Zadziwiające, jak życie może się zmieniać dosłownie z dnia na dzień. Zadziwiające, jak coś, co robiłeś „bez sensu” przez długie lata, ze złudnymi oczekiwaniami, nagle okazuje się w sam raz i w jednej chwili przestajesz żałować przeszłości. Zadziwiające, jak człowiek sam jest w stanie się zmieniać – jak z osoby pełnej nieuświadomionej złości, błąkającej się pomiędzy różnymi rodzajami duchowości i żywienia, staje się uśmiechającą się oazą spokoju. 

Zadziwiające, jak życie potrafi wywrócić wszystkie Twoje plany na kolejny rok w ciągu kilku dni i udowodnić, że właśnie Ono a nie Ty miało rację. 

I Ty za żadne Czajny Ludowe nie możesz z tym walczyć. Bo kochasz to, bo to jest to, bo właśnie to chciałeś w życiu robić. 

Bo to właśnie Twoje przeznaczenie.

 

Przy okazji – obalę mity o Kulturze Głuchych.

 

Od kilku miesięcy mieszkam w innym mieście, z moim M. Pracę zachowałam tą samą i miałam mnóstwo czasu na swoje odkładane projekty w social mediach – Deaf Woman Cooks oraz Deaf Motorbike. Planowałam też skończyć ebooki. Zaczynałam się wkręcać, miałam w tym doświadczenie zresztą. Ale w głębi duszy przestało mnie to już jarać – więcej czasu spędzałam przy telefonie i laptopie niż w codziennym życiu. Tęskniłam za realnymi kontaktami z ludźmi, za wyrażaniem siebie w ruchu. Odpowiedź przyszła szybko:

 

Wyjdź do ludzi, na początku nie będzie tego widać ani czuć, ale pociągniesz łańcuch i to wystarczy.

 

Znalazłam lokalny Deaf Centre. Chciałam wrócić do BSL (Brytyjski Język Migowy). Zapisałam się na wolontariat, ale nie miałam długo odpowiedzi od koordynatora z Cambridgeshire Deaf Association (CDA). W międzyczasie chodziłam na spotkania kursantów, którzy uczą się BSL na kursach (ponad 70-letnie staruszki, ogłuchłe z powodu starszego wieku). Zaprzyjaźniłam się z nimi. Szukałam też pomocy przy fundowaniu wyższych leveli BSL (NVQ – zawodowe, kosztują ponad 800 funtów i więcej). 

Nie wiem czemu, ale zaczęłam też robić kurs „Special Education Needs Diploma„, który znienacka pojawił mi się jako reklama na Facebooku. Odświeżyłam wiadomości ze studiów, przełożyłam terminologię edukacyjną z polskiego na angielski. Egzamin zdałam. 

 

Następnego dnia dostaję wiadomość na WhatsAppie czy byłabym zainteresowana pracą w CDA. Bo przeczytali zgłoszenie na wolontariat (w tym zgłoszeniu prosili o CV, doświadczenie oraz stopień znajomości BSL). Kolejna rozmowa to już wideokonferencja z menedżerami. Ja pod kocykiem ugrzebana, bez makijażu (jakby to było ważne), jąkam się w kulawym BSL, jasne, wiem, że trzeba będzie dużo jeździć, ale moje auto ma limit mil, można zmienić oczywiście, taak? nie wiedziałam, to zmienię! jasne, że mam pozytywne usposobienie, tak, mam zawodowe doświadczenie z niepełnosprawnymi osobami, pewnie, przyjadę na rozmowę za dwa dni, nie ma problemu!

 

Mój M. potem lekko się dziwił, że w takich warunkach – to nie korporacja prawnicza, żeby ubierać garsonki, to kompletnie inne środowisko, na luzie, jak rodzina. 

 

Rzuciłam wszystkie moje projekty, odłożyłam bloga i ebooki na bok. Wyłączyłam instagram. Napisałam wypowiedzenie do aktualnej pracy i poprosiłam o zaległy urlop na już. Wiedziałam już, że mam tę pracę, mimo, że jeszcze nie wiedziałam co to jest ani z czym to się je.

 

Rozmowę kwalifikacyjną miałam z moją teamleaderką (bezpośredni kierownik). Niesłysząca, sympatyczna, młoda kobieta. Pytania takie, że nie wiedziałam czasem co odpowiedzieć, uwzględniając kulturę angielską (inaczej zachowałbyś się w realiach polskich, inaczej w angielskich). Powiedziała mi też na czym polega praca i jak zachowywać się w określonych sytuacjach. Da mi znać popołudniu czy mnie przyjmą.

 

Następnego dnia jechałam już na szkolenia do ich biura. Siedziałam przy komputerze i ptaszkowałam wiedzę, na boku instalując zilion aplikacji przydatnych w pracy. Akurat wpadł kolega z personelu, przyjęty tydzień wcześniej, okej, pojedziemy potem razem na „shadow training” („cień”, obserwacja pracy z boku). I takim „cieniem” byłam kolejne kilka dni. 

Głowa pękała z nadmiaru informacji, wrażeń i błyskawicznego upływu czasu.

 

Ale miałam jeszcze swoją starą pracę, musiałam ją skończyć. Nie ma problemu, na razie masz pół etatu a potem dasz znać kiedy będziesz gotowa na cały. Przez kilka tygodni chodziłam okrutnie niedospana, wymęczona, otumaniona kawami. Musiałam zrobić wiele rzeczy naraz (auto, papierki, fundusze, benefity, itd) M. był bardzo wyrozumiały i cierpliwy, cieszył się, że w końcu pracuję normalnie i, że odżyłam. 

Od dwóch tygodni leci już spokojnie. Zaznajomiłam się ze swoimi klientami, z każdym indywidualnie, mój BSL mega wysoko poszybował, już żadne kursy nie są mi potrzebne. Pracuję często po 14 godzin dziennie i mam jedną półgodzinną przerwę dla siebie, ledwo wyżebraną. Wygląda to ekstremalnie, ale nie odczuwam tego kompletnie (domowe warunki, własne kapcie, te rzeczy).

Nie tęsknię za social media, nie miałam ochoty nawet pisać tej notki. I długo nie napiszę kolejnej. 

 

No dobra, więc teraz konkrety.

 

Kim jestem?

Jestem Care Support Worker, nie wiem jak to po polsku, dlatego przybliżę słowa – opieka i wsparcie. I to w pełnym znaczeniu tych słów. Jest to nowe stanowisko w CDA, jako, że założyli niedawno nowatorski w Anglii projekt CDA Life oraz zarejestrowali się w CQC (Care Quality Commision). Klientami są osoby niesłyszące posługujące się BSL. Są to osoby starsze, młode, z porażeniem mózgowym, po udarze, sparaliżowane całkowicie lub częściowo, z różnymi schorzeniami. Klientów będzie coraz więcej jako, że jest zapotrzebowanie na tego typu opiekę. 

 

Na czym polega moja praca?

Na wszystkim dosłownie. Pracuję w warunkach domowych zatem do moich obowiązków należą czynności typowo domowe – sprzątanie, gotowanie, prasowanie, pranie, mycie podłóg. Zależy od potrzeb klienta. Niektórych trzeba karmić, niektórych trzeba myć rano i wieczorem (zęby, ciało, okolice narządów rodnych), trzeba wymieniać pieluchy, podcierać i myć dupę, opróżniać cewniki, balsamować rany i spuchnięte od cukrzycy stopy. Wydzielamy też lekarstwa. Niektórzy wymagają pomocy przy wyjściu z domu – pomagamy im robić zakupy, rejestrować się u lekarza, rezerwować wizyty u fryzjera, wychodzimy wspólnie na spotkania z innymi niesłyszącymi do pubu, jeździmy na wycieczki czy zwyczajnie chodzimy na kawę by pogadać o życiu. Uświadamiamy o wielu sprawach, informujemy o bieżących wydarzeniach, uczymy ich odpowiedzialności za własne życie.

Niektórzy nie dożyją tegorocznych świąt Bożego Narodzenia.

Klienci nam za to płacą i w zamian oczekują profesjonalizmu. O tym za chwilę.

 

Wszystko raportujemy w papierach (na potrzeby CQC) i w specjalnej aplikacji na telefonie. Mamy stały kontakt na FaceTime lub WhatsApp z naszymi szefami, mamy też fajnie skonstruowany wewnętrzny komunikator gdzie wszyscy są na bieżąco ze sprawami klientów. Mamy też aplikację, dzięki której wiemy gdzie jechać, o której, jak długo pracować i kiedy logujemy się w niej (dzięki GPS) – nasi szefowie wiedzą gdzie jesteśmy. Wszyscy mamy też zarejestrowane telefony na potrzeby emergency (numer 999) i wkrótce na SignLive (tłumacz online).

Muszę dodać, że 85% pracowników w CDA to osoby niesłyszące i ja długo nie wiedziałam, kto jest kim. 

 

Na czym polega profesjonalizm?

 

Na ODPOWIEDZIALNOŚCI, na dotrzymywaniu terminów, na całkowitej dyskrecji i schowaniu własnych emocji głęboko, głęboko, bardzo głęboko.

 

Klienci są jacy są i to nie jest ich wina. Nie chcą być osądzani ani oceniani. Nie chcą być przedmiotem plotek ani powodem obrzydzenia na Twojej twarzy. Chcą szacunku, humoru, zrozumienia i pozytywnego nastawienia. I Ty musisz im to zapewnić. Kiedy wchodzisz do domu klienta zostawiasz wszystkie swoje słabości, problemy i emocje za drzwiami. Odkładasz na bok swoje uprzedzenia, jeśli jakieś masz (zwłaszcza uprzedzenia żywieniowe, historyczne i homofobiczne !!) Wchodzisz z uśmiechem, spokojem i taka zostajesz całą swoją pracę. Nawet jeśli klient straci panowanie nad sobą, nawet jeśli zacznie panikować, krzyczeć na Ciebie, rzucać fakami i bluzgami – Ty masz zachować się profesjonalnie. Nawet jeśli będzie odmawiać pójścia pod prysznic przez ponad godzinę – nie możesz tracić cierpliwości ani stosować żadnej dotykowej przemocy. Nie można unosić się dumą, to normalne, że czasem nie radzimy sobie z humorami klientów – prosimy wtedy o pomoc swoich szefów i kolegów, jeśli są niedaleko. Ta praca wymaga ogromnego ogromu cierpliwości. Kiedy wychodzimy na miasto razem z klientami – jesteśmy w pracy, a zatem Twoi znajomi spotkani na ulicy NIE ISTNIEJĄ – nie podejdziesz do nich się przywitać, nie zareagujesz na ich powitanie, zachowujesz kamienną twarz. 

Wszystko co robisz w pracy zostaje w pracy. Nawet jeśli robimy selfie (a robimy ich duuuużo!! :)) ) to zdjęcia zostają w pracy i są potem kasowane w naszych telefonach (koty klientów zostawiamy sobie). Nie rozmawiamy o klientach poza pracą, możemy rozmawiać o tym co robiliśmy, ale bez ujawniania danych osobowych. Nawet jeśli prywatnie spotykamy się gdzie indziej – nie rozmawiamy o pracy, ale z zachowaniem profesjonalnego dystansu. Co nie znaczy, że nie możemy się z nimi przyjaźnić. Po prostu w pubie przy piwie nie dyskutujemy o cewnikach ani lekarstwach. 

Już nie wspomnę o namawianiu na zdrowsze jedzenie typu weganizm czy kwestie życiu po śmierci. Nie powinno Cię to obchodzić. 

 

Jeszcze jedno. 

W CDA pracują ze mną fantastyczni ludzie, nie odczuwam barier komunikacyjnych i mogę w końcu wyrażać swoje pozytywne nastawienie w ekspresji języka migowego. Nie patrzę na to kto jest kim, skąd pochodzi i jak się ubiera. W moim otoczeniu są osoby natywnie głuche, słabosłyszące, zaimplantowanych jest dużo (!!), noszą piercingi na językach, uszach, mają wypasione tatuaże i ekstrawaganckie fryzury. Pochodzą z różnych krajów (ja jedna z Polski). 

Wszyscy migamy BSL.

 

Wszyscy piszemy ‚deaf’ z małej litery. Słowo „Deaf” pokazuje się rzadko i w niektórych ogłoszeniach krajowych. Nikt nie słyszał o jakiejś Kulturze Głuchych. Nie wiedzą co to właściwie jest. Owszem, mamy wszyscy specyficzne zachowania, które łączą osoby niesłyszące, ale nikt tu nikogo nie ocenia ze znajomości BSL czy wieku utraty słuchu, czy też wcześniejszych szkół. Nigdy nie odczuwałam i nie odczuwam zazdrości, zawiści ani pogardy w czyichś oczach, że jestem z Polski, że nie jestem natywna migaczka, że znam dobrze angielski, że mówię. Jestem swoja i taka się czuję. 

Czuję się tu wyluzowana, spokojna i bezpieczna, ze swoją głuchotą, ze swoim mówieniem, ze swoim brytyjskim migowym. Nareszcie nie muszę nigdzie należeć ani czuć potępienia z tego powodu jak to w Polsce ma miejsce do dziś.

 

Kultura Głuchych to mit i legenda głosi, że KG istnieje ponoć w Polsce w umysłach niektórych aglomeracji wielkomiejskich. Jest lokalnym sztucznym tworem.

 

I nikt mi nie wmówi, że istnieją źródła takie, takie i owakie. Ja pracuję z głuchymi na codzień, bywam w wielu miejscach i serio – nigdzie nie widzę, nie czuję i nie słyszę czegoś takiego jak KG. Nie widzę tutaj żadnych podziałów.

Polska faktycznie jest zacofana w swojej mentalności.

 

I dlatego taka praca jaką tutaj mam – nie miałaby szans zaistnieć w Polsce. Nie umiałabym pracować w swoim kraju w tym charakterze. Bo co, jeśli jakaś starsza osoba GGGGłucha odmówiłaby przyjmowania jedzenia od zaimplantowanego opiekuna? Nie szkodzi, że implantowiec wymiata w PJM, ważne, że implant a implant to ZŁO. Co, jeśli rodzice GGGłusi nie chcieliby by opiekował się ich synem na wózku ktoś słabosłyszący wyedukowany w masowych szkołach? Nie szkodzi, że PJM zna dobrze i jest lektorem PJM, ważne, że nie jest ‚swój’. Podziały serio niszczą polską mentalność i to dotyczy również osób niesłyszących. W Polsce nie ma czegoś takiego jak współpraca ponad podziałami. Nie ma poczucia jedności skoro istnieje tyle fundacji, organizacji i stowarzyszeń. Jest przykra konkurencja, a tego nie potrzeba w opiece nad innymi ludźmi. 

 

Pomyślcie, kiedy wszyscy będziecie starzy, niezdolni do samodzielnego poruszania się, na łóżkach, zacewnikowani, po udarach, ręce sparaliżowane, no jak migać? Jak mówić skoro opiekun słyszący i nie zna Waszych potrzeb? Chcielibyście wyjść gdzieś, pośmiać się (bo humor głuchych jest specyficzny i rozbrajający), pomigać a tu zonk! – nie ma głuchych opiekunów. Już Was nie obchodzić będzie czy ktoś jest z małej g czy z wielkiej G – ważny dla Was będzie sam kontakt z migowym, sam element komunikacji, wypowiedzenia się.

Prawda?

 

A będziecie się bać, jeśli któryś GGłuchy opiekun będzie rozpowiadał o Was poza pracą i nazajutrz przeczytasz na swoim messengerze wyrazy współczucia, że jeździsz na wózku i nie więcej nie pojedziesz do Częstochowy na pielgrzymki? Jak się będziesz czuł?

Polskie plotkarstwo Głuchych nie jest niczym dziwnym. Ale w Anglii takie coś jest nie do zaakceptowania. Nie przyjęliby Cię do pracy.

 

Od samego początku byłam świadkiem rekrutacji nowych osób w CDA Life i byłam w szoku, jak profesjonalni potrafią być wobec klientów, w naszym pokoju dla personelu, oraz poza pracą, kiedy spotykamy się w różnych miejscach. Mimo tego, że wszyscy pochodzimy z różnych krajów.

 

To nie zgromadzenia Clin d’Oeil czy konferencje WFD, bo to bajka i iluzja jedności głuchych z całego świata. Taka praca to codzienne życie – karmienie, cewniki, wspólny śmiech i oglądanie filmów, irytacje klientów, satysfakcja z samodzielnego powieszenia prania czy załatwienia wizyty u dentysty. Tu jest realny i mocny wpływ na konkretne jednostki.

I ja wolę być właśnie tutaj, wolę widzieć na własnych oczach jak klient się zmienia na lepsze, jak przełamuje swój wstyd, jak zaczyna akceptować siebie i swoją głuchotę, jak się śmieje, jak wychodzi i robi zakupy, jak samodzielnie wybiera baterie do aparatu słuchowego, jak sam inicjuje niektóre czynności. Wtedy wiem, że nasza praca przynosi efekt w jakości ich codziennego życia w słyszącym społeczeństwie.

 

Wiecie, że mam słyszącego partnera. W obecnej chwili to jest dosłowne zbawienie. W pracy migam, wyżywam się po swojemu, mam fajny chaos, problemy, ruch, energię. W domu mówię, mam spokój, ciszę. Nie ma opcji bym przynosiła pracę do domu – w sensie języka migowego, zachowań, plotek, itd. Jest idealny balans i ja za to jestem mega wdzięczna. Poznając ludzi z mojej pracy dowiedziałam się, że ponad połowa pracowników ma słyszących partnerów i dzięki temu „nie głupieją”, trzymają równowagę. Kiedy zapytałam czemu nie chcą głuchych, odpowiedź była jedna – tu nie chodzi o głuchotę, ale o zrozumienie, o moralność, o wspólną i zgodną pracę nad związkiem. 

 

****

A duchowość? Zaufałam przeznaczeniu. Wiedzę z duchowości świadomie wykorzystuję w pracy i czuję zmiany. Nie pcham się, gdzie mnie nie chcą, nie ingeruję gdzie nie trzeba, czekam i obserwuję. Jestem spokojna, spełniona i szczęśliwa, że cała moja przeszłość ułożyła się w sensowne puzzle w ciągu kilku dni. 

Nic się nie okazało bez powodu, płynęłam z prądem, mimo, że często nie wiedziałam po co, jak i dlaczego, po prostu ślepo „się słuchałam” życia. Poza obsługą cewników umiem już manewrować energiami i chronić siebie. Jeszcze pół roku nie potrafiłabym tego, byłam za słaba. 

Zdrowie jest w porządku, wątroba jest normalna (potwierdzone usg ze szpitala), jem wszystko (poza mlekiem), no i nic, zdrowie jest. 

 

Chyba wszystko napisałam co miałam napisać. Resztę pewnie dopiszę jak pojawią się komentarze 🙂