Niedawno spotkałam się z kimś fajnym. Porozmawialiśmy sobie na tematy januszów i grażyn względem naszych wygórowanych potrzeb. Czyli pasji, codzienności oraz własnej przestrzeni.

Dziś przypomnimy sobie, co Anetka naskrobała o pasji dwa lata temu i zaktualizujemy tę notkę. Bo przez ten czas zmieniło się… niewiele, jeśli chodzi o teorię, ale sporo, jeśli chodzi o osobiste doświadczenia.

 

Grudzień 2016

 

„Wiecie, jak miałam dwadzieścia parę lat to byłam kompletnie zielona, taka tabula rasa, z wielkimi pytajnikami w głowie co ja chcę w życiu robić poza studiami, wolontariatami i brylowaniem w śmietankach towarzyskich. Bo inni mają jakieś hobby, fajnie malują, grzebią przy silnikach, chodzą po górach, ślęczą nad grafikami, biegają sprinty, grają na pianinie czy ćwiczą karate.

A ja?

Nic z takich rzeczy nie miałam, nie robiłam, nie ciągnęło mnie do niczego. Absolutnie do niczego. Poza ludźmi.

No, ale relacje międzyludzkie to jedno, a robić coś dla siebie to drugie.

 

Tylko jak tu znaleźć jakąś pasję, coś, w czym będę mogła się zatracić, znaleźć natchnienie, mobilizację? Coś, co da mi satysfakcję i jako tako spełnienie?

 

Będąc nastolatką coś tam malowałam, rysowałam, miałam jakieś predyspozycje manualne do rzeźbienia wyrafinowanej biżuterii, pogrywałam na instrumentach muzycznych, coś tam cykałam na aparatach fotograficznych, czytałam sporo, jeździłam na rowerze na długich trasach, na rolkach świrowałam, prowadziłam bloga o mentalności nastolatki. Ale to wszystko było takie płytkie, powierzchowne, jeszcze nie moje tak w pełni. Nie umiałam znaleźć cierpliwości do niczego, by się czymś zająć na dłużej. Wszystko to kusiło a zarazem odpychało – winne było ego plus wychowanie.

 

Masakrycznie leniwy słomiany ogień ze mnie był.

 

Studia? Heh? Stawiałam na fotografię w łódzkiej szkole filmowej, informatyka i farmacja też chodziły po głowie czy surdopedagogika na wschodzie Polski. Ze względów zdrowotnych wszystko odpadło i finalnie zostałam terapeutą vel pedagogiem specjalnym. Miałam swój cel i ukierunkowane dążenia, nieco kontrowersyjne jak na tamte czasy (no, psychoseksuologia niesłyszących skarbeńków, teraz się przyznaję). Odnajdowywałam się w pracy z trudnymi dziećmi z wadą słuchu. Ale mimo wszystko to był zawód, z sercem i powołaniem, ale wciąż zawód. To nie była pasja, w której mogłabym uciec od pracy, w której mogłabym odpocząć, odmóżdżyć się.

 

Ale… jakby tu to wszystko ładnie rozkminić:

 

  • kiedy siadłam pierwszy raz na motor i poczułam seksowny pomruk silnika – wiedziałam, że to jest TO(tak, i dalej tylko liżę te motory, nie mam gdzie trzymać po pierwsze, po drugie za dużo zmian i hajs leci gdzie indziej, po trzecie ja na totalny bakier z mechaniką i logiką a „opiekunów”do kochanka w pobliżu brak. Widzę to po swojej Karolce (auto), wiele mi wybacza, ale jak coś się podejrzanego dzieje, stawiam na nogi wszystkich kumpli i „Weź, przejedź się ze mną, odsłuchaj, uratuj ją, zrób coś, boli ją coś, ja się nie znam”, a co dopiero motor… Nie, jak tylko motor to ja tylko jeździć a nie grzebać, szybkość, wiatr na kasku, wolność, reszta mnie nie tyka, nie ogarnę, to męskie sprawy. Ale przyrzekłam sobie, częściowy hajs za książki pójdzie na kurs obsługi kochanka. W swoim czasie siądę i będę czuć. Cierpliwości Anetka.)

 

  • Kiedy zaczęłam stukać palcami na klawiaturze na swojej pierwszej notce na blogu w 2003 roku – wiedziałam, że to jest MOJE(to akurat ma się w najlepsze i jest soczyście kontynuowane)

 

  • Kiedy zrobiłam pierwszy portret w czarno-białej wersji komuś tam, poczułam znowu to uczucie – to jest TO i to jest MOJE. (tak… aparaty są, uniwersalne, ponadczasowe, Zenit 12xp, Canon 550d z ruskimi obiektywami i selfiówka Olympus Tough na ekstremalne warunki, wystarczy mi to do szczęścia i to na długie lata.)

 

Tylko uczucia te były wówczas ledwie wątłymi odczuciami, iskiereńkami, pączusiami nieznanych kwiatów, takimi lichymi nadziejami. Zawierały w sobie ogromną dozę niepewności oraz strachu. Nie, to jeszcze nie ten czas był. To się dopiero zaczynało.

 

Sprawiłam sobie sprzęt fotograficzny. Szybko przekonałam się, że faktycznie jestem dobra w czarno-białych ludziach, portretach, ich emocjach wychwyconych w kadrze. Patrząc na całokształt człowieka zza obiektywu wyczuwałam niesamowitą energię, taką niewidzialną, nieuchwytną nić. Kiedy ludzie patrzyli na moje zdjęcia nieraz widziałam zaskoczenie na ich twarzach. Nie, nie, że genialnie robię, tylko zostało uchwycone coś, z czego oni nie zdawali sobie wcześniej sprawy jak wyglądają w oczach innych. Zostało mi to do dziś. Aktualnie używam Zenita a zdjęcia ludzi robię coraz rzadziej i to też nie każdemu. Nie, że nie chce mi się. Po prostu… Ludzie się boją spojrzeć na siebie. A ja ten strach wyczuwam. (o tym pisałam TUTAJ)

Niemniej – jeszcze wrócę do portretów, zwłaszcza w podróżach. (może, ale nie sądzę)

 

Wróciłam też do bloga, którego traktowałam jako pamiętnik, swoistą terapię na ówczesne doświadczenia. Z biegiem lat mój warsztat pisarski nabierał kształtu oraz rzeźby konkretnych zdań i tematów. Po 15 latach prowadzenia bloga chyba wreszcie się wyklarowałam w swoich celach.

Na tyle, by móc już pisać książki na boku. (I piszę dwie, ukażą się w ciągu najbliższego roku).

(…)

Miałam mnóstwo marzeń, które siedziały głęboko schowane w sercu, a które nie miały jeszcze prawa wyjść na światło dzienne. Wiecie, zdrowie, nakazy, zakazy i wychowanie. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek je zrealizuję, patrzyłam realistycznie, oceniałam obiektywnie. Wmawiano, mi, że nie dam rady, nie podołam, że zdrowie ten tego tamtego. Wierzyłam w to, jak każde dziecko, nastolatka i młoda kobieta.

Ale Życie już nie pozwoliło, bym dalej wierzyła w te bzdury. Tak ładnie pokierowało moimi sytuacjami i zdarzeniami, że ja, podświadomie idąc za jego kuszącymi szeptami, brałam to co jest MOJE.

Kwestia czasu jak wydam swoje książki. Kwestia czasu jak sprawię sobie mechanicznego kochanka i ruszę z nim przed siebie. Ale wiem, że wszystko się jeszcze może zmienić.

Niektórzy od urodzenia wiedzą, co chcą robić w swoim życiu. Mają ku temu predyspozycje, talenty, warunki. I robią to. Spełniają się. Kochają to.

Niektórzy, podobnie jak ja swego czasu, błądzą i zarazem czekają na swój czas, na dogodne sytuacje. Czekają na zmiany, w wyniku których zweryfikują swoje poglądy na życie i poświęcą się temu, co kochają najbardziej.

 

Tak naprawdę to nie my wybieramy nasze marzenia i pasje. To one nas wybierają.

 

Mając konkretne cele uczymy się mobilizacji, konsekwencji, hartu, rośnie w nas siła ducha i pewność, że to, co robimy w jakimś stopniu służy i nam i innym. A to daje niezłego kopa, prawda?

 

Nie musimy zarabiać hajsu na tym. Nie dostajesz wynagrodzenia za wychowanie swojej piątki pociech. Nie dostajesz wynagrodzenia za bycie lekarzem na misji w Somalii. Nie dostajesz wynagrodzenia za posprzątanie schroniska dla dzikich zwierząt.

 

Pasja to coś, co robimy z miłością. Cokolwiek to może być. I tę formę miłości obdarowujemy światu. Dzielimy się nią, motywujemy, zachęcamy. Nigdy nie wiemy kogo zainspirujemy, czyje życie zmienimy. Nigdy nie wiemy co jeszcze w nas samych zostało do odkrycia i poznania. Nie wiemy czego się jeszcze sami nauczymy.

 

Nasze marzenia, pasje i cele są swoistą drogą życiową, są naszymi wyznacznikami, którymi winniśmy podążać. Idąc tą drogą – rozwijamy siebie, uczymy się pokory, uczymy się być szczęśliwym, oddychać pełną piersią, nabywamy doświadczenia, próbujemy, upadamy dwanaście razy i podnosimy się trzynasty raz.

 

Marzenia uczą nas przede wszystkim NIE PODDAWAĆ SIĘ, walczyć do końca. 

 

One mogą zmieniać się z upływem czasu, tak samo, jak my sami i nasze potrzeby się zmieniają, jak również okoliczności wokół nas.

 

I proszę Was, błagam Was – NIGDY, ale to przenigdy NIE KOPIUJCIE cudzych celów i marzeń, jeśli nie macie ku temu totalnie żadnych predyspozycji ani warunków. Istnieje cieniusieńka granica pomiędzy inspiracją a kopią. Oraz chorobliwą ambicją przemieszaną z zazdrością. Czyjaś droga życiowa nie jest Waszą drogą, pamiętajcie o tym.

 

Nie przejmujcie się, jeśli coś nie przychodzi łatwo w danej chwili. Nauczcie się wyczuwać pewne momenty, kiedy trzeba dalej walczyć a kiedy zwyczajnie odpuścić. Przystańcie na chwilę, obejrzyjcie się za siebie, rozglądnijcie się wokół siebie i pomyślcie – “I co dalej?”

 

Wierzcie mi, jeszcze wrócicie do tego co wcześniej zostawiliście. Po prostu nie ten czas, nie te miejsce, albo Wy sami jeszcze nie jesteście gotowi.

 

Bo do marzeń i pasji też trzeba dojrzeć.

 

To, co dajemy i pokazujemy światu to olbrzymia cząstka nas samych.

 

PASJA to nasza pozytywna energia, nasza ciężka praca, nasze serce, nasza radość, NASZA WOLNOŚĆ,

nasz kawałek życia, którego NIKT nam nie zwróci.

 

Zatem posłuchajcie swojego serca i stańcie się pasjonatami z krwi i z kości w swoim życiu. W końcu macie je tylko jedno.

 

* Notka zadedykowana K. Samborskiemu z ADVFactory oraz chłopakom z PasjonaciClothing. Dziękuję za bycie we właściwym czasie!”

 

______________

I wracamy do sierpnia A.D. 2018.

 

Do rozmowy z fajnym gościem. Dlaczego na emigracji tak trudno znaleźć ludzi z pasją i tak łatwo być aspołecznym. 

 

Człowiek, który sam nie ma pasji, nie zrozumie drugiego człowieka z pasją.

 

Tu już nie chodzi o to, by mieć podobne zainteresowania, podobne schizy, chociaż fajne to jest nawet. Tu chodzi o zrozumienie.

 

Bo patrz.

 

Pasja wymaga własnej przestrzeni osobistej, prawda? Poświęcasz się jej bez reszty, pochłania Cię, sprawia, że czas leci nieliniowo tak, relaksujesz się, odmóżdżasz, spełniasz się, zaspokajasz się, dajesz ujście, upust, w pełni ujawniasz swoją naturę, swobodne bycie sobą, w tym „drugie oblicze”. 

 

I tego samego oczekujesz od drugiej osoby – zrozumienia. Bo drugi człowiek z pasją będzie miał również własną przestrzeń do swojego spełniania się. I poprzez własne odczucia, doświadczenia, będzie rozumiał drugą osobę, nie obrazi się, nie strzeli focha, nie będzie zazdrosny. 

 

I co najważniejsze – będzie umiał taką osobę wspierać. I wcale się nie musi znać na tej pasji. Schemat i plan działania jest ten sam – motywacja, upór, konsekwencja, wytrwałość, praktyka. Niezależnie, czym druga osoba się zajmuje. Bo mając swoje zainteresowania, nabywasz szacunku do siebie, zdrowego egoizmu, poczucia własnej wartości i automatycznie to samo potrafisz dostrzec w drugiej osobie – kiedy coś się będzie kickać, będziesz wiedział jak pomóc.

 

Mam wielu znajomych z różnych kręgów artystycznych, hobbystycznych, wielu z nich są „mieszańcami” – bloger z fotografem, malarka ze gitarzystą rockowym, architekt z górołazem. Niestety, nie znam trwałych relacji i znajomości, w których tylko jedna osoba jest pasjonatem czegoś a druga taką zwykłą grażynojanuszem. Nie da się tak. Grażynojanusze są absorbujący, do niańczenia, błąkają się, osaczają. A taki pasjonat traci tylko czas powtarzając im „Weź, zajmij się czymś, rób coś swojego, miej swoją przestrzeń, bo ja chcę mieć czas dla siebie, idź rób cośkolwiek, nie, nie zdradzam Cię, kocham Cię dalej, nie, Ewa nie ma na mnie złego wpływu, to przecież sklejanie modeli samolotów, co w tym złego??”

 

Musi być pasja, bo tylko ona potrafi uwalniać dzikie „tu i teraz” w każdej, codziennej chwili. I zrobić z dwojga ludzi śmiejących się z byle drobiazgu, byle głupstwa – prawdziwą celebrację i szacunek do życia.

 

Dlatego tacy ludzie z wielką łatwością dogadują się ze sobą, niezależnie od rodzaju swojej pasji, wzajemnie się inspirują, nakręcają, motywują, wspierają, podpowiadają. To zupełnie inna liga i typ osobowości, to są tacy hoho! ludzie. A kiedy siedzisz na emigracji, na zadupnej wiosce ilu pasjonatów znajdziesz? Bez obrazy, ale grażynojanusze to zdecydowanie za mało, nie wystarczają. Wystarcza całkiem własne towarzystwo i taki człowiek najlepiej się czuje sam ze sobą, we własnej przestrzeni. Bo taka osoba ma oprócz swojej pasji jeszcze wiele innych, pobocznych zainteresowań – u mnie na przykład są to góry, przestrzenie, morza, bycie w trasie, jazda autem po nieznanych sceneriach, słuchanie muzyki w aucie, śpiewanie też, squash, netflix, gotowanie dobrego jedzenia, deska zimą, odkrywanie nowych miejsc, pisanie w kawiarenkach, no wiele… Ale i też nudzenie się.

 

To wieczne chcenie czegoś więcej od życia, od siebie i od innych. By zwyczajnie nie marnować czasu.

 

Pasja to też odpowiedzialność za własne życie, wzięcie na klatę wszelkiego rodzaju porażek, błędów, konsekwencji i sukcesów, to pewna forma wolności, adrenalina, bez strachu, dlatego nie każdego na to stać. 

 

anetka pasja marzenia

A Sambor z Górskim wciąż motywują 🙂 kiedyś przestanę lizać tę okładkę – wrócę w Azję, wrócę. Bo książki będą.