliśmy. Z racji, że mieliśmy zimno i deszczowo odpuściliśmy całkiem biwakowanie na dziko. Potrzebna nam była codzienna ciepła woda i schronienie jako takie poza namiotem i autem. Na jednym kempingu robiliśmy grilla w deszczu.

Pojechaliśmy do Fairy Pools. Nie zapomniałam kupić piwa. D. jest znawcą tego rodzaju alkoholi i musiałam „trochę” poczekać na niego przy półkach z piwami w Morrisonie w Fort William. Sobie wzięłam klasyk.

Tym razem widoki były znowu inne, nie tak zielone jak rok wcześniej. Odczuwało się większą potęgę gór.

Tak, tak, już idziemy.

Fairy Pools to wodospadziki, źródełka, jezioreńka. W bajecznych kolorach z bajecznie kolorowymi kamieniami. Pewnie dlatego nazywają się basenami wróżek?

Dobra, D., zrób mi zdjęcie.” Niech też coś mam z tego miejsca.

Bo ja tak naprawdę chciałam na parking przy Fairy Pools, do ptaszków, do stadka zięb. Pokarmić chciałam tak jak rok wcześniej.

Neist Point również nie mogło zabraknąć. Droga do niego nie była łatwa – jednokierunkowa, trzepało autem, zalewało prysznicami z chmur. Wiedziałam co nas czeka dlatego kazałam D. ubrać się naprawdę porządnie.

I idziemy w dół. W srogim deszczu, wiatrach, ledwo się trzymam poręczy, chwała boziom kosmosu, że takowe są. Chociaż łańcuchy lub linki też by się przydały, by człowiek nie pofrunął z wiatrem…

Zdjęcie nie pokazuje siły ziliona Beaufortów. Ja dosłownie się trzymałam całym ciałem tego słupa i ręce zdjęłam tylko na chwilę, do zdjęcia.

Wróciliśmy się na górę skąd mieliśmy zacny widok na cały półwysep. Wygląda spokojnie, prawda? Yhy…

Moje włosy i mokra kurtka udowadniają, że wcale tak spokojnie nie jest. Ale w oczach jest pełnia szczęścia. Byłam w dziewiątym niebie.

D. też był w niebie, ale nie wiem w którym.

I poszliśmy lekko w bok, chciałam w końcu zobaczyć Ramasaig Bay. Rok wcześniej był w chmurach.

Wiem, że tego nie widać i nie słychać, ale huk, sztorm i siła natury były niesamowite. Czuliśmy się malutcy.

Drogi były, jak już wspomniałam wyżej – niełatwe.

Posiłki spożywaliśmy w 90% w aucie, w 9% w namiocie, w 1% w baraku kempingowym. Palnik z wodą stawialiśmy na zewnątrz a sami się chowaliśmy do środka i jedliśmy co mogliśmy. Czyli chleb z pastami rybno-grzybowo-kurczakowymi i ogórki do tego. Wychładzające, co nie?

Kupiliśmy ze dwa czy trzy baniaki pięciolitrowej wody. Nasz bagażnik był zapchany i służył za krzesła i stół. I tak wszystko się robiło na łapu-capu, byle szybko, byle się schować przed deszczem i wiatrem. Zziębnięci byliśmy niemal cały czas.

O, tutaj było fajnie. Przyjechaliśmy tu późnym, ciemnym wieczorem, w mocnym deszczu rozbijaliśmy namioty, pomagaliśmy sobie wzajemnie, by było szybciej. Liczyliśmy na ciepłą wodę, ale niestety, prysznice były zamknięte, w ogóle wody wtedy nie było, coś z wodociągami się stało w okolicach. Była dostępna tylko woda z kranu na zewnątrz, w drewnianej wielkiej umywalce. D. umył tam swoje nogi a ja zęby. Z widokiem na pobliski Quiraing.

Generalnie to miejsce było dla mojej duszy przełomowe, ze względu na bliskość jeziora Shaenta, gdzie planowałam się rozbić i dokonać swojego rytuału. No, ale pogoda, pogodą, zatem rytuały robiłam właśnie tutaj. 

Wieczór był błogosławiony. Było schronienie, gdzie mogliśmy w końcu siąść przy stole jak normalni ludzie i zjeść i popić. Brakowało nam tego i wieczór przedłużaliśmy jak tyko mogliśmy. Przy skye-owskiej whisky.

W krzaki chodziliśmy w pełnym rynsztunku. Nie tylko w krzaki, bo do ubikacji w barakach też trzeba było przedrzeć się przez ciemności, błota i deszcze.

Kolejnym punktem było Kilt Rock. Pierwszy raz tu byłam, ale tak jakoś, nie skradł mojego serca. Co z tego, że 90 metrów i jezioro Mealt wpadało do morza? I jedyny taki wodospad w Wielkiej Brytanii? No taki urok przyrody, zdarza się.

Mimo to – „Anetka tu była.

W tej samej okolicy legendy głoszą, że wyspę Skye zamieszkiwały dinozaury.

Zrobiliśmy z dowodami zdjęcie.

Jak Skye to nie tylko destylarnie whisky, to również kochane krowy.

Śliczności… Nie były aż tak oswojone, ale biła od nich przyjazna energia i spokój.

Ptaszki też były. Zięby na Fairy Pools i ciekawskie rudziki. Widzieliśmy też orły gdzieś na południu wyspy.

Tu inny rodzaj krów, wolna pasterka, to święta rzecz na Skye i to one mają pierwszeństwo.

Nie ma się zmiłuj. Czekaliśmy aż skończy pić z kałuży.

To, że owiec jest piętnaście razy więcej niż ludzi, to wiecie. W wielu miejscach były nietypowe ogrodzenia i płoty, które pozwalały stadom przejść bezpiecznie z pastwisk do swoich zagród.

I tu widzicie jak mój palec wskazuje na The Old Man of Storr. Podejście drugie. Brak chmur był obiecujący. Chyba wejdziemy!

Idziemy! Wybraliśmy łagodniejszy szlak, dłuższy, ale bezpieczniejszy i mniej stromy. Nie martwcie się, na górze i tak wywalałam się w błota parę razy.

Łiiii, ciągle brak chmur! Logika pogodowa Skye jest nielogiczna.

Prawie jak w filmach grozy…

Szlak już zmieniał się na trudniejszy. Latające kamienie, błoto, bagna, ślisko. Trza było kombinować przy wchodzeniu i przeskakiwaniu z kamienia na kamień, by omijać ogromniaste kałuże.

Tak, tu już się wywaliłam parę razy. Ale D. nie widział tego. Chyba? Spodnie miałam całkiem wygodne, bo rozpinane na całej długości nogawki, więc przed wejściem do namiotu je odpinałam by wysuszyć czy wyprać i właziłam w samych legginsach do środka.

Co ja tu o spodniach jak przed nami wyłaniała się ikona Skye?

Z każdym kolejny krokiem widoki były coraz bardziej spektakularne. Kurczę, udało się w końcu… Kurczę, kurczę, szlak był trudny, ja czerwona z wysiłku, mokra, ale kurczę, doszłam…

Jaki zaciesz! Nie było dużo ludzi, mieliśmy trochę miejsca dla siebie na miliard ujęć z tego zjawiskowego miejsca.

Aj…

Zejście też było wyzwaniem, ślizgałam się czasem po błotnistych kamieniach. Ale jaka ulga była, że zaptaszkowaliśmy symbol Skye.

Dalej lecimy – zamek Duntulm. Od zewnątrz wygląda tak.

A od środka – tak. Nie wchodziłam, nie dałam rady również tym razem. Wiało. Ciężko się dziwiłam jakim cudem te wełniane chucherka na czterech nogach potrafią się utrzymać w tych Beaufortach…

A naprzeciwko widok na zatokę jakąśtam. Doczołgałam się do ławki prawie na czworakach.

Zwiedziliśmy też Coral Beach. Zjedliśmy na deszczowym parkingu lekki lunch z torebki i nagrzani poszliśmy oglądać rozwój wodorostów. Błoto, torfowiska, niezbyt miły szlak. Dużo się zmieniło od ostatniej wizyty tutaj.

Znowu woda. Znowu jeziorko Dunvegan. Ale stópek tym razem już nie zamoczyłam. Ani śniłam podwójnie marznąć na mokrym piasku. Patrząc na moją kurtkę i sięgając wspomnień – lało na przemian ze słońcem.

Na górę wlazłam, tam na dole z lewej to chyba D.? Niee, on miał niebieską kurtałkę. Doceniałam w naszej wyprawie to, że chodziliśmy sami kiedy chcieliśmy i po swojemu spędzaliśmy chwile z własnymi aparatami foto. Bez spiny o odpowiedzialność czy o „da sobie radę?”. Pełen luz i ufność, że druga osoba nie zrobi niczego głupiego.

Zajechaliśmy na kolejne pole biwakowe – Sligachan. Ja, oczywiście, dalej nie miałam angielskiego zasięgu w wielu miejscach, D. natomiast wymiatał na swojej polskiej sieci. Piszę o tym, bo tylko tu była postawiona antena WiFi i za mały majątek miałam trochę internetów w swoim telefonie.

Miejsce było argh!… Spędziliśmy tu dwie noce. Dwie koszmarne, długie i ekstremalne noce. Bo sami popatrzcie – błoto wszędzie, deszcze wszędzie, wiatry wszędzie, zimno wszędzie. W barakach na dole tylko toalety i łazienki. Nigdzie usiąść ani się zagrzać.

Selfie z namiotu też mam. Chemiczne ocieplacze wkładane do butów na noc bardzo pomagały. Pomagały również wkładane do skarpet czy na sam dół śpiwora – z zimnymi stopami niemożliwe było mi zasnąć.

Ranek. Wcale tak spokojnie nie wyglądało jak na zdjęciu. Dajcie kilka stopni temperatury na plusie. I wiatr.

Tęcza znaczyła, że można wyjść z auta i poskładać namiot w spokoju.

A tak to odpoczywaliśmy siedząc w aucie i grając w makao.

Lub oglądając mecze piłki nożnej na telefonie D. Polacy z kimś grali wtedy. I pijąc alkohole. Właściwie to tylko do zdjęcia tak się ustawiliśmy. Byliśmy zbyt zmęczeni.

Zrobiliśmy sobie wtedy dzień wolny od trekkingów i pospacerowaliśmy sobie po okolicy. Usiedliśmy na tym samym murku co ja z M. i P. rok wcześniej.

Z drugiej strony mieliśmy widok na góry Cuilin.

Powiedzcie mi, kto z Was robi zdjęcie ze szkockimi górami na Skye i Pringlesami o smaku BBQ?

Można było siedzieć i siedzieć. Potrzebny był nam taki dzień – bez łażenia po górach, bez siłowania się z wiatrami i deszczami.

Kemping na Sligachan sprawił, że moja cierpliwość się skończyła i po kilku nocach straszliwie zatęskniłam za ciepłym łóżkiem. Rzygałam takimi warunkami. 

D. – chodzący zen, potrafił w dupnych sytuacjach znaleźć małe radości i robić epickie pro zdjęcia. Na przykład niezniszczalnego palnika Fire Maple na tle Sligachan.

Jeżdżąc autem w te i we wte widywaliśmy różne cuda. Takie jak na przykład ten kadr – przystanek autobusowy z widokiem na morze. Ale weź jeszcze dojdź do tego przystanku…

D. znalazł w internetach fajną miejscówkę. Nie pamiętam czy wchodziła ona w nasz plan wyprawy czy też była „zrobiona” spontanicznie. W każdym razie 2,5 kilometra szlaku do Rubha Hunish po płaskim – było dziwnym wyzwaniem. To najbardziej wysunięty na północ punkt wyspy. Prowadzący przez bagna, torfowiska i stromizmy daje możliwość obserwacji morskich ptaków i ssaków (kochane krowy). Ale mimo to, nie każdemu udaje się dojść do celu.

Nam się udało. Grzęzłam w bagnach, mokrych trawach po kostki, moje buty były całe mokre. Często truchlałam jak moja stopa „topiła” się w torfie i w sekundzie pojawiał się obraz mojej nogi utkwionej w bagnie… Szlak nie był oznaczony, znajdywaliśmy jakoś wydeptane ścieżki, ale w większości szliśmy przed siebie. 

Przylądek wygląda tak. Przy dobrej pogodzie widać przeciwległe wyspy szkockich Hebrydów – Harris i Lewis. 

A na przylądku mamy „schronisko” zwane w Szkocji jako „bothy”. Te na Rhubha Hunish nazywało się „Lookout„. To są samodzielne chateńki, do własnej obsługi, z regułą „kto pierwszy ten lepszy”. D. chciał tam nocleg zrobić, ale wracając ze szlaku zgodnie orzekliśmy, że targać plecaki przez te bagna… No i polska para szła w tamtym kierunku, właśnie na nocleg do Lookoutu.

Pokażę jak wygląda w środku.

Główny pokój z panoramicznym oknem, przez które często zaglądają kochane krowy. 

Kuchnia – całkiem dobrze zaopatrzona w produkty z bieżącymi datami ważności.

Sypialnia – dla trzech osób. 

Jajka też były świeże. Jak ktoś brał ze sobą własny palnik i patelnię to małe omlety – czemu nie? Kuchenki tam nie ma. Nic z ogniem i prądem w ogóle tam nie ma.

Było za to dużo świec, magazynów, książek, kart do grania. Kominek nieczynny. 

Zostawiliśmy swój ślad na kalendarzu. 

Odpoczęliśmy chwilę. Mnie się nie chciało wychodzić na te wiatry na zewnątrz. 

Kolejnym punktem do obowiązkowego zaliczenia był Quiraing. Byłam rok wcześniej, byłam i wtedy. Wiedziałam jaki szlak. Ale nie wiedziałam, że kolory będą inne…

To najtrudniejsza część na trasie – przeskok z jednego klifowego kamienia na drugi klifowy kamień. Przy użyciu zamocowanego łańcucha. Obok wartko spływającego strumyka. Który i tak i tak Cię zamoczył. Ten punkt dyskwalifikował ponad połowę turystów – widzieliśmy idących o lasce, w konwersach, kozaczkach… No nie wierzę, że oni dali rady przez ten punkt przejść, no nie wierzę.

Pogoda nam dopisała bajeczna! Było gorąco ze słońcem i chłodno z deszczowym wiatrem (chociaż nazwałabym to falującą mokrą chmuromgłą) na przemian. Rozbieraliśmy się i ubieraliśmy przystawając co kilkanaście minut.

Jesienny Quiraing również i tym razem mnie urzekł. 

Dałam lajka.

A tu prawie to samo, co wyżej, ale z lekkim słońcem. Nie można było przestać się zachwycać jak kolory magicznie się zmieniają. 

Poszliśmy dalej, dalej i dalej. Dużo dalej niż zaszłam z M. i P. rok wcześniej. Ale krajobrazy już nie były takie powalające.

Zahaczyliśmy też o muzeum wyspiarskiego życia na Skye, taki skansen. Fajny, polecam. Siedem chatek z 19-tego wieku. 100% oryginalności.

I końcówkę wyprawy na Skye przeznaczyliśmy na zwiedzenie Sleat Point. Nie doszliśmy do końca, nie pamiętam czemu. Zgubiliśmy się? Za długo szliśmy? Nic ciekawego nie było poza orłami nad naszymi głowami?

Pamiętam tylko jedno – NIE WIAŁO. Było spokojnie i podejrzanie cicho. 

Nie zwiedziliśmy wielu miejsc na wyspie, zmienialiśmy plany co godzinę, nie dało się wszystkiego zrealizować ze względu na pogodę i zimne, mokre noce. Byliśmy grubo ponad tydzień i to wystarczyło, by nam się odechciało „ekstremalnych” warunków na kolejne długie lata. 

Przejeżdżając w drodze powrotnej przez most w Kyle of Lochals nie czułam NIC. Zrozumiałam, że na Skye już nie wrócę, że już mnie tam nie ciągnie ani nic nie trzyma. 

Skye stała mi się obojętna.

Ostatnim punktem był, oczywiście, Ben Nevis. Namioty rozbiliśmy na kempingu Glen Nevis. Prawie w tym samym miejscu co rok wcześniej. Było spokojnie, lekko mżyło.

W końcu zrobiliśmy normalnego grilla. 

Wieczorem przeszliśmy się pieszo do Fort William, by skubnąć trochę kultury i rozrywki. Jakiś górski festiwal filmowy był, spóźniliśmy się nieco.

Następnego dnia D. wziął mojego Olka do ręki i poszedł sam na Ben Nevisia. Mnie się nie chciało, widać było, że na górze są chmury i nic nie zobaczymy. A ja na darmo energii marnować nie zamierzałam. Przeszłam się do miasta na spokojnie i w połowie października jadłam szkockie soczyste jeżyny zrywane z krzaków.

Selfie tradycyjne z kempingu zrobiłam.

Poskładaliśmy namioty, wysuszyliśmy co się dało. Poszliśmy jeszcze na małe zakupy – byliśmy zabłoceni, brudni, wymęczeni, ale w Glasgow taki widok nie robił nikomu różnicy. D. to zdziwiło, bo w Polsce by wyjść do osiedlowej Biedronki trzeba nałożyć porządny makijaż i buty od Gucziego. W Szkocji nie (w Anglii też nie, ja parę razy jechałam do Tesco w piżamie).

Umyliśmy auto i zdaliśmy je do wypożyczalni. Stamtąd to już kilka godzin oczekiwania na nasze powrotne samoloty. D. miał spore problemy z zapakowaniem swojego plecaka, kombinował „na Polaka” 🙂

Wyprawa Skye 2017 była ostatnią moją podróżą, przez kolejne dwa lata nigdzie już nie latałam ani nie bywałam. Czułam się jakbym odwaliła kawał porządnej roboty w wielu miejscach i moja dusza zapragnęła odpocząć, skalibrować się. Nie ciągnęło mnie już nigdzie potem, nie miałam ochoty się szlajać po świecie. Wystarczyły mi wyjazdy nad pobliskie morza i rozległe plaże. Miałam inne zmiany, inny łańcuch wydarzeń wplótł się w moje życie.

W tym roku szykują się dwie wycieczki, ale one będą leniwe i totalnie pozbawione jakichkolwiek „zobowiązań” karmicznych. Uznaję to za zasłużony relaks dla mnie samej.

Wszystkie moje poprzednie podróże opisane na blogu – od 2011 do 2017 roku – są przerabiane szeroko w oddzielnym ebooku. Bazują na faktach przemieszanych z uczuciami mojej duszy. A kiedy ten ebook wyjdzie – mam nadzieję, że jeszcze w tym roku.