Ostatnio pisałam o byciu zdrowym w dzisiejszych czasach. O wyborach, do których jesteśmy zmuszani w zakresie stylu życia oraz odżywiania się. O tym, jak nas w mediach tumanią i naciskają, że to właśnie ich produkty/style jedzenia są najlepsze, że to właśnie dani influencerzy mają rację, jeśli chodzi o Twoje ciało, umysł i duszę. 

Człowiek z tego natłoku i ogromu informacji dosłownie zewsząd jest po prostu rozkojarzony i skonfundowany.

O co tu chodzi?

 

Na 90% wielcy mówcy tego świata uczą (się) strategii programowania umysłu oraz technik motywacyjno-komunikacyjnych. Zdzierają za to niezłą kasę, tylko dlatego, żeby potem samemu zdzierać tę kasę od innych. I pławić się w luksusach, bo „się należy”.

Bo programujesz innych, uczysz ludzi jak programować innych, uczysz innych jak być bogatym, tworzysz łańcuch pozytywnego, bogatego szczęścia, bo przecież każdy zasługuje na fajny luksus, prawda?

I wmawiasz, że bogactwo i sława i uznanie to żaden grzech, żadna zazdrość, po prostu się należy i można być szczęśliwym i dobrym i w ogóle.

Tylko środek, narzędzie tego programowania się zmienia, a tym jest jakiś produkt, styl życia, filtr na instagramie, sposób odżywiania się, budowa ciała, wysokość motywacji.

Nie zapominajmy tu o ciężkiej pracy, bez tego nie będzie żadnego sukcesu. Ale sukces nie przyjdzie w strachu i stresie, sukces przyjdzie kiedy zrobisz ze swojego biznesu pasję, kiedy zaprogramujesz swój umysł na zabawę w swoim biznesie. Automatycznie zadziała prawo przyciągania.

A co ma wspólnego z tym ezoteryka? Bo karma się może wmieszać, i ego, jako ustrojski dodatek do ziemskiego wcielenia, i to też czysty marketing bywa. Jak kto ma smykałkę do biznesu to bez problemu zrobi hajs ze swoich „absolutnych prawd kosmicznych”. Nie szkodzi, że strona www wygląda nieprofesjonalnie, ważne, że jest opcja PayPal a Ty chcesz się dowiedzieć z której rasy kosmicznej pochodzi Twoja dusza. Bo gdzie indziej przeczytałaś, że gady z Księżyca są be a Arkturianie złote serca mają, i Ty zrobisz wszystko, by podnieść swoje duchowe ego i przekonać się, że faktycznie Twoja wielka intuicja i zrozumienie i medytacje nie pochodzą na pewno od Szaraków. A tymczasem Plejadianie nieźle zarabiają. I tarociści internetowi, i wahadełkowicze domowi, bo przecież to energie, a żeby energia była w ruchu i „wróciła” do Ciebie to trzeba „coś za coś”. Więc czemu nie może to być iluzja „naprawionej/ulepszonej” energii dla ego w zamian za paręset złotych?

 

I wilk syty i owca cała.

 

Mało kto zdaje sobie sprawę, że to wszystko to tylko iluzja, gra umysłu, i wszystko dzieje się na Ziemi, w naszym ograniczonym wymiarze. Powinniśmy się tego wymiaru trzymać, korzystać z niego, w pełni, bez oczekiwań, że im wyżej tym lepiej, piękniej, dobrzej. Nie przeskoczymy tego, nie z naszymi fizycznymi mózgami. Gdzie tu się spieszyć? Do rozwoju Gai? Do własnego samorozwoju? Bo ktoś uważa się za bardziej uduchowionego i ma dostęp do wszechwiedzącej Akaszy a Ty nie? 

 

 

Przytoczę fragment z jednej mojej notki, tak dla jaśniejszego obrazu. 

 

Więc dlaczego tego myślenia nie umiałam przenieść na swoje zdrowie, uczucia i wygląd?

 

Nie wiem. Ale niedawno się dowiedziałam dlaczego.

 

No w sumie, na zdrowie przeniosłam, nieświadomie. Przecież się „wyleczyłam” z zespołu nieruchomych rzęsek oraz HCV/marskości wątroby. W moim mniemaniu zawsze byłam zdrowa i jestem zdrowa. I wszystkim od lat mówiłam i pisałam i powtarzałam, że ja nie choruję, nie przeziębiam się, no bo jestem zdrowa. I tyle. Fakt oczywisty. I tak było i dalej jest. Mnie się wirusy & bakterie & inne cuda nie czepiają na tej samej zasadzie co „niebezpieczna mechanika” – nie dotyczy mnie, nie interere, mam to gdzieś. Pamiętacie wpis o puszczaniu – jak przez lato tylko poprzez zmianę myślenia z „cudzego” na „swoje” moje ciało nagle „wyzdrowiało”? I nagle zaczęłam tolerować gluten, tylko dlatego, że powiedziałam sobie: „Dobraaaaa, olać toooo!„.

 

Jem teraz cukierki eklerkowe – nagroda z pracy za pracownika miesiąca, bez wysiłku, mimo, że stłukłam piwa, mimo, że zapomniałam przyjść do pracy parę razy, mimo, że zaspałam, i co z tego? cukierki jem, bo mi się jak najbardziej należą.

 

No właśnie, bo mi się należą? Przecież cała paczka to kilogram cukru, chemii jakiejś, zęby się popsują, aktualne plomby wypadną, 20km biegania, pójdzie na boki, pójdzie w tłuszcz, trudny do spalenia… A te misięnależą to nie przypadkiem kuszenie ego do złego? Do tych boczków? Do kolejnego zapętlonego wmawiania sobie, jaka to jestem gruba i nie zejdę poniżej 70kg?

 

Tych magicznych 70kg?? No właśnie, dlaczego od zawsze ważę w granicach 70kg i nie mogę zejść do wymarzonych 60-ciu??

 

„Anetka, jesteś wysoka, masz 172cm i waga 70kg jest dla Ciebie idealna!!” – ile razy to słyszałam lub czytałam?

 

Milion razy. Te milion razy starczyło, by mi się to wryło w mózg. W ciało właściwie. Bo ciało jest odbiorcą mózgu, jest odbiorcą naszych myśli. Stojąc przed lustrem przed pierwszą chemioterapią, ważąc wówczas ok 90kg, mając mega stłuszczoną wątrobę, marskość, myślałam sobie jak to lekko będzie mieć te cudne 70kg.

Czemu nie od razu 60kg? Tylko dlatego, że tak mi wmawiano? I ja to sobie przyjęłam?

Nawet teraz, kiedy wątroba jest już nówka, zero tłuszczu u niej, fantastyczne trawienie, ponad rok na weganizmach, witarianizmach, detoksach, szejkach a ja wciąż na twardej 70tce? I nawet wtedy kiedy na siłowni „harowałam” dwa lata temu przez pół roku, codziennie po kilka godzin? I biegałam długie dystanse? Waga była niewzruszona.

 

Jak to możliwe?

 

Nie, nie byłam za krótko na tych wszystkich stylach żywieniach, nie, nie poddawałam się za szybko. Intuicyjnie wiedziałam, że coś przegapiam, że coś omijam, jakiś klucz mi umyka. Uzupełnione niedobory, lepsze trawienie, bimbanie się na dietach, które kompletnie mi nie pasowały…

 

Wiecie dlaczego mi nie pasowały?

 

Bo poddawałam się cudzym „prawdom”, cudzym sugestiom. To nie była moja „prawda”. Co innego słyszałam/czytałam a co innego mi mózg wmawiał mojemu ciału. Był straszliwy dysonans.

 

A okazało się, że dużo większą moc ma nie społeczna sugestia innych, tylko moje własne myśli…

To ICH właśnie ciało najpierwej, w pierwszej kolejności, priorytetowo, słucha.

 

Jeśli ktoś uważa, że weganizm/witarianizm jest zdrowy, leczy z wszelkich chorób – to tak będzie. Jeśli ktoś będzie szerzył, że dieta Atkinsona odchudza – tak będzie. Jeśli ktoś zadecyduje, że orzeszki ziemne i soja są prozapalne to ludzie przestaną je jeść – będą się stresować jeśli zjedzą przypadkiem jogurt sojowy lub ciasteczko z masłem orzechowym, ciało odbierze stres i „zachoruje” zapalnie. Jeśli ktoś będzie wmawiał, że dzieci indygo & kryształy istnieją – takie aury będą istnieć. Jeśli ktoś się uprze, że dotknął kosmicznej prawdy absolutnej – się znajdą tacy, którzy mu uwierzą. I założą grupy fanów na fejsie. I powstanie zbiorowa schiza, zbiorowe przekonanie, potężny wpływ społeczeństwa na jednostkę – wahadło, jakby powiedział ezoteryk. Jak ktoś powie, że mleko szkodzi i tuczy to ludzki mózg to przyjmie i będzie tuczył ciało. Jak ktoś powie, że zielone liście są wysokowibracyjne a hamburger z makdonalda niskowibracyjny – to uwierzą i będą się strachać przed tymi wibracjami (jeszcze raz przypominam – mierzalność wibracji istnieje tylko w umyśle ludzkim, Ty sam nadajesz intencje temu co jesz i jak wpłynie to na rozwój duchowy). Jak ktoś Ci wmówi, że nie osiągniesz orgazmu i że jesteś aseksualna – to Twoje psycha & ciało w to uwierzą i się zablokuje w tej sferze a Ty oficjalnie uznasz, że nie zasługujesz na dobry seks (będzie kiedyś o tym wpis). Jeśli Mama Ci wmówi, że pietruszka ma dużo witaminy C, więcej niż cytryna, to uwierzysz jej i „sprawisz”, że ciało będzie z tej pietruszki pobierało faktyczne spore ilości witaminy C. I dzięki pietruszce nie będziesz grypować przez zimne sezony. Dopóki masz cukrzycę to masz cukrzycę – cukrzycowy kołowrotek.

 

Jeśli ktoś będzie twierdził, że placebo działa – tak będzie.

 

Ludzie posuną się do wszystkiego, by poczuć smak władzy nad ludzkim umysłem, mieć więcej hajsu z takiej władzy. Zawsze będą tworzyć nowe statystyki, teorie spiskowe, systemy & matrixy, style pseudozdrowego odżywiania się, rewolucje żywieniowe, leki na raków, sposoby na podwyższenie wibracji, organiczne kosmetyki. Każdy wybiera czego chce doświadczać.

 

Ilu ludzi tyle iluzji.

I każde, ale to każde życie jest warte by je przeżyć. Nawet te nieświadome, „śpiące”.

 

A prawda, jak to zawsze, zawsze będzie przed czubkiem nosa.

 

Bo „werbalne traumy” zostają. Zwłaszcza, jeśli te traumy pochodzą od osób, których sobie bardzo cenimy, poważamy, uznajemy za autorytet. Osób, które są znanymi w social mediach, które odpowiadają za styl żywienia (jedz codziennie kapustę kiszoną, bo priobiotyk, unikaj cukru, bo ryje na mózg, jedz moją spirulinę, bo najczystsza, jeśli uważasz, że jesteś zgrabna, to jesteś! możesz mieć dużo kasy, tylko wystarczy chcieć, napisz do mnie a zaprogramuję Twoje myślenie! zakochaj się!)

 

Zakochaj się!!! W sobie, w pasji, w tym co robisz, w kimś.

 

Jak można się zakochać w cudzej sugestii?? W społecznej schizie? Jak można zakochać się w czymś, co należy do kogoś, a nie do Ciebie? Skąd wiesz, że to coś jest również Twoje? Na pewno Ci pasuje? Na pewno takim zakochaniem nie tuszujesz siebie? Nie ukrywasz podświadomie swoich wewnętrznych przekonań, które Ci wyryto przez lata? A potem się dziwisz, że ta „miłość” do idoli/autorytetów/socjalmedierów nie działa na Ciebie? Na pewno wiesz dlaczego?

 

Nie karm ich, słuchaj, próbuj, ale nie bierz w pełni do siebie. Szukaj siebie, swojej prawdy, swojego sposobu jedzenia, kochania, rozmawiania, zarabiania, spędzania wolnego czasu oraz kreowania swoich pasji. To ma być po Twojemu, w Twoim tempie.”

 

 

Zainteresowanym polecam do indywidualnej weryfikacji książkę „Odchudzanie i prawo przyciągania” Bogusławy Krause. Spokojnie przerobić ją można na swoją modłę, pod siebie, otwiera oczy, rozjaśnia. Potraktujcie to, proszę nie jako wyrocznię, ale jako jedno z wielu narzędzi, środków, kwiatków na swojej drodze, do zmiany w sobie samym.

 

anetka believe in your own magic

Uwierz w swoją własną magię a nie jakieś cudze „magie”!