Nie, nie chodzi o mnie teraz, ogólnie chodzi. Ja tam już swoje poprzeżywałam temu mogę się wypowiedzieć trochę. Jak to wyrywanie łez i paznokci wyglądało z punktu widzenia „kosmicznej” Anetki.

Bo Anetka miała swoje fazy i wszystko lubiła rozkminiać, każdy związek swój analizować. Jeśli nie związek to „przypadkowe” spotkanie. Bo przypadków nie ma. Bo każda romantyczna relacja ma swój sens. Bo każdy „prąd” przy dotyku ma swój sens.

 

Zaczyna się od horoskopów gazetowych, znaków zodiaku, numerologii partnerskiej na internetach. Kobietka zakochana taka niewinna, wdzięczna, słodka w swoim romantycznym zaślepieniu. A ego duchowe się jara i podsyca żarliwe płomienie dozgonnej miłości. Kiedy euforia mija odzywa się czarna strona ego – zazdrość, żal, pretensje, brak uwagi, nielimitowane potrzeby bliskości i czułości. I już zawsze będzie się odzywać, niezależnie jak bardzo uduchowiona jesteś. 

 

Ego jest częścią każdego z nas, jest częścią naszej osobowości, nie wyrzucisz go, nie wyrzekniesz się. Pół biedy kiedy chodzi o znajomych, przyjaciół, rodzinę, ale kiedy do serca dochodzi drugi człowiek – ego dźga tasakiem okrutnie. 

 

Człowiek ma to do siebie, że wiecznie czegoś chce. Chcenie jest wpisane w jego naturę, jest elementem doświadczania i rozwoju świadomości. Jedni mówią, że dusza doskonale wie czego chce, drudzy, że posiada mentalność małego dziecka i jest czystą radością, jeszcze inni, że samobiczuje się za karmy z poprzednich wcieleń.

 

Nie wiemy jak jest naprawdę z tymi duszami/świadomościami. Nie wiemy, bo „dowody” są bardzo subiektywne i nie powtórzysz, nie pokażesz ich jeszcze raz, by przekonać innych, że to Ty właśnie masz rację.

 

Ile ludzi tyle prawd. Każdy będzie się trzymał swojej, bazując na swoich doświadczeniach. Jest blisko osiem miliardów ludzi, nie można wrzucić tak po prostu do kilku worków tak skrajnych poglądów o życiu po śmierci. 

 

Tak samo relacje – bratnie dusze, bliźniacze płomienie, drżący dotyk, reakcje ciała, chemia, zauroczenie, miłość od pierwszego wejrzenia, nadawanie na podobnych falach, dostrajanie się energetyczne, posiadanie kogoś w sensie duchowym & emocjonalnym. Niektórzy nie znają i nie poznają smaku pożądania, orgazmów, ale poznają smak miłości duchowej. Niektórzy nie znają i nie poznają poczucia bezpieczeństwa ogniska domowego, ale znają smak adrenaliny i jednonocnych przygód. W każdej możliwej opcji można wyszukiwać się drugiego dna – taka karma, tak chce dusza, tak chce matrix, tak chcą wahadła, tak chce ego, tak chcą reptyle, tak chce bozia, tak chce dusza, ale nie może. Odpowiedzi nie znajdziemy. A jak ktoś twierdzi, że jego odpowiedź, jego prawda jest absolutna – możesz być bardziej niż pewna, że rzeczywistą prawdą nie jest. 

 

Sama przechodziłam różne wersje „prawdy”, i nie ma absolutnie żadnych szans, że jakąkolwiek poznam jeszcze za życia. 

 

Przechodziłam też te wersje „prawdy” w różnego rodzaju związkach. I za każdym razem szukałam odpowiedzi, dlaczego nie wyszło, dlaczego on zdradził, dlaczego ja nic nie czułam, dlaczego on wolał inną, dlaczego ja taka zazdrosna jestem, dlaczego on kręcił z kilkoma jednocześnie, dlaczego nie mogliśmy być razem. I nawet jeśli jakąś odpowiedź znalazłam, wytłumaczyłam ją sobie, czasem brzmiało to logicznie nawet, to jednak za każdym razem odzywała się we mnie zwyczajna, ziemska kobieta.

Która wypłakała ziliony nocy, wysyłała durne wiadomości, pytała głupio o inne dziewczyny, przeszukiwała ciemny internet czy on coś ma z tamtą wspólnego, chodziła po wróżkach i tarotach i pytała czemu, czemu, czemu. Która zagryzała zęby i udawała, że jest w porządku, ale jej intuicja mówiła, że nie jest. I nie było. Ale mimo to, próbowała ratować relację. Bo ponoć trzeba walczyć. Albo poddawała się. Bo ponoć trzeba odpuszczać. Pozwolić odejść.

 

Te wybory potrafią boleśnie rujnować codzienności, odwracają uwagę od prozy życia, od własnych obowiązków, studiów, pasji. Ważne rzeczy odkładasz na bok. Dochodzi stres, napięcie organizmu. By za chwilę znowu było lekko i bezpiecznie. Ta skrajna huśtawka emocji nie jest dobra dla organizmu. W takich stanach nie zwracamy totalnie uwagi na swoje ciało. Ale ono wiele wybacza. Gorzej z psychiką, która szuka to czego potrzebuje najbardziej – drugiej osoby koło siebie. Gęby do pogadania wieczorami, oddechu na karku, wspólnego śmiechu. 

 

Wszystko trzeba przejść. I burzliwy związek, i zdradę, i samotność, i kłótnie. Wszystko boli. Im więcej doświadczasz tym bardziej się uodparniasz – wyciągasz konsekwencje, uczysz się, odrabiasz błędy. Mówią, że wszystkie Twoje poprzednie związki były próbami przed tym związkiem najważniejszym, tym na całe życie. Bywa i tak. Bywa i tak, że nie spotkasz nikogo, że spotkasz kogoś takiego, albo będziesz ciągle miewał partnerki na chwilę. Mówią, że to świadomość ewoluuje, że stare dusze dogadują się tylko ze starymi, że młode rozhasane adrenalinowe duszyczki mają gdzieś obrączki. 

 

Wierzycie w coś takiego jak wiek duszy? Ten sam „świat”, który wymyślił to pojęcie wymyślił również „czas jest iluzją„. Ten sam świat wymyślił stopniowanie wibracji – im wyżej wibrujesz tym bardziej Ci świat sprzyja. Hę?

 

Nie chodzi o wysokość, ale o czystość. Chodzi o czystość intencji – zgodę Twoją z duszą, z ego. Żadnych wahań w środku, wątpliwości, rozkojarzeń z którejś ze stron. Bo nie wyjdzie. Można być głupim, ale wiedzieć czego się chce, taki głupi ma czyste intencje (wibracje) i dostaje to co chce. Można być mega starą duszą, ale strasznie sponiewieraną w środku – pseudowysokość wibracji nie ma tu już nic wspólnego z rozhisteryzowanymi intencjami. 

 

I teraz to przełóżcie na związki.

 

Dusza chce jednego, ego chce drugiego, Ty jeszcze czegoś innego. Pojawia się facet idealny pod potrzeby duszy (artysta). Ale ego marudzi (artyści nie są bogaci). Tobie coś nie pasi (bo jak mam rzucić studia dla niebogatego artysty?). No to kolejny facet. Ego się jara (prawnik z sianem), dusza olewa (bo ten nie umie tulać) a Ty? Zostawiasz go, bo on nie rozumie tego, że Twoją pasją jest dzierganie patchworkowych kocy (mało dochodowe).

 

Zauważyłam to po sobie. Każdy mój związek był pod potrzeby Maleństwa, bo starzy znajomi, bo znowu się widzimy.

 

Właśnie, „znowu się widzimy„. Nauczyłam się po pierwszych spotkaniach czekać na swoje sny. Tam mi Maleństwo „opowiadało” kto jest kim w równoległych światach, opowiadało swoje historie z różnych czasoprzestrzeni z daną osobą. Jeden z mężczyzn, z którym się spotykałam kilka lat temu, dość znany, mega przystojny, mój typ, był TAM moim ojcem. I zrozumiałam dlaczego nam nie wyszło. On mnie traktował jak młodszą siostrę, opiekuńczo, z troską. Moje ego chciało zauważenia jako kobiety, a ja sama chciałam na motory, na podróże, na ekscytacje. Za dużo sprzeczności. Inne relacje „kończyły się” najpierw w snach, później w sposób naturalny kończyły się również tutaj. Wiedziałam już zawczasu, że znowu nie wyjdzie.

 

Co z tego… 

 

Wciąż byłam kobietą. Miałam serce. I te dwa stworki, które nie potrafiły się dogadać ze sobą i ze mną. Każde z nich chciało co innego i miało inne zapotrzebowania na mężczyznę dla Anetki. Dlatego nie wychodziło. Dlatego bolało. Emocji i reakcji ciała nie przeskoczysz. Wiedza ezoteryczna/kosmiczna też nie pomoże. A nawet bardziej dowali. Było wiele, wiele nocy, kiedy ja tę wiedzę przeklinałam i wyklinałam, bo nie chciałam tyle wiedzieć. Chciałam normalnego chłopaka, normalne życie, normalne, pobożemu związki. 

 

Późno zrozumiałam, że nie jestem klasyczną Grażyną. Domowe ognisko nie jest dla mnie. 

 

Każda zmiana boli. Każde doświadczenie boli na swój sposób. Ciągle masz uczucie, że nie dasz rady, że nie zniesiesz tego, że nie podołasz, że nie wytrzymasz z tego srogiego bólu, że uschniesz z tęsknoty, że on był Ci całym światem, że nie spotkasz już takiego jak on.

 

Bo nie spotkasz. 

 

Emocje nie są wieczne, ego też kiedyś czasem odpuszcza, dusza, która podobno wszystko wie najlepiej też idzie jakoś dalej. Ty też, bo ile można stać w miejscu? Nie dać sobie szansy? Wykrzesać z siebie ciutek odwagi, otworzyć się, powiedzieć „TAK, jestem gotowy” na kolejną partnerkę, na kolejne uniesienia, na kolejny zawód, łzy i nieprzespane noce?

 

Co z tego, że matrix, że numerologia, że pamięć duszy i reinkarnacje, że tarot, że kroniki akaszy, że każde z tych co innego mówi, co innego radzi, co innego widzi. Energie są bardzo indywidualne, czas jest iluzją, wszystko się dzieje teraz – potraficie to ogarnąć?

Bo ja nie. I nie zależy mi na tym.

 

Co zrobić by tak nie bolało?

 

Nie ma czegoś takiego. Miłość każdego powali na kolana, każdego wykruszy. Nawet słówko rzucone „za dużo” w małżeństwie z długoletnim stażem będzie mocno ranić. Ego zawsze będzie aktywne, nawet jeśli jest po kątach pochowane, dusza zawsze będzie psioczyć, nikomu nie dogodzisz. Kompromisy są fajne, ale tylko wtedy, jak są zgodne z Tobą samą, nie narzucają Ci się, nie są wbrew Twojej osobistej przestrzeni.

 

Wiecie…

 

Ludzie, których spotykamy na swojej drodze mają (PONOĆ) nas uczyć, rozwijać, wspierać, są nam (PONOĆ) lustrami naszych własnych intencji/wibracji. To się akurat sprawdza.

 

Teraz, ostatnimi miesiącami, kiedy rzuciłam w kąt cały Kosmos i zaczęłam wisieć w dziwnej próżni, poczułam, że cała się w końcu ze sobą łączę. Moja Crystal (ego) dogadała się z Maleństwem i mi się to wpasowało. Samoistnie wyłuskałyśmy wszystkie zgodną listę Anetkowego typu mężczyzny.

 

Pojawił się już dużo wcześniej, ale trzeba było poczekać na swój czas. 

 

Ale jak długo zostanie – nie wiem. I nie chcę wiedzieć. Nie czuję się zakochana, ale mam potrzebę bycia z nim blisko. Nie analizuję go ezoterycznie – nic a nic. Akceptuję go w pełni, pasuje mi i tak. Szanuję jego przestrzeń i pilnuję bardzo swojej. Nie uciekam od emocji, bywam zazdrosna, Crystal wymyśla czasem głupstwa (taaaa, głaszczę po główce),

 

(a w ogóle to niby dlaczego mam z tymi stworkami walczyć? ego to część mojej osobowości, jest częścią Anetki, dusza tak samo, dlaczego niby mam je uciszać? to jest wbrew siebie samej, walka ze sobą samą, nieakceptowanie siebie! nie akceptujesz którejś części siebie to jak masz niby siebie kochać?)

 

mówię mu o swoich potrzebach, rozmawiam i słucham. Jaram się każdą chwilą z nim. Po prostu…

 

Nieważne, jak blisko jesteśmy z kimś, nieważne czy to mąż, czy przyjaciółka, czy babcia. Oni są wszyscy nam jednakowo bliscy i ich fizyczny brak odczuwamy lub odczujemy prędzej czy później. Cały czas chodzi o te słynne „bo jutra może nie być” – jutro już go nie pocałujesz, nie wtulisz się w jego ramiona, nie rzucisz w niego talerzem.

Każdy dzień jest ryzykiem, że trzeba pozwolić tym osobom odejść.

 

W każdym związku warto być jak najlepszą wersją siebie (całej swojej trójeczki), nie bać się ujawniać swojej najgorszej strony, a przede wszystkim nie bać się patrzeć na najgorszą stronę drugiego człowieka. Wciąż to człowiek.

 

Ty też jesteś człowiekiem a nie wyjątkową rasą kosmiczną. Hej, jesteś na Gai… Korzystaj z wszystkiego, co ona Ci daje. Duchowość? Owszem, baw się nią, jeśli masz taką potrzebę, chociażby dla zaspokojenia własnej ciekawości, ale nie rób z tego numeru jeden w Waszej relacji. To nie jest dojrzałość.

 

Przecież chodzi o magię, o magiczne „TERAZ”. Dlaczego nie dać się jej unieść? Dlaczego się spinać i odmawiać sobie przyjemnych chwil we dwoje, tylko dlatego, że … na przykład seks jest PONOĆ niskowibracyjny?

 

Elo…

 

adfalkiewicz stara dusza rozstania

Trójeczki w akcji aż chemia iskrzy!