W końcu motorki u mnie na blogu! W końcu dodatkowy temat, co urozmaici życie moje i Wasze. Bo trzeba Was uświadamiać, że głusi nie tacy „kulawi”, że też mogą, że też mają strachy i kaniony w pewnościach siebie. Że też mają prawo do walki o swoje marzenia, nawet jeśli wydają się absurdalne w oczach innych. 

Powiecie, że motor to nic niezwykłego, że każdy może, o ile się nie boi. Powiecie też, że głusi na motorach stanowią dużo większe zagrożenie niż słyszący. No serio? 

Ostatnią notkę w tym temacie pisałam rok temu. 

Niesłysząca motocyklistka w Anglii – pierwsze kroki

Byłam wówczas na etapie szukania szkoły w dwóch miastach. Ja pisałam maile, przedstawiałam swoją sytuację – głucha totalnie, oralizm (czytanie z ust), BSL (Brytyjski Język Migowy) a mój M. dzwonił. Większość szkół odmawiała – instruktorzy się bali, nie mieli doświadczenia i nie chcieli ryzykować. „Podjąć wyzwania” brzmi inaczej, ale „podjąć ryzyko” było silniejsze. No okey. W końcu znalazła się szkoła Camrider w Peterborough. Pojechaliśmy tam razem z M. w celu wzajemnego rozeznania się. Instruktor Dale miał już wcześniejsze doświadczenie w uczeniu niesłyszących na prawo jazdy samochodami, także wiedział jak komunikować się z takim typem osób. Natomiast ja byłam jego pierwszą niesłyszącą studentką już na motorze. 

To był luty 2019. Siadłam na Yamaha XJ 600, którym miałam w przyszłości jeździć.

Dale podjął się wyzwania, nie ukrywał ekscytacji. Był tak samo przyjazny jak jego różowo-zielona broda.

Zaczęliśmy od CBT (Compulsory Basic Training). Dostałam Yamahę 125YBR. Malutkie toto niby, ale wtedy było w sam raz. Przymierzałam różne ich jednoślady, ale ta była najwygodniejsza. Pierwsze kroki na placu manewrowym – oswajanie się z prędkością, balansem, zmianą biegów, kierunkowskazami i skrętami oraz procedurami bezpieczeństwa („lifesaver” –  sprawdzenie w prawo/lewo czy nie ma innego pojazdu, obowiązkowe przed każdym manewrem i ruszeniem). Poszło to dosyć szybko, bo jakieś dwie godziny. Po przerwie druga część – wyjazd na miasto. Szczerze, nie pamiętam już tego uczucia, po pierwsze, że to było niecały rok temu, a po drugie no takich emocji się raczej nie pamięta. Wiem tylko, że dostałam certyfikat. 

Jak z komunikacją? Wystarczyły gesty i czytanie z ust. Jeśli trzeba było to Dale chodził po placu i imitował motor, pokazując gdzie i jak mam jeździć. W 80% to były jego gesty, w lot chwytałam co ma na myśli. Pod kaskiem nie miałam aparatu słuchowego i nie słyszałam wysokich ryków silnika przy zmianie biegów, ale Dale tak i pokazywał mi na zaś, że mam zareagować. Na mieście nie miałam interkomu, jechałam pierwsza i patrzyłam w lusterka by dowiedzieć się, kiedy trzeba skręcać (Dale jechał za mną i sygnalizował wcześniej). I to było wszystko.

 

Mając CBT na papierze miałam dwa lata czasu na zrobienie pełnej kategorii A. Po tym czasie trzeba CBT ponawiać. 

Przystąpiłam od razu do części teoretycznej, egzamin był jednym z trzech elementów do zdania pełnej kategorii A: 

  • egzamin teoretyczny
  • Moduł 1 – manewry na placu (11 zadań)
  • Moduł 2 – jazda po mieście

Przerobiłam całą książkę i mnóstwo testów online, bardzo dużo pomógł mi w tej wiedzy mój M. Przy rezerwowaniu terminu zaznaczyłam, że chcę wersję z tłumaczem BSL. I to mi ratowało parokrotnie doopę. Nie wszystkie pisemne zwroty po angielsku rozumiałam, ale jak spojrzałam na tłumacza w rogu ekranu to od razu jarzyłam pytanie. Egzamin składał się z dwóch części – test z zaznaczeniem prawidłowej odpowiedzi oraz zestaw filmików, w których trzeba było kliknąć na zagrożenia, zanim one się pojawiły.

Niestety, nie udało mi się za pierwszym razem, oblałam test, filmiki mi poszły dobrze.

Miesiąc później podeszłam do egzaminu znowu i zdałam. Jedno z głowy! Ale…

To był koniec marca już. Kilka tygodni wcześniej padło mi na amen auto i zmuszona byłam kupić nowe „na wczoraj” (notka o Fiacie 500). Kasa na kurs moto poszła na ważniejszy cel. Musiałam odczekać. W międzyczasie „przymierzałam” różne motorki (od góry lecą Royal Enfield Himalayan, Harley Davidson Street 750, Honda Magna 700 oraz Kawasaki Vulcan 650).

glucha motor

glucha motor

glucha motor

ducati scrambler

kawasaki vulcan

Później pojawiły się kolejne problemy, które przyspieszyły decyzję przeprowadzki do mojego M., do innego miasta. Ledwo co odetchnęłam i pozbierałam się finansowo (pracowałam na pół etatu) to zaskoczył mnie kolejny przełom – w sierpniu dostałam propozycję pracy na pełen etat, w Cambridgeshire Deaf Association (notka tutaj). Musiałam przestawić się na inne tory rutyny, myślenia i finansów. Bo zaczęłam zarabiać dużo więcej niż kiedykolwiek wcześniej w Anglii. Kiedy skutki po zmianach trochę uspokoiły wróciła do głowy myśl o powrocie na kurs moto. Był wtedy koniec listopada.

Dale się ucieszył na mój widok i zapytał czy jeździłam jakimś maleństwem 125cc. No kurde, ponad półroczna przerwa, nie jeździłam, nie kupiłam nic, było sporo zamieszania w moim życiu, nie dałam rady no. Ale egzamin zdałam, bez tego nie mogłam podejść do kursu. Okej, to gotowa na większego motorka? Yyy nie, wolę przypomnieć sobie na mniejszym jeszcze. Trochę jazdy na placu i odmówiłam, motor jakiś cherlawy, kompletnie nie współpracował ze mną, zmieniał biegi po swojemu, więcej się napociłam niż naklęłam pod kaskiem. Chciałam wrócić do pewności siebie na mniejszym – wybrałam fajnego miejskiego Lexmoto ZSB 125. No żesz, przepiękna jazda! Nie myślałam w ogóle o zmianie kierunkowskazów, robieniu „lifesavera”, zmianie biegów, motor „sam robił”. Pierwszy raz poczułam pełną synchronię, harmonię i przyjemność z jazdy. Chciałam więcej. 

Ale kolejne lekcje były już na większym motorze 600cc. Najpierw plac manewrowy czyli ósemki, zakręty, zawracania, omijanie przy dużych prędkościach, zatrzymywania się awaryjne, różne. Jako, że jestem po histerektomii i nie mogę dźwigać Dale wymyślił inny sposób na przestawianie motoru, zgodny z wytycznymi egzaminu. Wywróciłam się parę razy, nie oszacowałam ciężaru motocykla względem zakrętu, nic mi nie było, jak już leciałam na dół to lądowałam z bananem na buzi.

Nie było się zmiłuj – jeździłam nawet jak lało.

 

deaf motorbike

 

Na miasto również wyjeżdżaliśmy, raz dołączył do nas mój M., jadąc z tyłu wyłapywał moje błędy z innej strony niż instruktor jadący z przodu. Nie było to Lexmoto, ale w miarę częstszych treningów moja radość w środku rosła. Zwłaszcza kiedy Dale wymuszał na mnie oswajanie się z dużymi prędkościami (60-70mil/h) na autostradach oraz kiedy ćwiczyłam zakręty na wąskich, pozamiejskich drogach. Komunikacja była podobna co przy CBT – wystarczyło patrzeć w lusterka i obserwować sygnalizacje (kierunkowskaz lub mruganie do postoju) instruktora z tyłu. Wiele razy błądziłam, bo nie znam jeszcze tego miasta dobrze, ale najważniejsze było bezpieczeństwo. 

I nareszcie podejście do pierwszego egzaminu Mod1, na placu manewrowym. Egzaminator bardzo wyraźnie mówił po angielsku, był cierpliwy i wyrozumiały. Popełniłam trochę błędów, ale przy ostatnim zadaniu potrąciłam pachołek, no i oblałam. Nie przejęłam się tym zbytnio, wiedziałam, że więcej się nauczę i będę bardziej pewna siebie przy następnym podejściu. Które zdałam śpiewająco. 

I jeszcze jeden trening w oczekiwaniu na Mod2. Niestety, został przełożony z powodu silnych deszczy. I 23-ego grudnia w końcu, pełna stresu zaczęłam egzamin. Kwestie techniczne motoru poszły gładko, po to ma się chłopaka, który siedzi i Ci „truje” o takich rzeczach. Egzaminator uprzedzał, że w moim przypadku może potrwać znacznie dłużej, jako, że nie używamy interkomów. No i faktycznie, było mi go strasznie żal, kiedy z 5-6 razy wysiadał z motocykla, ściągał rękawiczki i wyciągał kartkę z długopisem by napisać mi kierunki, i znowu chował kartkę, zakładał rękawiczki/kask. Mrugał do mnie światłami co znaczyło, że mam znaleźć „bezpieczne miejsce”.

Kiedy wróciliśmy do centrum egzaminacyjnego, na miejscu czekali na mnie Dale i mój M. Kiedy egzaminator usiadł koło mnie i zaznaczył błędy i „Pass” zobaczyłam po chwili okrzyki radości moich panów. Dale się chyba bardziej przejął niż ja, uronił parę łez, w końcu to powód do dumy dla niego i jego szkoły – nauczyć niesłyszącą kobietę jazdy na motorze. I tylko dwa błędy (dozwolone dziesięć), co też tak często się nie zdarza. Dałam swoje prawo jazdy egzaminatorowi i mam czekać na nowe, już z dodrukowaną kategorią A.

glucha motor adfalkiewicz

 

Sprzęt typu kask, kurtki, buty, rękawice kompletowałam przez ostatni rok. Trzeba było, bo jeździłam z M. jako „plecak” po Anglii. Podczas całego kursu było zimno, piżdziło wielokrotnie, padało i lało, słońce raziło, marzły mi ręce i stopy, do szpiku i bólu (niestety szkolne motocykle pozbawione są wielu akcesorii ułatwiające jazdę w zimie). To sobie znalazłam czas na kurs… W grudniu.

Nie wiem kiedy kupię motor dla siebie. Wydałam duuuużo kasy na ten kurs, kupuję teraz prywatnie aparat słuchowy, tutaj w Anglii, jeszcze widmo implantu do zęba mi wisi nad głową. Motor nie jest priorytetem. Kurs był, bo zostaje już na całe życie. Dałam radę w angielskim języku, z czytaniem ust, ale przyznać muszę, że chłopak motocyklista robi całą robotę – wiedza, wsparcie, otuchy i zarażanie do wspólnej pasji. Nie ciągnie mnie kompletnie do prędkości, do ścigania się, nie ciągnie mnie do chopperów, cruiserów z wysokimi kierownicami. Ciągnie mnie do turystyki – spokojnej, relaksacyjnej, z nastawieniem na krajobrazy. CIągnie mnie też do lekkiego off-roadu, ale tu moja histerektomia stawia nieprzekraczalną barierę. Mój M. teraz wciągnął się w off-road i jestem pewna, że i ja poznam ten smak za jakiś czas. Błoto, ekstremalne warunki, wytrzymałość nie są mi obce, ale limity ciała limitami… 

Etap nauki na motorach już zakończony, otworzyło się przede mną wiele dróg, wiele emocji, wiele wrażeń, w różnych zakątkach świata.

Ja dopiero zaczynam. 

I moja głuchota mi w tym nie przeszkadza absolutnie. Kwestia znaleźć odpowiednich ludzi, którzy nauczą Cię bezpiecznej jazdy i będą towarzyszyć Ci w wyprawach. Głusi wcale nie są gorsi ani nie są zagrożeniem dla innych na drogach . Podobnie jak kierowcy aut, pozbawieni słuchu często muszą polegać na wzroku, który mają niezwykle wyostrzony. Jest innego rodzaju wyczulenie na nieprzewidziane sytuacje, i to podczas jazdy na motorze również ma rację bytu. Interkom nie jest aż tak potrzebny, jeśli drogi są spokojne to jazda na motorze jest czystym, indywidualnym odczuciem. I nie potrzebujesz się dzielić tym z towarzyszem wyprawy, bo wiesz, że on czuje to samo i kontempluje po swojemu.

A cisza w naszym przypadku jeszcze bardziej potęguje te wrażenia.