Sny są fajne, prawda? Przeważnie jesteśmy w nich obserwatorami i oglądamy akcję. A jak się budzimy i jeszcze coś pamiętamy to lecimy do senników i sprawdzamy znaczenia niektórych co ważniejszych elementów. Niektóre z nich mają tendencję do powtarzania się i są związane z określonymi wydarzeniami w naszym życiu. A jeszcze inne są tak indywidualne, że żadne senniki ich nie wyjaśnią. Tylko my sami. 

Notka krótka, bo tak właściwie chcę zapytać czy też tak macie?

 

Od kilku tygodni śni mi się morze. Zawsze niebieskie, zawsze przezroczyste, zawsze spokojne i zawsze przy pięknej pogodzie. Pomijam znaczenie – chociaż ma ono wydźwięk czysto duchowy, to jednak tylko ja wiem co znaczy.

Od małego wiem, jak się poruszać w takich snach, wyczuwam kiedy mogę interweniować a kiedy pozostać obserwatorem. Zdaję sobie sprawę, że są to światy równoległe, które wzajemnie się przeplatają i mają wpływ na siebie wzajemnie. Tych światów jest nieskończenie wiele, a który z nich pojawi się w naszym śnie wciąż pozostaje zagadką. Śmiem przypuszczać, że ten najbliższy naszemu aktualnemu stanowi duchowemu & sytuacji życiowej.

Potrafią też przewidzieć drobne zdarzenia w naszej codzienności. O, tu przykład, mała dygresja.

Śniło mi się, że była strzelanina, latały pociski, ja w kamizelce kuloodpornej, trafiano mnie wielokrotnie, ale ja byłam w kamizelce kuloodpornej i wyzbyta strachu o swoje życie. Po przebudzeniu to ostatnie trochę mnie zdziwiło. Wiedziałam, że na dniach coś się stanie, jakaś szkoda, strata, i wyjdę z tego bez szwanku. Sytuacja ze strzelaniem pojawiała się już wcześniej w moim życiu i nijak miało się to do senników, dlatego i też tym razem wiedziałam, co może mnie czekać.

Jakiś czas później musiałam kupić nowego MacBooka i po krótkich poszukiwaniach znalazłam okazję. Napisałam do sprzedawcy. Wpłaciłam kasę, jedną, drugą, piątą, szesnastą. Wiedziałam, że wpadłam ofiarą psychologicznego scamu. Ale przez dwa tygodnie zwodzenia mnie za nos uczuciowy ciągle miałam wrażenie, że to nic złego, że moja intuicja nie może się aż tak mylić. Straciłam mnóstwo kasy, za którą mogłabym kupić trzy porządne Macbooki. Ze spokojem w środku złożyłam raport do Action Fraud, z wszystkimi dowodami, przelewami, numerami. Sprawa trafiła do Scotland Yardu, bo sprzedawca był ze Szkocji (młoda dziewczyna w ciąży). Ja ciągle byłam spokojna…

Pewnej niedzieli powiedziałam siostrze o sytuacji. Ona od razu się najeżyła w stylu „Nikt nie będzie mojej siostry oszukiwał!!” i ruszyła robić poszukiwania we własnym zakresie. Wysłała mi namiary do rodziców tej dziewczyny, jej samej i jej chłopaka. Napisałam do mamy, a co… Ostrożnie od słowa do słowa, przy groźnym tonie jej ojca okazało się, że dziewczyna jest niewinna. To jej chłopak zrobił całą mistyfikację i ukradł jej tożsamość, karty bankowe, itd. Oboje natychmiast do mnie się odezwali i przeprosili za całą sytuację. Było wyczuwalne, że boją się rodziców tej dziewczyny. Wyobraziłyśmy sobie z siostrą, jaka to draka dzieje się w ich domu teraz, ile zaufania rodzice musieli stracić do młodych…

Rodzice angielscy, dobrze wychowani, na poziomie, dlatego kazali mi nie cofać policyjnego raportu z Action Fraud dopóki oboje nie zwrócą mi całości. Chłopak w kolejnym tygodniu wpłacił mi część pieniędzy i błagał na kolanach bym cofnęła raport, nie chciał być notowany, a jego partnerka w ciąży przecież. Sytuacja braku pracy w świetle pandemii koronawirusa nie robi żadnego wrażenia na mnie.

Obecnie gościu wpłaca mi regularnie kasę a ja wysyłam dowody przelewów mamie tej dziewczyny. 

No i teraz se myślę – „Na co mi to właściwie było?” Dlaczego musiałam sobie uatrakcyjnić codzienność poprzez wysyłanie kasy, oczekiwanie paczki i czekanie na zwrot? Dlaczego ślepo pozwalałam dokonywać przelewów, mimo świadomości bycia ofiarą scamu psychologicznego? Musiałam to zrobić by dać przysłowiowego prztyka w nos tym młodym, niedojrzałym Szkotom? Postraszyć ich, pomóc im coś zrozumieć? Rozruszać ich rodzinne relacje? Oddalić, przybliżyć? Nie wiem, ale dobrze się kończy, kamizelka kuloodporna ma się dobrze. 

I teraz wracamy do morza. 

Siedzę sobie na skraju klifów, na schodkach, dookoła mnie krzaki, nieliczne iglaste drzewa, w dole łagodnie opada ląd, i widać w przejrzystej wodzie konary drzew. Z boku lekkie słońce, jest ciepło, na wprost ode mnie rozległe, spokojne, bezfalowe morze/ocean? Bardzo sielski, błogi obrazek. Konary drzew nie bez powodu się pojawiły. Zwłaszcza w przejrzystej wodzie.

Po chwili inne miejsce, znowu morze, tym razem fale, duże, miejscami nienaturalnie płynące od brzegu, zderzające się z falami znad głębi morza. Znam te miejsce, bywam tu często, wiem, że słynie z rozległych płycizn, do kolan, ud. Ja i kuzynka na deskach surfingowych, pływamy na falach, lub nurkujemy, by uniknąć zderzenia z nimi. Kilka kadrów później siedzę w wodzie, na płyciźnie, patrzę na ludzi siedzących niedaleko, lub na plaży, i myślę sobie:

Czy oni wiedzą, że śnią tak jak ja?

Czy często bywają w tym miejscu?

Czy wiedzą, że godziny tutaj są milisekundami tam?

Czy mają świadomość bycia w dwóch miejscach jednocześnie? Ciałem tam a duszą tutaj? 

Może zapytać? E nie, za chwilę kończę pobyt tutaj, chcę jeszcze poleżeć w wodzie.”

I położyłam się na płyciźnie, cała zanurzona w wodzie i delektowałam się ciepłem, słońcem, byciem w moim ulubionym miejscu. Wiedziałam, że ze mną dobrze, wiedziałam, co nastąpi w kolejnych miesiącach. Czułam się szczęśliwa, roztopiona i rozpuszczona z wodą.

Pewne miejsca są takim rajem, przystanią, schronieniem, odpoczynkiem, taką maleńką oazeńką na tle niezliczonych wersji naszej duszy. To coś takiego jak sofa z kocykiem w nagrzanym domku w lesie podczas zamieci śnieżnej. 

Macie takie miejsce w swoich snach? Do których wracacie w pewnych momentach życia, by odpocząć, by ukoić duszę, naładować i przekonać się, że wszystko będzie dobrze?

Macie świadomość bycia innych ludzi? Spotykacie ludzi, którzy są świadomi i chcą Wam coś pokazać, powiedzieć? Macie świadomość, że śnicie, że lada moment opuścicie dane miejsce, akcja zniknie z kadru? Znacie „granicę”, którą możecie przeskoczyć, by już móc manipulować zdarzeniami po jej przekroczeniu?

Wiecie, że kiedy dwoje ludzi (właściwie to dusze) świadomie śni, może towarzyszyć temu uczucie konspiracji? By „tamta” strona się nie dowiedziała? Brzmi to jak podziemie senne, miejsce spotkań szpiegów międzywymiarowych.

I kolejna mydląca nam dusze iluzja.

Kiedyś pisałam notkę o pewnego rodzaju zniewoleniu duszy, które ma również odbicie w snach. Przytoczyłam tam analogię do wybudzenia umysłu podczas narkozy (notka tutaj) Ciekawe na ile jest to zniewolenie a na ile własnowolna świadomość poruszania się po własnych snach i wymiarach.

Jak daleko można się w snach „posunąć”, by nie wpaść w ułudę ezoterycznego czwartego wymiaru a trzymać się własnego Źródła? Skąd wiemy, że pewne wydarzenia są pochodzenia matriksowego (Akasza) a inne własne, ze Źródła?

Wiemy, że my sami nadajemy intencje, sami nazywamy, że coś jest dobre i coś jest złe, wiemy, że moralność jest subiektywna i względna. Dedukując to wszystko wyżej może się na siebie nakładać i nie być ani dobre, ani złe?

Po prostu być?

Jak macie?