Bycie osobą niesłyszącą w rodzinie jest, co tu ukrywać, ciężkie. Brak wspólnego języka, strach członków rodziny, dziwnie pokręcone wzajemne relacje, brak poczucia bezpieczeństwa. To wszytko nakłada się na jedną wspólną nazwę – rodzinny pies.

Nazwa ta wzięła się od angielskiego „Family Dog”, z obrazu Susan Dupor.

 

familydog

 

Co to znaczy?

Pies to metafora i na tym obrazie przedstawia dziecko niesłyszące, które pałęta się niechciane i żebrze o każdy skrawek wiadomości z rodzinnych rozmów. Takie biedne, głuche piąte koło u wozu. Zamazane postaci są symbolem niezrozumiałych słów, jeden, niebieski kolor na ich twarzach znaczy wspólny dla nich język.

 

Jest to wciąż bardzo powszechne zjawisko. I wiąże się z tzw. audyzmem – czyli słyszący wie lepiej co jest najlepsze dla głuchego. Rozsiewając przy okazji nieskończone stereotypy na temat samych osób niesłyszących jak i ich języka oraz kultury.

 

  • Nie, Polski Język Migowy nie jest językiem polskim, to dwa różne języki, z inną gramatyką i składnią fleksyjną. W skład gramatyki wchodzi też ekspresja ciała. I nie, nie jest to aktorzenie.

 

  • Nie, język migowy nie jest ograniczonym językiem. Nie ma czegoś takiego, że brakuje znaków. One po prostu jeszcze nie zostały zunifikowane. Obecnie na Uniwersytecie Warszawskim, przy Pracowni Języka Migowego tworzy się tzw. korpus PJM. I ze względu na ilość znaków i ich pochodnych jest bardzo wątpliwe, że słownik PJM zostanie skończony jeszcze za Twojego życia.

 

 

  • Tak, głusi “słyszą” muzykę, mają wyczucie rytmu, tańczą rapy, balety. Chociażby znana ostatnio Iwona Cichosz, finalistka polskiej edycji Tańca z Gwiazdami czy Nyle DiMarco w edycji amerykańskiej. Był też swego czasu Damian “Piachu” Piasek, który wystąpił w “You can dance”. Jest jeszcze Sean Forbes, znany raper. Przykładów jest wiele.

 

  • Tak, istnieje coś takiego jak poezja w PJM. I niesłyszący bardzo taką poezję lubią.

 

  • Tak, głusi mają swoją kulturę – specyficzną dla danego kraju, ale i też wspólną dla nich wszystkich na całym świecie. Osoby aktywnie uczestniczące w życiu osób niesłyszących deklarują się jako osoby Głuche, przez wielkie “G”. Są silnie tożsame z tym środowiskiem. I mogą to być nawet osoby słyszące – CODA, tłumacze, itd. Co wcale nie znaczy, że reszta głuchych przez małe “g” nie chce mieć z tą kulturą nic wspólnego.

 

  • I do takich osób należą niesłyszący – mówiący. Tacy żyją w dwóch światach – ludzi głuchych i ludzi słyszących (jak ja). Naprzemiennie i mówią i migają. Nie przynależą do żadnego z tych środowisk, co dodatkowo potęguje uczucie izolacji.

 

Bo skoro mówisz, to znaczy, że słyszysz?

 

Nie, czytam biegle z ust. Czytam biegle z ciała, sytuacji, okoliczności. Nie ogarniam tylko i wyłącznie Twoich słów, ogarniam jednocześnie całość sytuacji.

Chociaż… czytanie z ust męczy na dłuższą metę i to okrutnie!

 

Nie rozmawiam przez telefon. Owszem, słyszę dźwięki, głosy, muzykę, ale nie odróżnię pojedynczych dźwięków. Muszę te dźwięki “zobaczyć”, by je umieć nazwać, sklasyfikować, zapamiętać. Bo z pamięcią słuchową u takich osób bardzo, bardzo kiepsko.

„Aaa, to jest szczekanie psa. Aaa… to są skrzypce… „

Często zdarza mi się mylić gotującą się wodę w garczku z hałasem na ulicy. I woda zdąży wyparować. I garczek spalić.

No, analogicznie mogę to ująć tak. Znajdujecie się w gronie Chińczyków. Mówiących po mandaryńsku z dalekiego narzecza. Słyszycie ich głosy, rozmowy, akcenty nawet wyróżniacie, barwy i tony głosu, melodie, ale kompletnie nie rozumiecie co mówią.

I tak samo ja się czuję wśród Was, słyszących. Niezależnie czy paplacie w angielskim, polskim, czy koreańskim. Jeden chrabąszcz.

Ale po tym wszystkim, po całym dniu intensywnego słuchania, dostosowywania się do środowiska słyszących, bo przecież z nim mam na codzień do czynienia, z wielką przyjemnością zdejmuję aparat słuchowy i tonę w swojej głębokiej, uspokajającej ciszy. W tej ciszy też piszę notatki na bloga, do książki.

 

Nawet w głośnej, zatłoczonej kawiarni.

I w takich miejscach najlepiej mi się pisze. Bo jestem otoczona energiami, moja Dusza robi swoje, ma używanie, i sama rozprzestrzenia się swoją energią, dzieli się nią z innymi. A jak ona wzrasta i hasa, moja energia do pisania również rośnie. I to jeszcze przy mojej kompletnej ciszy! Istne zatracenie się, zarąbiste trwanie w “tu i teraz”.

 

 

Wróćmy.

 

Czemu nie ma jednego języka migowego, wspólnego dla niesłyszących na całym świecie? A czemu esperanto nie jest używany wśród słyszących? Każdy język ma swoją historię, język migowy również. Każdemu językowi należy się szacunek. A tak na marginesie – w Europie stosowany jest międzynarodowy język migowy ISL (International Sign Language), w Amerykach – ASL (American Sign Language). Oba mogą być znamiennie używane z niezłym powodzeniem.

Wada słuchu może mieć różne podłoże – można urodzić się głuchym genetycznie, można stracić słuch w wyniku antybiotyków, szczepionek, a w konsekwencji chorób typu zaawansowane grzybice, zatrucia metalami ciężkimi czy inne takie „wypadki”.

Dlatego osoba z wadą słuchu ma swoją klasyfikację – słabosłyszący (niedosłyszący), niesłyszący (głuchy) lub późnoogłuchły.

 

  • Słabosłyszący może mówić, ale nie musi, a jeśli mówi, to na bank niewyraźnie, bezakcentowo często. Może rozmawiać przez telefon, ale nie musi, i też zależy z kim. Może czytać z ust, ale niekoniecznie, bo też wspiera się resztkami słuchu i zwyczajnie słyszy. Przy pomocy aparatu słuchowego lub implantu ślimakowego lub bez nich. Może być użytkownikiem języka migowego i deklarować się jako osoba Głucha.

 

  • Niesłyszący może mówić, zależy kiedy zaczął tracić słuch i czy zdążył nabyć zdolności mowy. Często jest tak, że w ogóle nie mówi, ale porusza ustami, lub w ogóle nie porusza. Komunikuje się przez język migowy. Ze względu na małą świadomość w rodzinie “co i jak się i z czym takie dziecko głuche je” bardzo często taka osoba ucieka w swój świat i odnajduje tam swoją tożsamość, poczucie akceptacji i przynależności. W środowisku słyszących, no cóż, musi sobie radzić, przy dobrej woli innych. Lub przy pomocy tłumacza u doktora, w banku czy w rozmowie z ciocią.

 

  • I tu dochodzi CODA – słyszące dziecko głuchych rodziców, które nieświadomie robić może za tłumacza własnych rodziców. Ale obecnie ten trend się zmienia i taki CODA ma szansę na normalne, nietraumatyczne, dzieciństwo i dalszy rozwój. Tudzież ciepłe relacje z rodzicami.

 

  • Późnoogłuchli – najczęściej pozostają w swoim środowisku słyszących, zakładają implanty ślimakowe, aparaty słuchowe i inne cudeńka. Ale mimowolnie, przy zgromadzeniach familijnych stają się “rodzinnymi psami”. I nagle potrzebują napisów do wszystkiego co widzą.

 

Jako dziecko, dorastałam w czasach, kiedy do domów wchodziły telewizory. Obrazki to jeszcze były zrozumiałe, bajki w tamtych czasach były przewspaniałe, często pozbawione rozmów. Jako nastolatka już pytałam się rodziców o co chodzi w danym filmie, w wiadomościach. Kilka słów wystarczyło, bym domyśliła się reszty. Zawsze oglądałam wszyściutko, co było z napisami. Mam wrażenie, że napisy z telegazety w tamtych czasach były bardziej rozpowszechnione niż te obecne. O, kanał Polonia miewała często i gęsto napisy po angielsku do polskich filmów. Się oglądało i uczyło angielskiego przy okazji.

Chodziłam na seanse filmowe do kina, jasne, jak każdy. Prawie każdy. Bo filmów polskich z napisami nie było. I do tej pory nie ma. Trza poczekać na wersję DVD. Z angielskimi napisami. Słyszał to kto?… Myślicie, że wszyscy niesłyszący znają język angielski, lub niemiecki? Mało tego, że już sam język polski jest dla nich językiem obcym? Po co im jeszcze trzeci?

Tak z innej beczki, wielu głuchych na świecie jest niezłymi a’la poliglotami – operują nawet kilkunastoma/kilkudziesięcioma językami migowymi z całego świata! Już o wizualnych językach fonicznych nie wspomnę (no, bo ich pamięć wzrokowa sięga kosmosów). A słyszącym nie chce się uczyć języka kraju, do którego wyemigrowali…

Od jedenastu lat mieszkam w Anglii. Telewizora aktualnie nie posiadam, nie mam czasu. Ale na siłowni są takowe, i każdy taki tiwizor leci z włączonymi napisami. W banku, w salonach samochodowych, w urzędach, no wszędzie są włączone napisy. A kiedy nie ma napisów, to w kąciku siedzi tłumacz i macha rękami. Nawet w wiadomościach na żywo. Abonament za telewizję się płaci normalnie, bez żadnej ulgi. Częściową ulgę mają niewidomi i osoby po 75r.ż. Z tłumacza BSL korzystam sporadycznie. Czytam z ust, a jeśli jakiegoś słowa nie rozpoznaję, proszę o pisanie na kartce. Zresztą – telepatia u mnie rewelacyjna.

Regularnie latam do Polski, do rodziny. I rodzina ogląda telewizory, a córunia z emigracji się nudzi. Nie, że nie mamy o czym rozmawiać, bo to inna sprawa, ale telewizję no nawet ja chcę pooglądać. Popłakać z Mammi przy wieczornym filmie, pokomentować wiadomości z Tatkiem, pośmiać się z polskich seriali z nimi wszystkimi. Nie da się. Nie ma napisów. Córunia siedzi i udaje, że wie o co chodzi. Albo siedzi obok z książką/telefonem, tylko po to, by być razem koło siebie.

 

A niech się śmieją…

 

Błogosławię ludzi, którzy utworzyli stronę Adapter. Dzięki nim oglądnęłam kultowe, polskie filmy „Miś”, „Kiler”, „Człowiek z Marmuru”, itd. I w końcu zrozumiałam o co w nich chodzi! Jeden minus, że filmy tamże są z audiodeskrypcją, a ja, posługując się dźwiękiem też, najchętniej oryginalny dźwięk po prostu wyłączam, pozbawiając się tym samym całej gamy barwy akcentów i stylów mowy aktorów.

No, ale ja wychowałam się w szkołach masowych. Niesłyszący edukację przeważnie nabywają w specjalnych ośrodkach. W których nauczanie dwujęzyczne wciąż nie jest jeszcze rozpowszechnione. W efekcie głusi nie rozumieją po prostu polskiego języka pisanego. A co dopiero polskich, starych filmów, ze specyficznymi dialektami. Tłumacz PjM rozwiązałby sprawę.

 

Kwestią dostępności napisów i audiodeskrypcji zajmuje się kampania Napisy Plus.

 

Ostatnimi tygodniami po internetach krąży głośna akcja –

 

100% dostępnej telewizji dla niesłyszących i niewidomych

 

Jako, że sama jestem niesłysząca, petycję podpisałam, wiadomo. I bardzo, bardzo proszę również o to i moich czytelników.

 

Czas mamy do 5 marca.

 

Tutaj kumpel Krzysiek bardzo fajnie wyjaśnia swoistą dyskryminację “polskich” niesłyszących w dostępie do rodzimej kultury:

 

 

Całość akcji można śledzić na fejsie:

 

Akcja na fejsie

 

A podpisujemy tutaj:

PETYCJA

 

 

Tu już nie chodzi o sam fakt dostępności, ale też o poprawienie relacji we własnej rodzinie. Bo czy nie fajnie jest siąść razem pod kocykiem na sofie i pośmiać się przy kultowym “Sami swoi”?* Lub „Rodzinie zastępczej„?

 

 

*co z tego, że już zylionasty raz to się ogląda. Śmieszy tak samo jak za pierwszym razem!