W styczniu 2016 roku przeszłam operację wycięcia trzonu macicy – częściową histerektomię. Od tego momentu moje życie kolosalnie się zmieniło. Na zewnątrz jak i wewnątrz. Błyskawicznie prułam do przodu w niemal wszystkich dziedzinach życia i zaczęłam systematycznie dążyć do realizacji niemożliwych wcześniej rzeczy.

Wróciłam na siłownię, zaczęłam od nowa i tym razem się udało. Bieganie stało się w końcu możliwe, stało się chlebem powszednim. Naturalną koleją rzeczy zatęskniłam też do gór. Z Michasiem stawiałam pierwsze kroki w walijskich górach. Biedak, wprawny zimowy alpinista, tłumaczył mi jak zapłakanemu dziecku, że to nie boli, nie gryzie i dam radę wejść tu i tam.

I przyszedł pomysł na szkocką wyspę Skye.

Skąd? Nie wiemy do dziś. Po prostu przyszedł, od słowa do słowa w rozmowach między mną, M. i P., toczących się od nieszczęsnego Maroka rok wcześniej.

Najwyraźniej cała nasza trójka musiała się tam znaleźć.

Byliśmy niesłyszący w różnym stopniu, nie migaliśmy między sobą, czytaliśmy sobie wzajemnie z ust, więc wyobraźcie sobie, jak czasem to wyglądało zabawnie, ile nerwów nas kosztowało, ile śmiechu i nieporozumień.

Ja wszystko ogarniałam. P. zajął się swoim autem i paliwem a M. potakiwał i wciąż powtarzał, że „Jadę w najpiękniejsze miejsce na Ziemi i chcę tam umrzeć.” Znajdywaliśmy miejscówki, szlaki, potencjalne miejsca biwakowe na dziko plus listy legalnych kempingów w razie czego. Wspólnie edytowaliśmy na bieżąco dokument na Googlu – plany, porady, co wziąć, co kupić, gdzie, no wszyściuśko. Dwa namioty, karimaty, śpiwory, porządne buty, wiatroszczelne i wodoodporne kurtki, rękawiczki, chusty, kartusze z gazem, palniki, owsianki do zalania wrzątkiem, hurtowne snikersów, szybkoschnące ręczniki, latarki-czołówki, saperki (łopateczki do srania na dziko w krzakach), apteczki, lekarstwa, worki na śmieci, chemiczne ocieplacze do rąk i butów. Zdążyłam się dobrze wyposażyć czekając na operację histerektomii i spędzając całe miesiące w pozycji leżącej.

Jechaliśmy autem, więc nie martwiliśmy się o bagaż, ale też nie przesadzaliśmy z ośmioma parami spodni czy czterema polarami.

Wiedziałam, gdzie zajedziemy, że duży sklep będzie w Fort William i tam zakupy zrobimy większe przed wjazdem na Skye.

Kupiłam porządne mapy północnej i południowej wyspy Skye. Nie liczyłam na zasięg, nawet nie chciałam by był. Jako osoba głucha w Anglii, swój telefon miałam zarejestrowany pod numerem alarmowym 999, także no, bez stresu tam.

Chłopaki przyjechali, przespali się na śpiworach i na karimatach na podłodze u mnie w mieszkaniu, wzięli prysznic i ruszyliśmy bladym świtem na północ Wielkiej Brytanii. Zrobiliśmy postój na jakimś parkingu i używając palnika Fire Maple (najlepszy jaki kupiłam!! niezniszczalny !!) zjedliśmy mały obiad w strugach deszczu, siedząc na krawężnikach.

Po zakupie ziliona miętowych batoników KitKat w sklepie w Fort William zajechaliśmy w pierwsze miejsce widokowe.

Zamek Eilean Donan. Którego nie lubiałam od 2008 roku.

No i tutaj chcę zaznaczyć, że mój osobisty i intensywnie głęboki związek ze Skye jest szerzej opisywany w oddzielnym ebooku, jak również wątek Tadżykistanu i Maroko. Na blogu są tylko powierzchowne lizania tematów i relacja z perspektywy osoby niesłyszącej.

Chłopaki byli zachwyceni i wtykali nosy gdzie się dało bez płacenia za wstęp.

Zatrzymaliśmy się również na Commando Memorial. Ale zdjęcia + brzydka pogoda nie harmonizowały się zbytnio. Nieco lepiej wyszło mi już półtora roku później.

To ten most w Kyle of Lochals – łączy „ląd” Szkocję ze Skye. Najsłynniejszy most w moim życiu, najbardziej magiczny i najbardziej wytęskniony od 2008 roku. 

Pierwszą noc woleliśmy spędzić na legalnym kempingu w Ashaig, z dostępem do ciepłej wody. Byliśmy padnięci całodzienną jazdą, głodni i chłopaki jeszcze chcieli poćwiczyć stawianie hotelu pod gwiazdami. Pożyczyłam im swój jeden hotel – większy, czerwony, zimowy, bo we dwójkę mieli w lot się naumieć składać i rozkładać dwuczęściowy namiot w późniejszych dniach. Ja miałam swoją maleńką, wolnostojącą jedynkę.

Poznaliśmy się z właścicielem posesji, my głusi? nieee ma problemuuuu, wieeem co robić jak pożar będzie, baaaaardzo fajny gościu, pokazał palcami ogromną łazienkę, drewniane ubikacje zewnętrzne i… sprzedał nam moskitiery i spraye na muszki. Bo tego się nie spodziewaliśmy. Właściwie to się spodziewaliśmy, ale nie sądziliśmy, że AŻ TAK. Oczywiście, do selfie założyłam na lewą stronę. Ledwo postawiliśmy namioty, ledwo nagrzaliśmy wody w palniku, ledwo wygramoliliśmy się z auta po skończonej kolacji, ledwo czyści i nagrzani po gorącym prysznicu wcisnęliśmy się do swoich namiotów i wydupczyliśmy stamtąd mikroskopijne upierdliwe muszki. Niby miałam ze sobą zapobiegawczo olejek z Avonu i nawet nawet pomagał, ale… Wieczór zdecydowanie do przyjemnych nie należał.

Pierwsza noc na Skye za nami. Rano muszek już nie było, więc z ulgą nacieszyliśmy się rześkim, jasnym rankiem i „spokojnym” ogarnianiem składania zimowego namiotu przez chłopaków. Wiecie, są ludzie, którzy namioty mają we krwi (ja) i są ludzie, którym nawet dwie lewe ręce nie pomogą.

Zapakowaliśmy się i ruszyliśmy w głąb wyspy. W kierunku Dunscaith Castle. Drogi były jednokierunkowe, nie pędziliśmy już, uczyliśmy się wchłaniać widoki. Takie jak ten niżej, z jeleniami i sarnami.

Jadąc do celu mieliśmy pierwszą przygodę. Napatoczyło nam się jakieś auto z otwartą maską. I kobieta w… szlafroku. Zatrzymaliśmy się i zapytaliśmy czy wszystko okej? Chłopaki się zerwali pomóc. Po naradzie pomiędzy kobietą w szlafroku a trójką głuchych z mówionym kulawym angielskim stanęło na tym, że P. i ja zawieziemy kobietę do jej domu, weźmiemy jej męża a M. zostanie w aucie i będzie podziwiał orły. Tak też zrobiliśmy, nie było to zresztą daleko. Okazało się, że małżeństwo organizuje wyprawy po wyspie, z nastawieniem na obserwację orłów.

Mam w archiwum mega selfie całej naszej upchanej wesoło czwórki podążającej na ratunek M. w zepsutym aucie. 

Auta zostawialiśmy albo na wyznaczonych parkingach (bezpłatnych, oczywiście), albo na dziko, w bezpiecznych miejscach.

I po kawałku przejścia na klify zrobiliśmy sobie śniadanie na trawce. Okolice Dunscaith Castle do bezpiecznych nie należą, podobnie jak wiele innych miejsc na Skye, nie ma ogrodzeń, nie ma zabezpieczeń, można skakać z klifów jak kto woli. Jest czysto, bez śmieci, żadnych śladów człowieka. I naszym obowiązkiem również było nie pozostawianie śladów po sobie (za wyjątkiem tych pochodzenia naturalnego).

Zrobiliśmy tutaj mnóstwo zdjęć, byliśmy zachwyceni urokiem poranka i byciem samym na tak rozległej przestrzeni.

Kolejnym punktem było Camasunary Bay. Trzeba było się nieco powspinać, ale w miarę łagodnie. Było bardzo ciepło. Nie opiszę słowami tych widoków. Skye od samego początku do samego końca zachwycała nas nieustannie. Kontemplowaliśmy w ciszy, każde z nas na swój sposób.

Bo „O, ku*wa!” to za mało.

Tam w dole, w zatoce widzicie plażę, nie? Ludzie z mojego punktu to czarne kropeczki. Chłopaki zeszli niżej i nie mogłam ich dostrzec później.

Kolejność wrzucania zdjęć tutaj jest przypadkowa, nie pamiętam zwyczajnie co robiliśmy dzień po dniu, niepotrzebna ta informacja w sumie, co nie? 

No dobra, kolejnym obowiązkowym punktem było Neist Point. Pogoda się popsuła, bo to Skye i mocno pochłodniało. Poubieraliśmy się we wszystko co mamy i zostawiając auto na górze, ostrożnie schodziliśmy w dół kurczowo trzymając się skalnych ścian czy poręczy. „Wiało” to za słabo powiedziane.

No i doczołgaliśmy się w końcu do celu? Tam jakiś hotel? Ludzie? Otwarte drzwi? Auto z napędem na cztery koła? Nie sprawdzaliśmy, mimo, że wydawaliśmy się być sami. 

Tutaj zacny widok na Ramasaig Bay w chmurach. Następne podejście na Skye rok później okazało się przyjaźniejsze dla aparatu fotograficznego.

Cały czas schodziliśmy niżej i niżej na tym Neist Point. Widzicie gdzie dolazłam? Nic, tylko skakać, bo niby silny, szkocki wiatr Cię „leciutko” zdmuchnął. Serio, trzeba było naprawdę uważać. 

Po powrocie na górę kolejne zilion ujęć. Mieliśmy wodoodporne spodnie i grube polarowe rękawice, więc w ogóle nie zważaliśmy na błoto, zadrapania czy starcia siedząc na kamieniach. 

Niemal zawsze bywało tak, że śniadania woleliśmy jadać w innym miejscu niż gdzie spaliśmy. Takie dwa w jednym. Tutaj na Camastianavaig

Wiało, to oczywiste. Nie pamiętam, czy w ogóle był jakiś dzień na Skye kiedy nie wiało? Na Quiraing?

Szlak na Ben Tianavaig okazał się, hmm, zaskakująco trudny do znalezienia, bo w Szkocji generalnie szlaki nie są oznaczane. Poszliśmy nie tędy co trzeba i były miejsca, gdzie wspinaliśmy się dosłownie pionowo, lub ścieżka nagle znikała w gęsto zakrzaczonym na trzy metry miejscu. W końcu jakoś znaleźliśmy coś, wymachując rękami do siebie wzajemnie i podążyliśmy na górę.

Ze słupa mamy widok na Sound of Raasay – The Old Man of Storr.

A po drugiej stronie słupa – każdy znalazł sobie poletko do leżenia i cieszył się kojącym widokiem. 

Jednego wieczoru szukaliśmy miejsca do rozbicia namiotów w pobliżu Quiraing. Jak już się zdecydowaliśmy, że tu zostajemy to nagle zaczęły się pojawiać owce. Wolna pasterka tam to coś normalnego. Ja yyyy… A jak zaczną skubać namioty? A my nie będziemy słyszeć? A jak zdążą dziury przegryźć czy coś? Nieee, ja się boję! Poszukaliśmy czegoś innego. Teren był nierówny przy parkingu więc nanosiliśmy się przez wysokie trawy. Ścieżka ze zdjęcia prowadziła do jeziora Sheanta. Święte miejsce magii, cudów i wierzeń. Kolejny istotny element mojej duszy i większego ebooka.

I następnego dnia bardzo wczesnym rankiem, i to była bardzo dobra decyzja, spakowaliśmy się i ruszyliśmy na Quiraing. Było jeszcze bardzo mało ludzi a my kompletnie nie wiedzieliśmy czego się spodziewać na szlaku. Miejscami było mokro, błotniście, ślisko, były skoki przy pomocy łańcuchów, były schodzenia na doopie (zjeżdżania). 

To była chyba ósma rano. Pusto. Tylko my. I ja gdzieś na fotce niżej na kamieniu się zacnie prezentuję. Po czerwonych stuptutach mnie poznacie.

Żeby nie było, że się dogadywaliśmy, my przecież kulejemy ze słuchu, ktoś coś niedosłyszy, nie zrozumie, zapomni i podniesiony nerw gotowy. Nawet w najpiękniejszym miejscu na Ziemi. 

Wiatr nieustannie przeganiał lekkie chmury, dając uczucie błądzenia we mgle. Skye w ogóle jest nazywana Wyspą Mgieł, krajobraz tutaj zmienia się co sekundę. 

Ja na większość skał wchodziłam na kolanach, na czworakach. Wiało. Moje ulubione polarowe rękawiczki z Decathlona za marne pięć funtów były niezawodnie gruboskórne a ręce zawsze ciepłe.

Nie wspomnę o naszych oczach, siedzieliśmy na trawie koło siebie bez słowa i się gapiliśmy dookoła, nie mogąc najeść się porządnie widokami. 

M. powiedział „Dobra, wszystko zobaczyłem, to ja tutaj już mogę umrzyć.”

To miejsce było świetne! Zachody słońca, prywatne krzaki do porannych wypróżnień. Nocowaliśmy tu dwa razy, jak się okazało za drugim razem – było to prywatne poletko jakiegoś Szkota. Dlatego też wtedy wstaliśmy bardzo wcześnie i „ułożyliśmy” trawę tak, jakby nas tam nie było.

Wiało, bardzo wiało. Podczas rozbijania czerwonego namiotu porwało wewnętrzny tropik i M. biegł jak Usain Bolt przez kilkaset metrów by go złapać. A my z tyłu pękaliśmy ze śmiechu.

Czy się baliśmy spać pod gołym niebem? Na odludziach? Bez aparatów słuchowych my totalnie głusi przecież, cisza absolutna. Ja się nie bałam, nie na Skye. Czułam jej ochronę, czułam się bezpiecznie, w końcu to był mój dom przez wiele inkarnacji. W Walii truchlałam spać sama, w Szkocji też trochę się bałam, instynkt samozachowawczy jako osoby głuchej się odzywał. Ale na Skye – ani w 2016 roku ani w 2017 – absolutnie. Zresztą, byliśmy w czerwcu, szliśmy spać – było jasno, wstawaliśmy w krzaki – było jasno. 

Ważnym punktem były również Fairy Pools. Dla mnie nic nadzwyczajnego, ale chłopaki chcieli zobaczyć. Jak całą grupą to całą grupą. I tak było warto, bo widoki rekompensowały moje „nic nadzwyczajnego„.

Informacja turystyczna – owieczek jest ponad piętnaście razy więcej niż ludzi. Nie na Skye. W całej Szkocji. 

Długo, bo kilka lat, zeszło nam wyjaśnianie ufolskiego znaku na jednej górce. Ktoś popatrzył inaczej i stwierdził, że to odbicie kokpitu w samochodzie P. 

No tak.

Na parkingu znaleźliśmy ławeczkę i zjedliśmy obiad w kubkach. Sprawdzał się wtedy kuskus z warzywami zalewany wrzątkiem. Zarówno wtedy jak i półtora roku później te ptaszki – zięby – jadały mi z ręki. Wiedziały kogo zaczepiać, nie bały się ludzi. Było ich SPORO. 

Trasa nie była łatwa. Było dużo szerokich strumyków, które trzeba było przeskakiwać. Bałam się, że nie mam wystarczająco szerokiego rozkroku, lub, że jestem za ciężka. Ale jakoś skakałam. I dziwiłam się, że niektórzy, fizycznie bardziej niesprawni ode mnie, dawali radę. 

Uwielbiałam siadać na ziemi, na kamieniach, nie martwiłam się o swoje ubrania. Wiedziałam, że kupiłam dobre i sprawdzone i mogę z nimi robić wszystko. Zawsze zwracam uwagę na jakość, ale też kieruję się logiką i intuicją (rękawiczki polarowe chociażby, bo inne, dwadzieścia razy droższe od The North Face, okazały się szajsem i szybko się podarły). Przekonałam się wiele razy, że jakość podczas używania „znika” i skupiasz się na momencie. Nie zdajesz sobie sprawy, że coś masz na sobie, że coś uwiera, gniecie, nie działa, moknie, zawiesza sie. To jest niesamowity komfort i niezbędnik, by w pełni cieszyć się chwilami gdziekolwiek jesteś. Zakupy, które zrobiłam oczekując na operację – okazały się jednorazowymi zakupami, na całe życie. 

Dobra, lecimy dalej.

Sligachan – myśleliśmy, że to jakaś wioska, tak mapa przynajmniej „mówiła”. A to się okazał hotel z przybudowaną restauracją. I kemping obok. I to wszystko. Ale ta restauracja taka, że hoho!… Chyba tylko tutaj możesz znaleźć kilkaset rodzai whisky. Ale my gdzie indziej, my nad mostek i nad wodę. Ciepło, słonecznie, usiedliśmy sobie na murku i skye-owaliśmy.

W pełnej krasie.

Gdzieś tam, chyba jeszcze w Fort William, kupiliśmy lokalne piwa. Wybraliśmy z nazwą wyspy, w trzech różnych smakach. 

Czy smakowało? Coś tam komentowaliśmy podczas grania w Dobbies w namiocie.

M. baaardzo chciał zobaczyć Coral Beach. Wiadomo, że wszystko ładniej wygląda w słońcu, ale Skye to Skye, na pogodę nie patrzyliśmy. Jechaliśmy i szliśmy niezależnie od warunków atmosferycznych. 

Oooo! Patrzcie, tam się golas kąpie!!…” (w takim zimnie…)

No kurde, to ja też. Może nie całkiem się rozbiorę, ale stopy, ja już tam jestem, to zamoczę. Żeby nie było, że tylko Atlantyki macam. 

Oranyyyyy… Lód, a nie woda!! Wrzask, dzika radość, frajda!! M. też rzucił swoje buty i skarpety w bok i właził z krzykami przemieszanymi ze śmiechem z brzucha – do wody. P. nie, nie i nie. 

Duntulm Castle, proszę państwa. A właściwie jego resztki. 

Nie wlazłam, nie mogłam się utrzymać na nogach. Dolazłam tylko tam, by zdjęcie zrobić i wróciłam się na czworakach. Nie muszę chyba dodawać dlaczego?

Krowy były odporne na sztormy i wichury. Dowód, że weganie też potrafią być silni.

Równie ważnym, co Quiraing, punktem do zaptaszkowania jest również The Old Man of Storr. Stary człowiek ze Storra ma jakieś pięćdziesiąt metrów wzrostu i to jest tylko jedna z wielu wersji – bo równie dobrze to może być kciuk giganta czy skamieniały gościu. Coś jak polski Śpiący Rycerz z nosem na Giewoncie. 

Już z daleka widać było, że nic nie zobaczymy. Trudno. Ale kierując się „logiką pogodową” wyspy pruliśmy dalej.

Ciężka trasa. Błotnista, z luźnymi kamieniami. Ale Chińczyków w arcteryxach i konwersach – sporo. 

Staraliśmy się wejść tak najwyżej jak się tylko dało. Ja i P. wczołgaliśmy się na czworakach (tak, na zdjęciu klęczę), M. poszedł wyżej i zabronił nam dołączać do niego. Bo wiało. A wiecie ile Beaufortów mają wiatry na Skye?

Ziliony.

Czekaliśmy trochę, a nuż łaskę wyspa nam zrobi i odsłoni co nieco. Niestety. 

Jedna rzecz, nie mam zdjęć z tego miejsca, nie wiem czemu. Właściwie mam, ale kwiatów z królewskiego ogrodu nie będę tu wstawiać. Na parkingu pożarliśmy się, nakrzyczałam na obu chłopaków, może to też efekt braku dowodów ze zwiedzania zamku Dunvegan

Serce mi tam biło, wiecie? Siedziba klanu McLeodów – dużo z nimi legend, czarodziejska chorągiewka podarowana przez elfy, wynalazca insuliny, komnaty ze „znajomymi” eksponatami, walki z klanem McDonaldów, niezwykłe miejsce!

Wstąpiliśmy też do Portree. Na przypadkowo znalezioną knajpę z fish & chips (ryba z frytkami). Byliśmy wygłodzeni jedzeniem z torebek, owocami i batonikami. Marzył nam się porządny, ciepły posiłek. W dużo lepszym humorze opuściliśmy Skye. 

Celowo tę „atrakcję” zostawiliśmy na sam koniec naszej wyprawy. Zgodnie z założeniami mieliśmy być w lepszej kondycji, wprawieni i bardziej zgrani ze sobą. Bo to prawda co mówią, że ludzi najlepiej poznaje się podczas wspólnych podróży. Nasza trójka, mimo, że się zna niemal od 2001 roku to jednak podróż ujawniła wiele naszych ukrytych cech.

Zahaczyliśmy o Fort William, o tamtejszy wielki kemping Glen Nevis. Rozbijanie namiotów szło nam jak z płatka. Podczas całej naszej wyprawy nie zdarzyło się, byśmy robili to moknąc w deszczu. W Glen Nevis mieliśmy też w końcu spokój od masakrycznych muszek i z wielką ulgą jadaliśmy na ławkach pod drzewami. W tle za naszymi namiotami widać jedną stronę góry, na którą chcieliśmy wejść.

 

Następnego dnia ruszyliśmy zdobywać najwyższy szczyt w Wielkiej Brytanii – Ben Nevis. Byłam już pół roku po histerektomii, forma jako taka, w tle wciąż pobrzmiewało mi echo dożywotniej choroby oddechowej – zespołu nieruchomych rzęsek. Nie nastawiałam się, że wejdę, nie liczyłam na to w ogóle. Nie wierzyłam w siebie nic a nic. Wiedzieliśmy, że idziemy tyle, ile dam radę. Ja poczekam na chłopaków na dole. Miałam kijki trekkingowe, co było sporym ułatwieniem. Często przystawałam. Nie po fotki. Po oddech.

Dobra, po fotki też. W sumie nie śpieszyło nam się i tak.

Na snikersy pierwsza część. I ta bajeczna woda ze źródła niedaleko. Jejku, jaka dobra…

Typ szlaku się nieco zmieniał na luźnokamienisty. Robiło się też coraz tłoczniej. 

A ja wciąż szłam, szłam i szłam.

I połykałam w dwóch kęsach snikersy. Chłopaki mieli miętowe KitKaty, którymi już rzygali. 

I szłam i szłam i odpoczywałam. I płakałam, że nie daję rady, że nie wejdę, że nie wiemy jeszcze jak blisko, jak daleko, że nie mogłam oddychać, że ci, którzy z nami rozpoczęli wędrówkę właśnie wracali, że grubsze ode mnie dziewczyny normalnie wbiegały. A ja wciąż łapałam oddech we łzach. 

Jaka moja radość była jak zobaczyłam śnieg! Od razu humor się poprawił, zniknęły te znienawidzone kamienie, bo zgadza się, że po ubitych białościach dużo lepiej się wchodzi. A skoro śnieg, to znaczy, że zimniej, że szczyt coraz bliżej. Chyba jednak wejdę…

Północna strona szczytu. Tą stroną się wspina na linkach i śrubach, jeśli wiecie o co mi chodzi. Jeszcze nie wiedziałam, że jestem w 98% na miejscu. W końcu kto by pomyślał, że szczyty są płaskowyżami a nie ostrosłupami?

Nie pamiętam co czułam. Byłam wypruta z emocji, zmęczona psychicznie walką na szlaku. Wiedziałam, że trzeba wejść na ten stożek i zrobić „ZDOBYŁAM!!” gest. 

Ja. Pół roku po histero. Z nieruchomymi rzęskami. O własnych siłach. Niemożliwe. Jeszcze siedząc tam wysłałam smsy do rodziców. 

Z jednej strony płaska Szkocja z lotu płaskiego Ben Nevisia.

Gdyby na polskich Rysach było tyle miejsca…

A z drugiej strony – Szkocja górzysta, z swoimi majestatycznymi Highlands. To, że byłam cała na turkusowo, to tak się złożyło, nie patrzyłam na kolory tego co kupuję i jak to będzie całościowo wyglądało. Posiedzieliśmy razem we trójkę, gapiąc się na te góry. Podziękowaliśmy sobie wzajemnie za udaną wyprawę, za dogadywanie się, za liczne, drobne przygody, za śmiech, za wsparcie, za fajną znajomość.

I znowu śnieg!! Tym razem już zjechałam na doopie. 

Glen Nevis to fajny kemping. Niby dużo ludzi, ale nie było ich „czuć”. Selfie zrobiłam, a jakże. Rok później też zrobiłam. 

Jeszcze po powrocie ze szczytu szybko się spakowaliśmy i pojechaliśmy w południe Szkocji, by spędzić ostatnią noc pod namiotem.

W Caolasnacon było równie muszkowato upierdliwie co pierwszej nocy na Skye. Zacny zachód słońca z widokiem na góry Glencoe nic a nic nie pomagał.

Grilla zrobiliśmy, piwa szkockie wyżłopaliśmy. 

Następnego dnia wróciliśmy do naszych domów. M. przed powrotnym lotem do Polski wziął najdroższy prysznic, jaki kiedykolwiek brał – rachunek za wodę przyszedł tydzień później – £1600. Chłopaki zjedli pizze z mojej poprzedniej pracy, przepakowaliśmy auto, wymieniliśmy się pendrajwami i pożegnaliśmy się białymi chusteczkami. Byłam wdzięczna P. za bezpieczną wyprawę, nie marudził nic a nic, mimo ogromnych odległości, stromych podjazdów, silnych wiatrów. P się zarzekał, że w ogóle tego nie odczuwa, że to błoga przyjemność. Ja to zrozumiałam dopiero podczas kolejnej wyprawy na Skye, kiedy to sama byłam kierowcą. 

 

Wyprawa na Skye 2016 ma szczególne miejsce w moim sercu. Nie dlatego, że moja dusza zna doskonale tę wyspę i bywała tu wielokrotnie. Nie dlatego, że zobaczyłam jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Nie dlatego, że od tej chwili góry stały mi się przyjazne i nie tak nienawistnie niedostępne jak wcześniej. Nie dlatego, że miałam koło siebie świetnych kumpli, na których mogłam liczyć, których mogłam ochrzaniać i przy których mogłam płakać w chwilach słabości. Nie dlatego, że i ja również byłam dla nich wsparciem, humorem, pomocną wiedzą. 

Wiecie dlaczego?

Bo to wszystko wyżej złożyło się na coś, czego nigdy wcześniej ani później już nie doświadczyłam. 

Dziękuję chłopaki!