Lata 2012 i 2013 obfitowały w małe przełomki. W 2014 roku byłam nareszcie sama, wolna i niezależna. Ustawiłam sobie rzeczywistość wokół mnie – miałam dach nad głową, kota, stabilną pracę, fajnych znajomych. Zapragnęłam w końcu czegoś więcej, jakiś poziom wyżej dla mojej pewności siebie, której wciąż się uczyłam po ciężkim rozwodzie.

A może by tak wyjechać gdzieś? Samej czy z kimś? I, przede wszystkim – gdzie?

Stawiałam gdzieś w Europie, blisko a jednocześnie inaczej kulturowo. Stanęło na Portugalię.

Dwa miesiące przed wylotem kupiłam u Ryśka bilet do Lizbony i zaczęłam grzebać po sieci, szukając noclegu i atrakcji.

Zdecydowałam, że lecę sama. Znajomi w pracy się ciężko dziwili – bo jak to? Bez języka? Portugalski umiesz? Nieee, ale po co? Gdzie będziesz spała? Wynajmę coś, no. A co z jedzeniem? Nie umrę, przecież są sklepy samoobsługowe. Nie będziesz się nudzić? Ja mieszkam sama i się nie nudzę.

A jak coś Ci się stanie?

Wierzę w ludzi.”

Wiedziałam, że nie będę miała zasięgu w Portkach, roaming wtedy był bardzo drogi czy coś takiego. Zapisałam sobie dużo rzeczy na kartkach w formie punktów. Po przylocie od razu jedna karteczka w ruch, na której miałam zapisane kierunki do mieszkania na Marques de Pombal. Pociąg, metro, stacja, schody w górę, wielkie rondo, znalezienie właściwej ulicy, kamienicy, wtarganie się na trzecie piętro i zapukanie do drzwi.

Otworzył wysoki brunet, z lekkim zarostem, miękki typ urody, taka owieczka. Nazywał się Ze. Ustaliliśmy typ komunikacji – czytanie z ust, buzia w buzię, sytuacje awaryjne w nocy. Poszło gładko. Pokazał mi mój pokój, otworzył balkon i … tak, to było to. Po chwili oprowadził mnie po reszcie mieszkania, jedna, współdzielona łazienka, kuchnia, wielki salon i ogród. Drugi współlokator, Mico, będzie wieczorem. Okej. Ze dał mi również całkiem dobrą mapę Lizbony i zakreślił parę punktów wartych zobaczenia.

Rozpakowałam się szybko, przebrałam się, bo było upalnie i wyszłam na miasto. Kierując się mapą kierowałam się na Alfamę a później nad ocean. Chciałam do wody.

Niestety, nie dane mi było zobaczyć tej wody tego samego dnia. Alfama wszystko mi zepsuła. Zniweczyła urok Lizbony, sprawiła, że znielubiłam te miasto na długie lata. Ale zanim dojdziemy dlaczego, pooglądajmy zdjęcia.

Był popołudniowy poniedziałek. Sjesta, mało ludzi, pozwoliłam się błądzić. Denerwowały mnie tylko schody, było ich od groma, w górę, w dół, stromo bardzo. Niezbyt fajnie po kilku dniach pracy w chłodnej Anglii i drastycznej zmianie klimatu.

Czy się bałam? Nie. Miejscami wyglądało obskurnie, ale z domów wychodzili zwykli ludzie – z zakupami, z dziećmi, z laptopami, w garsonkach.

Kolory są w HDR, rzeczywistość tylko CZASAMI bywała soczyście kolorowa jak w HDR.

Pralkę znalazłam. Portugalska Frania?

I jakimś cudem trafiłam na ścienne arcydzieła. Wtedy kompletnie nie wiedziałam, że Alfama słynie ze street artu i dalsze zdjęcia pokażą dlaczego. Ja w ogóle nie miałam o tym pojęcia… Nogi mnie same niosły, na mapę jeszcze nie patrzyłam.

Słynna Fado Vadio, Mouraria. Powtarzam – byłam zielona w tym dlatego mój zachwyt był innego rodzaju.

Oczywiście, kotusia musiałam obcykać. Służył mi on później wielokrotnie jako zdjęcie profilowe na mediach społecznościowych. No ślicznyś, co nie?

Ale już przestałam robić zdjęcia. Zgubiłam się. Wracałam w to samo miejsce chyba ze cztery razy. Mapa okazała się bezsilna wobec maleńkich uliczek Alfamy. Słońce zachodziło już i chciałam zdążyć do domu, zmęczenie dawało znać. Irytacja sięgała zenitu. Byłam zmuszona włączyć Google Maps i zabulić słone pieniądze za roaming. Znienawidziłam Lizbonę od tej chwili…

Następnego dnia, po dobrym i wczesnym śniadaniu na ogrodzie w towarzystwie Mico, kiedy to więcej milczeliśmy niż rozmawialiśmy, ruszyłam dalej. By dać drugą szansę Lizbonie.

I Bairro Alto tą szansę dobrze wykorzystało.

Dzielnica ta słynie z wieczornych imprez na ulicach. Mnie imprezy nie interesowały, mnie interesował właśnie klimat „po”. Poskładane krzesła, pozamiatane w miarę, pusto.

I faktycznie jest taka iście barwna jak na zdjęciach! To była odświeżająca przyjemność spacerować jej uliczkami wczesnym rankiem.

 

Te grafitti na ścianach nie wygląda na wandalizm w świetle tych girland, prawda? To jest Lizbona i taki „wandalizm” ma tu logiczną rację bytu.

Potem już całkiem błądziłam po mieście, spalając śniadaniową owsiankę z owocami po niezmordowanych ilościach schodów.

I naturalną koleją rzeczy, bo stromo w całej Lizbonie i musieli coś wykombinować, trafiłam na słynne tramwaje. Dosłownie – TRAFIŁAM, nie planowałam tego, nie wiedziałam gdzie idę, nie wiedziałam, że ta stacja jest taka znana i w ogóle. Widziałam na pocztówkach po sklepach, ale nie sądziłam, że dojdę aż tam.

Tramwaje nie tylko po stromiznach jeździły. Większe, dłuższe, kilkuwagonowe objeżdżały kawałek starej Lizbony.

Ale ja byłam ciekawa jak to wygląda od doopy strony i dlaczego te tramwaje jeżdżą na takich króciutkich odcinkach, w górę i w dół. Zrozumiałam dopiero jak zeszłam na dół i spojrzałam w górę, za sobą.

O kurczę, stromo…

No to sobie wjadę, bo czemu nie.

Wychyliłam się przez okno i cieszyłam się wolną jazdą w górę. Atrakcja zaptaszkowana!

Innego dnia przejechałam się też „zwykłym” tramwajem. Bo doszłam za daleko, chyba jakieś paręnaście kilometrów w jedną stronę zrobiłam i upał doskwierał. Tak, jest tak czerwono w środku.

Stara Lizbona słynie z kafelek – azulejos. Są one wszędzie. Łazienki i ganki są wszędzie. Bo te kafle z nimi się kojarzą, prawda? Nieforemne, nie pasujące do siebie kolorystycznie i stylistycznie, zniszczone, pęknięte, ale to właśnie ich urok. Nie ma reklam, nie ma renowacji, nie ma billboardów. To ręcznie malowana historia przyklejona tynkiem na ścianach domów.

Kolejnego dnia zrobiłam kilkadziesiąt kilometrów, zwiedziłam parę miejsc naraz. I robiąc zdjęcia muralom na budynkach znowu nie miałam pojęcia, że to również atrakcja Lizbony. Miałam uciechę znajdując co ciekawsze perełki.

W starej Lizbonie, w Bairro Alto lub Alfamie, gdzie wąsko, ciasno i brudno, stałym elementem dekoracji domów są … kanarki. I teraz wyobraźcie sobie, jak spacerujecie sobie taką ulicą i ze wszystkich niemal stron do Twoich uszu, normalnie jak full HD Dolby Digital, dochodzą symfonie ćwirków.

Ciągle łażąc w upale i pstrykając zdjęcia.

Czarne kogucisko z Barcelos jest symbolem Portków (tak, dopiero teraz, pisząc tę notkę sprawdzam informację, dlaczego akurat kogut tam się znalazł). Pewnego razu, w prehistorii, pieczony kogut na stole rządzącego w Balceros waszmościa uratował biednego, niewinnego pielgrzyma przed szubienicą. Rozniosło się na cały kraj, bo to cud, że pieczony kogut ożywa i ucieka ze stołu. Nawet pomnik zrobili, bo trasa na szlaku św. Jakuba, znana i ludzie muszą wiedzieć.

Kotów również nie przepuściłam, było ich mniej niż gdziekolwiek indziej, i nie wszystkie dawały się cykać a co dopiero głaskać. Tak, ja głaszczę bezpańskie i w ogóle każde koty. Są czystsze niż spocone dłonie przypadkowego turysty.

Podczas wertowania stron o portugalskich „co trzeba zobaczyć?” uwzględniłam również „co trzeba ZJEŚĆ„. Wiecie, w tamtych czasach nie było jeszcze takiego wysypu blogów podróżniczych i osobistych relacji influencerek na instagramach. Były suche fakty z Google i rzetelne opinie z TripAdvisor. Bo właśnie z TripAdvisor kierowałam się i kieruję się cały czas planując podróże.

No dobra, jedzenie. Pasteis de nata, oczywiście, pasteis de Belem, i tak dalej. Ciasteczka, które obecnie mogę kupić w każdym Lidlu czy Tesco. Postanowiłam, że pójdę do najbardziej zachwalanej piekarni w Lizbonie jak również do podrzędnej osiedlowej, „gdzie mnie oczy poniosą„.

Wiedziałam, że to ta piekarnia-kawiarnia, kolejka była dłuuuuga. Postałam, jak wszyscy. Wskazałam palcami co chcę i ile chcę, na kasie widziałam cenę. Zjadłam trzy w drodze nad bulwar. No, smak poznałam, niezłe, trzeba przyznać, miękkie w buzi, topnieją. Okej.

Innego dnia błądząc gdzieśtamgdzieśtam, zwykłymi domami i ulicami, w starej Lizbonie, nie pamiętam gdzie to było, znalazłam małą knajpkę. Była wystawiona na zewnątrz tablica z „caldo verde” i cena obok. Wiedziałam o co chodzi. Polowałam na to. Wlazłam do środka, nikogo, tylko jakiś dziadek gazetę czytał i jadł coś. Za ladą gruba, sympatyczna gosposia. Z uśmiechem pokazałam palcami, że chcę caldo verde i pasteis de nata, bo były ostatnie sztuki. Odpowiedziała mi palcami ile mam zapłacić. 

Siadłam w tej błogiej ciszy, zrobiłam zdjęcie, i tak musiałam poczekać, aż danie przestanie parować. I jak wzięłam pierwszy kęs caldo verde – omamusiuuuu…. Przepyszna… To zupa, typowo portugalska, bazuje na jarmużu, ale są też wersje z kapustą. No mówię… Lepszej nigdzie nie jadłam! I kiedyś, wiele lat później, natknęłam się przypadkowo z Mamą na przepis zupy z jarmużem, z dodatkiem tymianku, wyszła nam niesamowicie a mi się przypomniał natychmiast smak tej knajpki w starej Lizbonie.

A potem pasteis de nata, dla porównania z poprzednią sztampową kawiarnią. Odpoczęłam chwilę po zjedzeniu zupy, by nacieszyć się dłużej smakiem i pozwolić rozpłynąć się językowi. No i wiecie co – te ciasteczko smakowało o wiele lepiej!! Zapisałam sobie nazwę tej knajpki i wróciłam jeszcze raz do niej po ten sam zestaw, przed odlotem do Anglii. Nie zawiodłam się, zrobiłam sobie piękne pożegnanie godne #foodgasm.

Łażąc po okolicy parku Edwarda Siódmego natknęłam się na budkę z churrosami. O, coś nowego, nie widziałam tego jeszcze… Pokazałam palcem kucharzowi, że chcę jednego, z nutellą, a jakże! Pycha… Później churrosy już widywałam często i gęsto i czasem je kupowałam, z nutellą lub bez, liczył się smak hurtowni cukru.

Dobra, kolejny dzień to była wyprawa do nowoczesnej dzielnicy Lizbony – Parque das Nacoes i okolice. „Trochę” się nachodziłam.

Bardzo chciałam pójść tam, gdzie nigdy jeszcze nie byłam i wątpię, że wrócę w podobne miejsce kiedykolwiek. To było oceanarium, największe w Europie i, zgodnie z opiniami TripAdvisor, najlepsze na świecie (rok 2019). Multum zdjęć mam z tego, zachwyciłam się i zagubiłam się w podwodnym świecie.

Stojąc przed wielkimi, panoramicznymi oknami, przyklejając nos do szyby, czułam się, jakbym rzeczywiście nurkowała pomiędzy tymi skałami, kamieniami, rafami… Było bardzo mało ludzi, w tle grała „cisza”, szum wody. Niby było żywo w środku, ryby sobie pływały to jednak czuć było przejmującą ciszę.

To też gdzieś w środku, prowadziło do pingwinków i prawdziwego śniegu. Zdjęć nie wstawiłam, bo każdy wie jak wygląda pingwin w zoo. 

Po wyjściu oglądnęłam sobie z wierzchu fajne budynki – Vasco Da Gama. Wszystko tam znajdziesz – biura, hotele, restauracje, sklepów od groma, no wszystko. 

Ja jednak chciałam w powietrze i kupiłam sobie przejazd wagonikami nad nową Lizboną. W tle „dubajowska” wieża Vasco Da Gama.

Selfie na tle pięknego nieba musiało być. Sama „leciałam” i to jest odmienne uczucie, niż być z kimś i dzielić te doświadczenie. 

Zacny dworzec Oriente.

No i w końcu coś blisko miejsca, gdzie nocowałam – Parque Eduardo VII – miejsce narodzin churrosów. Lubiłam tę okolicę, wracałam tam często.

Inny dzień, inna atrakcja do zaptaszkowania. Jak toto się nazywało? Elevador Santa Justa – wieża św. Justyny. Z windą. W dzielnicy Baixa – z fajnym, sklepowym brukiem. 

I punkt widokowy z tej wieży – panorama całej starej Lizbony – Alfamy, Baixa i Mourarii (gdzieś tam te przesrane uliczki z street artem). W tle widać zamek – mauretański zamek św. Jerzego. Nie byłam tam, nie kusił mnie.

lizbona

A zdjęcia niżej to dzielnica Baixa. 

Praca de Comercio – brama wjazdowa z oceanu na ląd. Tędy orszaki królewskie z Hameryki wjeżdżały do miasta. I Europy generalnie.

W tle widać jakieś słupy, a właściwie tylko jeden po lewej – Google mówi mi, że to Cais das Colunas, nabrzeże kolumn. Bo przy wejściu Portki gorąco witają pasteis de nata i caldo verde strudzonych marynarzy wpływających do portu w Lizbonie. Właśnie ten łuk wyżej jest idealnie na wprost tych kolumn.

A tak wygląda powitanie – szlachetne, co nie? 

Wracając napotkałam się na tę ulicę – pełno drzew, restauracje po prawej, auta po lewej. Ale… Drzewa są magiczne – nie dość, że koiły gorące od słońca ciało i chłodno szumiały, to jeszcze „kalibrowały” dźwięki z dochodzącej knajpki – grała muzyka. I ta muzyka no cóż, musiałam usiąść na ławce niedaleko i po prostu się zapomnieć.

Jeden dzień poświęciłam na wyprawę poza Lizboną. Właściwie dwa dni. Pierwszy dzień będzie niżej na fotkach, drugiego dnia nie będzie bo telefon padł i aparatu zapomniałam i w ogóle niezbyt miło wspominam. Pojechałam wtedy do Algarve, na południe kraju, Ze poradził mi, gdzie i jak i którędy i czym. Nie zachwyciło mnie. Wyrzuciłam z pamięci. 

Wróćmy do pierwszego dnia. Niżej na zdjęciu mamy dworzec pociągów. Piętrowym jechałam – frajda !

Mapa i ludzie i kierunkowskazy zaprowadziły mnie do celu – zamek Maurów.

Ruszyłam piechotą – szlak leśny, dróżki, kamienie, to była typowa wspinaczka, bo zamek leżał sobie na szczycie.

Nie interesowały mnie kompletnie zamki Sintra i Pena. Może i są widokówkowe jakieś, ale po co miałam się pchać gdzie nie chciałam? Kolejny plus podróżowania samej.

No i wlazłam. Ogarnęło mnie przerażenie, jak ten zamek jest OGROMNY, przestrzenny i przerozległy!!

Na drugim planie Sintra.

Selfie musiało być. Portugalska flaga i coś, co mnie podkusiło by wejść na dawną siedzibę Maurów. Maurowie w ogóle za mną łażą od jakiegoś czasu (Segovia 2007, Maroko 2014). 

Potem wróciłam na dworzec i poszukałam busa do Cabo da Roca. Znałam numer przystanku i numer autobusu (przygotowałam się dobrze na karteczkach), ale i tak zapytałam się kierowcę po angielsku czy dobrze jadę. No to pojechałam – wspominam tę jazdę bardzo sympatycznie, wzdłuż wybrzeży, z widokiem na ocean.

I znalazłam się w końcu w najdalej wysuniętym na zachód punkcie Europy – Cabo da Roca.

Poprosiłam nastoletniego Azjatę o zrobienie mi zdjęcia. Pamiętam, że trochę się „łamał” z kadrami. Ja mu również jego zrobiłam – podróżował solo (#solidarność)

No i autoportret. Wiatr z oceanu był najlepszy. Znalezione przez siostrę Raybany full wypas, co nie?

Z Cabo da Roca wzięłam inny autobus – do Cascais. Przelazłam szybko po mieście, ale tak jakoś… Stamtąd tylko sklep pełen sów pamiętam. 

Pojechałam również na plaże Costa de Caparica, niedaleko Lizbony. Opaliłam się trochę, popływałam w lodowatej wodzie, nie bałam się zostawić ręcznika z moimi rzeczami, obok mnie były również jakieś samotne dziewczyny, każda sobą się zajmowała. W Caparica znalazłam bardzo dobre lody, naturalne, na portugalskim, organicznym mleku od kóz. Smakowały dziwnie i wybornie. 

Będąc w Lizbonie nie zapomniałam o słynnych tarasach – Miradouro de Graca, Santa Luzia i Santo Estevao. Robią wrażenie.

I w głąb tychże miradourów. Pusto, cicho, bezludnie. I ten skwar… !!

Tyle ze zwiedzania. Wrzuciłam jedną dziesiątą fotek, które nacyckałam. 

Teraz konkretnie.

W mieszkaniu, gdzie wynajmowałam pokój był ogromny salon, z wielkim stołem i wejściem na taras. Z tarasu kamiennymi schodami schodziło się na ogród – krzaki oplatające wysoki mur, pełno doniczek różnej wielkości z ziołami, kwiatami, metalowe krzesła i stoły, piękny ogród. W salonie wieczorami często odbywały się spotkania znajomych gospodarzy – Ze i Mico. Z Mico najłatwiej mi się rozmawiało, był otwarty i w lot rozumiał mój kulawy angielski. Dużo się dowiedziałam o jego typie pracy – był sommelierem. Na jednym wspólnym obiedzie jego dziewczyna ostenstacyjnie usiadła między nami, nie wiedzieć czemu. Ze miał apartamenty w kilku miastach w Portugalii i gotował wyśmienicie. Jego kuchnia była cała uwalona przyprawami, winami i różnymi bajerami cieszącymi oczy i podniebienie. Co najlepsze – wszystko gotował na kaflowym piecu.

W salonie stał mały telewizor – leciały mistrzostwa jakieś tam w piłce nożnej, czasem z Ze siedzieliśmy na sofie i mizernie kibicowaliśmy lub komentowaliśmy mecze. Komunikacja nam nie wychodziła mimo najszczerszych chęci. No, ale ja wpatrzona byłam przeważnie w prawy dolny róg ekranu, na każdym kanale widziałam migającego tłumacza.

Pokój miałam w sam raz. Jedna szafa, jeden stolik z krzesłem i ogromniaste drzwi. Naprzeciw łóżka był wąski balkon. Uwielbiałam poranki – ciepła i rześka bryza opatulająca moje ciało, zapach liści z drzewa, uliczny gwar z dołu (mieszkanie było na trzecim piętrze w kamienicy). Przyznam, że wolałam chować się w tym pokoju niż siedzieć w salonie z resztą i udawać, że wiem o co chodzi w rozmowach.

Potrzebowałam ciszy.

Studiowałam też mapy (Google Maps użyłam tylko w Alfamie), planowałam kolejne dni, w srajfonie numer cztery szukałam połączeń komunikacji miejskiej (poza domowym wifi nie miałam zasięgu na zewnątrz, nie wiem co ja wtedy miałam, że nie było bezpłatnego roamingu?)

Było fajnie. Wróciłam naładowana pewnością siebie, zniknęła obawa, że sobie nie poradzę, że nie warto słuchać innych, że moja głuchota w sumie nie jest aż taką wielką przeszkodą, że odpowiednie nastawienie, uśmiech, poczucie humoru i dystans do sytuacji pozwolą Ci wierzyć, że świat jest spoko.

Solo podróżowałam jeszcze raz, rok później, na Słowenię. Od tego czasu stwierdziłam, że to nie dla mnie, że wolę z kimś. Dopiero kilka lat później ustaliłam sobie typ podróży, w którym jestem najszczęśliwsza jako osoba niesłysząca. 

W Lizbonie korzystałam z Airbnb. Dla mnie to była najbezpieczniejsza opcja, dużo pewniejsza niż hotelowy booking.com – mogłam czytać opisy gospodarzy, opinie o nich, jak również samą siebie przedstawić, swoje potrzeby i wymagania. Chciałam własne jedzenie (dostęp do kuchni) i atmosferę domową. Przed wyjazdem do Portugalii pisałam z Ze czy nie widzi problemów, bym zatrzymała się u niego. Byłam jego pierwszą głuchą lokatorką i dzięki znajomości ze mną poznał podstawowy savouir vivre komunikacji osób niesłyszących.

 

Rejestrując się do Airbnb otrzymacie ileś tam hajsu na początek dla siebie 🙂