Kiedy jesteś jest długo sam, to wydaje Ci się, że jesteś samowystarczalny. Twierdzisz, że niczego Ci nie brakuje, nie potrzebujesz nikogo do uzupełnienia swojego szczęścia, że jesteś całością i drugi człowiek tej całości nie uzupełni, że mając za sobą sporo doświadczeń w nieudanych związkach wiesz doskonale co to jest miłość i jak powinna wyglądać Twoja idealna relacja.

Nie, słoneczko. Związek to nie jest bajka. To ciężka harówa nad sobą i tylko od Ciebie zależy czy zrobisz go idealnym. 

I po trzecie – będąc samemu – nie sprawdzisz organoleptycznie jaki jest Twój język miłości. Element, który jest bardzo, bardzo arcykluczowy w codziennym dogadywaniu się z partnerką i który również można wytłumaczyć „ezoterycznie”.

Jedziemy! I zacznę od siebie. Bo wiadomo, że na żywych przykładach idzie łatwiej zaczaić o co chodzi.

 

Byłam w małżeństwie w prehistorii. To długa powieść jak i dlaczego doszło do tego, że wyszłam za niego, że znalazłam się w Anglii i dlaczego się rozwiodłam. Byłam zielona, naiwna i niedoświadczona. A przede wszystkim, z byłym mężem mieliśmy zupełnie inne formy wyrażania miłości, których wtedy jeszcze kompletnie nie rozumiałam. Ja potrzebowałam dotyku, czułości, bliskości, zauważania, potrzebowałam swojej przestrzeni i wsparcia na tym tle. Ale kochałam go na tyle, by swoje potrzeby zepchnąć na dalszy plan i „jakoś to będzie„. Byłam lojalna i ta cecha trzymała nasze małżeństwo z mojej strony.

Po rozwodzie było kilkanaście różniastych, króciutkich relacji, o czym dokładniej będę pisała w swoim którymś tam ebooku. Wciąż czekałam na Tego Jedynego i wiedziałam, że każdy z tych poznanych mężczyzn zbliża mnie do mojej właściwej wersji. Bo w każdym znalazłam jakieś „ale”, które potem potwierdzało się w snach. 

I latem zeszłego roku, kiedy wylazłam z ezoteryki, kiedy rzuciłam weganizmy i witarianizmy, kiedy znalazłam swój ląd i umościłam swoje myśli w książkach, to znalazł się On.

 

Ponad rok temu, mój Tarocista powiedział, że w moim życiu jest mężczyzna, starszy, dojrzały bardzo, że go już znam, ale koło mnie, znaczy osobiście, pojawi się dopiero później. I, że będzie miał na mnie ogromny, ogromny wpływ, ale zaznaczył, że tylko i wyłącznie ode mnie będzie zależało czy będę gotowa na kolejne zmiany. 

Nie miałam pojęcia o kim on mówi. Nie wiązałam tego kompletnie z M., bo znaliśmy się już wcześniej, przez internet, ale „biznesowo” i „marketingowo”, ot zwykły facet, mieszkający niedaleko mnie, nie myślałam o jakimkolwiek związku w tamtym czasie, ledwie co wylazłam z poprzedniego, okrutnie rozczarowana. 

M. trzymał znajomość, pytał od czasu do czasu jak moje książki, których w ogóle jeszcze nie pisałam. Aż nagle, latem, nasze rozmowy zaczęły nabierać bardziej prywatnych cech, z dnia na dzień. Pewnej, gorącej, popołudniowej soboty nudziłam się i podczas naszej rozmowy zaproponowałam mu spotkanie przy „piwie” w połowie drogi. To nie była randka, wyraźnie zaznaczałam. Nie miałam pojęcia jak wygląda, jego profil na facebooku był niewyraźny. Coś mnie pchało i on to pociągnął też. 

Od spotkania, kiedy mną gruchnęło, a nawet jeszcze nie zdążyłam mu się przyjrzeć dobrze, od tego spotkania nie ma dnia, byśmy codziennie nie pisali. 

 

Nie było motylków, nie było euforii ani ekscytacji. Nasze początki były pełne moich łez, szarpań, trudnych, głębokich i ciężkich jak imadło rozmów. Jego silny racjonalizm stopniowo sprowadzał mnie, mistyczkę, do ziemskiego poziomu. Rozmawialiśmy o wszystkim i niczego nie ukrywaliśmy, a nawet jeśli, to tylko z mojej strony – ostrożność i brak zrozumienia mnie jako kobiety niesłyszącej i mocno nastawionej na duchowość. Dawaliśmy sobie wiele szans i żadnej nie zaprzepaściliśmy. Uspokajałam się warstwami przy nim, puszczałam wiele rzeczy, by już do nich nie wracać, by już mówić o nich swobodnie i bez emocji. Stawałam się sobą – spokojna, życzliwa, wyrozumiała. Było to łatwe, bo szybko odkryliśmy, że mamy ze sobą wspólne języki miłości. I dopóki dbamy o te języki dopóty będzie między nami dobrze.

 

M. dał mi tę książkę zaraz na początku, połknęłam ją jednym tchem i zrozumiałam w jednej chwili, dlaczego w poprzednich związkach mi nie wychodziło. Zaczęliśmy „pracować” nad naszą relacją od razu i z każdym kolejnym spotkaniem, później wspólnym mieszkaniem, zmieniało się nasze wzajemne spostrzeganie. Nie kłóciliśmy się i nie mamy generalnie w zwyczaju podnosić głosu, nie ma powodów. Związek ma być azylem psychiczno-emocjonalnym i my do takiego stanu go doprowadziliśmy, pracując nad sobą wzajemnie non stop. Oboje, zanim się spotkaliśmy, byliśmy całościami, ale dopiero teraz czujemy i widzimy, że razem ze sobą jesteśmy jakoś bardziej pełni.

 

Wg Gary’ego Chapmana mamy pięć języków miłości:

 

  1. kontakt fizyczny – dotyk, bycie koło siebie, przytulanie, głaskanie, trzymanie się za ręce;
  2. wyrażenia afirmatywne – komplementy, słowa pochwały, uznania, dumy, listy miłosne, karteczki zostawianie w ciągu dnia, werbalne docenianie czegokolwiek co zrobimy dla danej osoby, wyrażanie uczuć słowem odpowiednim dla danej osoby (poezja np.);
  3. wspólny czas – nieważne co robimy, ważne, że koło siebie, niekoniecznie musi być związane z językiem dotyku, wspólne pasje, wspólne rozmowy wieczorne, zainteresowanie się problemami partnera, i to wszystko rezygnując ze swoich pewnych rzeczy (nadmierna praca, grill u Janusza i Grażyny);
  4. prezenty – otrzymywanie ich, częściej u kobiet, mogą to być drogie perfumy, własnoręczne kwiatuszki z papieru, lot balonem, naleśnik w formie serca, ważne, by te prezenty były trafione w potrzeby partnera i przemyślane;
  5. akty, działania – czyli drobne naprawy w domu, dobrowolna opieka nad dzieckiem bo Ty chcesz iść paznokcie zrobić, dbanie o Twój samochód, koszenie trawnika, jeżdżenie do apteki o 2 nad ranem, kiedy pęka Ci głowa, lub po śledzie do nocnego, boś w ciąży.

 

W swojej książce Gary opisał bardzo dużo przykładów małżeństw, tych świeżych i tych z wieloletnim stażem. Zawarł też wiele porad jak uratować wyprute z miłości małżeństwo i jak sobie radzić, kiedy dwoje ludzi ma odmienne języki miłości. (książka „5 języków miłości”, Gary Chapman

 

Zawsze twierdziłam, i twierdzę, że sama miłość to za mało, żeby wytłumaczyć karygodne zachowania partnera. U nas przyszła ona wraz z ciężką pracą nad związkiem, i jest pewność, że żadne z nas nie zeskrobie niczego ciężkiego. Bo wiek, młodzi już nie jesteśmy, bo samotność, człowiek już się nażył, nadoświadczył, chce odpocząć, i wrócić do domu, w którym czuć zapach gorącej zupy i pali się światło, bo chce zwyczajnie pogadać i wyżalić się, bo chce być docenionym, czuć się potrzebnym i mieć jakiś cel w tej codzienności.

 

Więc po co się szarpać i szukać ideału, który istnieje tylko w Twojej głowie? Ideał przychodzi z czasem, i tak jak marzenia, urealnia się dopiero po ciężkiej pracy nad sobą samym.

 

A jak ezoteryka się ma do tego?

 

No właśnie. Karmę tu można wrzucić. Związki karmiczne, lekcje do odrobienia, naumiania się.

Spotykamy kogoś fajnego, podoba się, atrakcyjny jest, widzisz z nim dzieci, no ale, gościu kompletnie nie jest tulaśny, woli grzebać przy Twoim aucie niż obejmować Cię podczas romantycznej komedii. Niezrozumienie gotowe, szukasz dziury po matrixach, numerologiach i horoskopach dlaczego się nie dogadujecie fizycznie i czemu on nie jest taką bratnią duszą jak Ci się WYDAWAŁO na początku. Karma? Spotkaliście się znowu w tym wcieleniu i odrabiacie jakąś lekcję z komunikacji międzyludzkiej? Albo on jest Ci coś „winien” i przyda się dopiero za kilkanaście lat, bo jednak z sentymentu będziecie trzymać kontakt ze sobą i właśnie on okaże się idealnym dawcą szpiku dla Twojej córeczki? 

A może byłeś długo sam, może rodzice Cię porzucili w sierocińcu, nie wiesz jak to jest kochać, poznajesz miłą dziewkę, odkrywacie, że lubicie grzebać w ogródku i kochać się noc w noc, ale ona widzi Ciebie jako potencjalnego męża i dawcę jej dzieci, jak również kogoś, kto zapewni jej dostatni dom. Bo ona też po sierocińcu. Niby fajnie, ale potrzeby są odmienne i nie pasuje Ci to, nie chcesz być skarbonką na jej życie, nie jesteś złota rączka i zbyt kochasz konie, by z nich rezygnować na rzecz ogniska domowego. Nauka jaka? Rezygnacja z planów? Oduczenie się posiadania oczekiwań? Wyjście z błędnego koła egoizmu i zauważenie pasji partnera? A może odpuścić to wszystko i kontynuować „klątwę” niekochania i porzucenia? A może tę „klątwę” przerwać i mimo wszystko spróbować się dogadać i stworzyć dom, którego oboje nie mieli w poprzednich wcieleniach i w tym dzieciństwie? 

A może przetrwać środkowy etap małżeństwa, kiedy on wraca pijany do domu i pierze pasem Wasze dzieci? Czy odejść? Czy walczyć? Czy zwalić na karmę? Albo naukę, bo dusza Twoje chce podoświadczać sobie przemocy domowej? I wybrać potem co zrobić z tym „fantem” – przeczytać książkę Chapmana czy odejść? A może książkę zostawić na inne wcielenie w innych warunkach?

 

A dusza w ogóle to co ma wspólnego z językami miłości? A ona istnieje? A może to Ty wybierasz z kim chcesz być, kogo całować i komu się oddać? Ale hej, przecież masz uczucia, które warunkują Twoje zachowania w związku czy małżeństwie – jesteś lojalna to będziesz spełniała potrzeby partnera i używała JEGO języka miłości, zapominając o swoim? A może jesteś wredna i będziesz goniła ślepo po bogatych mężczyznach, by zaspokajali Twój język miłości przyjmowania drogich prezentów i zauważania wśród innych? Bo co ma tu do tego jakaś numerologia? Jakaś dusza? Bujdy na alusach.

Nie bez powodu w obecnym życiu mamy takie a nie inne potrzeby, nie bez powodu właśnie w taki a nie inny sposób potrafimy wyrażać swoją miłość innym. Uczymy się siebie, uczymy się rozumieć odmienność, uczymy się doceniać i zauważać, że miłość może być okazywana na siedem miliardów sposobów.

 

Ludzie kochają różnymi energiami, docierają się do siebie w różnym tempie, dogadują się w indywidualnym dla nich czasie. Można gdybać, można próbować, można rozumieć, analizować, ale nigdy, ale przenigdy nie można generalizować.

 

Jesteśmy lustrami dla siebie, i w drugim człowieku widzimy siebie – takim jakim chcemy być lub jakim nie chcemy być.

 

Ale poprzez wykluczanie, odchodzenie, brak motywacji pracy nad związkiem – najczęściej wybierane przez nas lustro to to

 

kim nie chcemy być, to nie jest mój sposób wyrażania miłości, to nie ja”.

 

I szukamy dalej, szukamy dalej siebie w innym człowieku.

I im głębiej zakopana, bardziej ostrożna i bardziej nieufna wobec świata jesteś – tym dłużej zajmuje dobranie się do drugiego człowieka.

Ale kiedy puścisz, kiedy przestaniesz się opierać, kiedy zobaczysz w Niej/Nim prawdziwą/ego siebie – to znak, że jesteś u siebie i nie musisz dalej szukać.

Przynajmniej na razie.

 

Tylko teraz dbaj o to lustro – chuchaj, wycieraj, myj, przeglądaj się w nim często, nie wstydź się wyciskać swoich pryszczy, śpiewać do niego, płakać w swoje odbicie, patrzeć na siebie z żalem i bezsilnością. Postaraj się otworzyć, bo tylko przy drugim człowieku będziesz w stanie zaakceptować siebie całą, ze wszystkimi swoimi dnami i lękami i strachami.

I pokochać.

 

*Gary Chapman pisze świetnie nie tylko o związkach, wydał wersję również dla singli (samotnych osób), dzieci i młodzieży. Dostępna jest również książka jak radzić sobie ze złością. Na jego stronie można pobawić się w quizy i sprawdzić siebie w różnych aspektach. Niestety, wszystko w języku angielskim.

 

 5 języków miłości i inne – wersja angielska

 

W polskim mamy tylko test jak sprawdzić swój język miłości. Miłej zabawy! 🙂 

 

Test na Twój język miłości – wersja polska