Ostatnie kilka miesięcy to ścielenie sobie pościeli w dziupli, w której aktualnie siedzę lub śpię. I rozkminiam i analizuję i weryfikuję jeszcze raz wszystko od nowa. I pewnie to będzie trwało i trwało, nawet lata, się nie zdziwię zresztą, ale to jest życie – iście, próbowanie smaków, odrzucanie czego nie chcesz, i branie to co Ci służy i pasuje.

Tak było ze zdrowiem i moim ciałem, tak będzie też z tym blogiem. Tyle, że blog to bardzo delikatna część mnie samej, coś, czego żaden lekarz czy psycholog nie zdiagnozuje, żaden coach Ci nie poradzi, bo nie będzie wiedział i tak. Nie chcę czyichś pryzmatów, nie chcę czegoś z zewnątrza, chcę by blog był w pełni mój, a jednocześnie dla Was.

Dlatego szykuje się spora zmiana, która będzie trwała etapami kolejne miesiące. 

 

Napisała dziś rano do mnie dobra dusza, ona zwykła mnie prostować, rozjaśniać, zważać na słowa. Po każdym mailu od niej, przy każdym odpowiadaniu do niej w moim środku zataczały się obrazy, jeszcze takie nieokreślone, nie mające słów, kształtów, ale czułam, że to to. To były te maleńkie kroczki, pierwsze konkretne cegiełki pod nowy grunt bloga. 

 

Rozdziel się a będziesz dla wszystkich” – usłyszałam w środku.

 

No tak, to się przyznaję od razu. 

Prawie wszystko co pisałam do tej pory na blogu, było cenzurowane, pisane prostym językiem. Pisane dla większości, bo inni tak sobie życzyli, bo chcieli bym pisała tak, tak i tak, bo moje treści dają innym ukojenie, nadzieję, krzepią serca. 

Każdy znany sprzedawca swoich usług powie Ci: „Daj ludziom to czego potrzebują.” a wtedy po jakimś czasie ciężkiej pracy zyskasz rozgłos, hajs i stabilny, pasywny dochód. 

Ja niby tak robiłam, ale ani rozgłosu ani hajsu. Nie tędy droga się okazała. Zawróciłam do skrzyżowania i …

 

Czy ja tego tak naprawdę chcę?

 

Nie. Nie chcę więcej dawać ludziom to czego potrzebują, nie chcę siedzieć na siłę na social mediach, nie chcę więcej cenzury na moim blogu, chcę pisać również to co mi kwanty na mózg przyniosą. Nie chcę się ukrywać w pamiętniku na laptopie. Bo właśnie ta wiedza z pamiętnika aż się pcha by ją ujawniać. Ja cały czas jej mówię „No czekaj, no powoli, wolniej, będzie czas…„, ale ile można się dusić w środku? 

 

To jest mój blog, moja strona w internecie, z którą mogę wszystko robić. 

 

Chodzi za mną cały czas analogiczna sytuacja, przykład dla Was.

Przyleciała raz do mnie moja przyjaciółka, zwiedzałyśmy se Hyde Park w Londynie i kupiłyśmy na próbę okrutnie drogie kulki mocy od „Deliciously Ella„. Bo wegańskie, bo naturalne składniki i w ogóle. No to wzięłyśmy sobie po kęsie tego i drugiego. I po kilku zmiksowanych niesmacznych uczuciowo minutach przyjaciółka powiedziała bardzo mądre zdanie:

 

Co z tego, że zdrowe? Takie rzeczy mają nam smakować!

 

Wyrzuciłyśmy resztę kulek do kosza na śmieci. 

Ja jeszcze wracałam do podobnych kulek mocy w sklepach (bo znane nazwy) i innych smaków od Elli. Po kilku latach próbowania – „A ciul z nimi, nie będę się zmuszała do jedzenia czegoś co mi nie smakuje!

Nie patrząc na żaden przepis w internetach – zrobiłam na szybko sama sobie własne kulki mocy, na czuja, na oko, z tego co miałam w kuchni pod ręką, ręce same wyliczały składniki, sięgały po konkretne produkty i ten przepis już został we mnie wklejony, bez problemu go powtarzam kiedy najdzie mnie ochota.

 

Zauważacie metaforę?

 

Co z tego, że większość ludzi chce tak a nie inaczej? Co z tego, że weganizm i witarianizm jest na topie a Ty mięso jesz? Co z tego, że joga z czakrami czyni Cię uduchowioną osobą? Co z tego, że organiczne suplementy muszą być jedzone, bo sprzedaje je znany celebryta? Co z tego, że większość robi to co większość i im wychodzi a Tobie nie?

Skąd wiesz ilu osobom nie smakowały te kulki mocy od Elli? Może jedzą, bo wszyscy jedzą, bo są zdrowe, drogie i lans na instagramie? Może ci ludzie się zmuszają? Robią dobrą minę do złej gry? Skąd to wiesz?

 

Ja też się zmuszałam na swoim blogu a wychodziło jeszcze gorzej. Szeroki rozdźwięk tematów na bloga, rozstrojenie, brak spójności, owijanie w bawełny i następowała sprzeczność między mną prawdziwą a tym co piszę tutaj. Bo uważałam na słowa, bo się powstrzymywałam, bo przed oczami miałam ludzi, którzy regularnie mnie czytają, bo mi zależało, żeby wracali, żeby czytali, bo miałam świadomość, że im pomagam.

 

Stop.

 

Siedzę teraz na skrzyżowaniu i czekam, aż nie-moje rzeczy z bloga odpadną same, zmęczą się a zaczną wpadać nowe, te od mojej ukrywanej skrzętnie Ja. Tak jak wspomniałam w poprzedniej notce:

Bo to nie będzie już tylko blog, pisanie terapeutyczne, czytadełka do poduszki, na ukojenie serc, dusz i umysłów, to będzie realny wpływ na innych, realna zmiana w życiu innych.”

Czas przejść poziom wyżej, dojrzalszy, pełniejszy, głębszy, intymniejszy, taki bardziej mój.

Już mam w głowie obraz tego „rozdzielenia się”, a jednocześnie pozostania całością, wypróbuję go na czasie, poszukam mojego przepisu. 

 

Dziękuję Dobra Duszo za poranne maile.

 

I jeszcze. Wiecie co? 

Wczoraj wysłałam newslettera, wiedziałam, że to będzie porażka, ale chciałam wywalić niepotrzebnych subskrybentów. Miałam dobre przeczucie, maila otworzyło 36% i aż siedem osób się wypisało. To dobry znak. 

Jakość ponad ilość.” jak to mój M. stwierdził.

 

nieslyszaca blogerka

Rozkmina na skrzyżowaniu