Wprowadzam nowy dział u siebie – „Moto”. Będę opisywała tutaj wszystko co wiąże się z motorami, z bliskodalekimi podróżami na nich, z wyjazdami do sklepu po wegańskie masło. Nie zapomnę też o aspekcie głuchoty na tym polu. Przecież egzaminy jakoś trzeba przejść a taki jeden się szykuje już całkiem niedługo! Wszystkie znaki na padole ziemskim i nieboskłonie gwieździstym wskazują, że czas na wytęsknione motorki wreszcie nadszedł. Bo jak widzę, jedno ciągnie drugiego, i nawet jeśli myślisz, że teraz nic Ci nie wychodzi to na pewno Ci wyjdzie później. Chociażbyś miał czekać kilkanaście lat…

 

No to lecimy.

 

Kiedy to się zaczęło?

 

Pierwsza jazda na zielonym motocyklu wujka, Jawa, Junak?, jako dziecko. Bez kasku chyba, dookoła wsi, która 30 lat temu była jeszcze maleńka. Nie pamiętam tego uczucia, pamiętam tylko ten fakt, że jechałam. Z przodu? Z tyłu? Chyba niemal każde dziecko z lat 80-tych ma takie wspomnienie?

 

Później długo nic. Bardzo długo nic.

 

Bo dopiero na studiach. Kolega z roku jeździł na małym, sympatycznym takim, typowo miejskim. Dziś wiem, że miał wtedy jakiś model z cafe racer. Bardzo mu ten motor pasował, można powiedzieć, że to nie motor był pod jego gusta, ale on sam pod styl motoru. No, podziwiałam tę idealną symbiozę, była rozkosz to dla moich oczu. Byłam łakoma tej specyficznej więzi, pragnęłam mieć coś mojego, jakąś pasję do odrywania się od codzienności.

 

„Też tak będę jak on…”

 

A potem temat znowu znikł, bo emigracja do Anglii, bo małżeństwo, bo były mąż siedział w samochodach, szybkich samochodach, więc ja za nim. Szwagier jeździł na motorze, ale sportowe ścigacze mnie kompletnie nie interesowały i dalej nie interesują. Ale podczas tego czasu najeździłam się różnymi autami, sprecyzowały się moje upodobania, styl jazdy i typ samochodu. Pokochałam jazdę, taką relaksacyjną, z dobrą muzyką, z widokami za oknem. Prędkość jest fajna, ale chwilowa, bardziej się liczy dla mnie dynamika prowadzenia auta, jego zwrotność i szybkość reagowania, rozpędzania się. Kupując moje obecne cztery kółka przekonałam się, że można kochać samochód, rozmawiać z nim, poznać jego zamiłowania. Miałam swoją specyficzną więź z mechanicznym urządzeniem. Już nie zazdrościłam temu koledze ze studiów.

 

Później rozwód, odgrzebywanie się, budowanie siebie na nowo. Potem histerektomia, dno kobiecości.

 

Ale… podczas tego przebywania na dnie, w oczekiwaniu na operację, poznałam dobrego kumpla – fanatyka zimowych gór. Z sarkastycznym poczuciem humoru wprowadził mnie w tematykę górską, dzikich podróży oraz motorów. Dzięki niemu poleciałam do Tadżykistanu oraz przełamałam nienawiść i lęk do gór i wlazłam tu, tam i tam. Dowiedziałam się sporo praktycznych rzeczy a fascynacja do dwóch kółek powróciła. Ale on miał Jadźkę (Yamaha XT), turystkę enduro, nie poznałam jej osobiście. Podczas znajomości z Michasiem miałam sporo snów, w których jeździłam na swoim czarnym rumaku. Umiałam prowadzić, umiałam zmieniać biegi, czułam się fantastycznie. Ryk motoru rozlewał się po całym ciele tak samo jak w rzeczywistości. Uzależniające uczucie!

 

Ale znajomość się skończyła, kumpel wrócił do Polski a ja po histerektomii wydobrzałam na tyle, że zaczęłam się umawiać z chłopakami.

 

Na facebooku poznałam Sokoła, spotkaliśmy się raz na plenerze foto w Trójmieście, nie pamiętam jak miała na imię jego blaszana kochanka, może nie miała takowego? W naszych rozmowach tęskniliśmy do długich jazd wzdłuż klifów nad morzami, najlepiej na Wyspach Kanaryjskich. Prawie się umówiliśmy, kiedy się okazało, że on nie lubi „plecaków” a ja licencji tak szybko jeszcze nie zrobię. Znajomość się skończyła zmęczeniem materiału i zwyczajnym odrezonowaniem się. 

 

I poznałam też Helenkę (Honda Transalp), i jej właściciela. Helenka mnie zafascynowała swoimi możliwościami podróżowania przed siebie. Była mocna, śliczna i urocza, więcej się na nią gapiłam niż na niego. A on się gapił zauroczony na mnie.

To wciąż nie był ten mój typ motoru, którym wówczas chciałabym jeździć. Może w przyszłości, ale jeszcze nie teraz. Nie, że za mocna i za duża. Myślę praktycznie a taki motor na razie mi się zwyczajnie nie przyda. No i po przeprowadzce dowalił kolejny argument – nie miałabym już gdzie trzymać swoich dwóch kółek. 

 

Później był jednorazowy kochanek, również motocyklista. I znowu się przekonałam, że sportowe ścigacze nie są dla mnie. Nie jara mnie prędkość ani pochylona mocno, prawie leżąca postawa. Motocykl może dużo powiedzieć o swoim właścicielu, oj dużo… Ten kochanek nie był w moim typie, nie na resztę życia.

 

A wiosną w zeszłym roku poznałam mojego obecnego chłopaka. Dopiero po dłuższym czasie okazało się, że on też fascynat dwóch kółek. I ma Kasię (Kawasaki KLV).  Jedna z  naszych pierwszych randek to była wyprawa na motorze po zakątkach hrabstwa Norfolk.

Pierwszy raz jechałam jako „plecak”. Przed ruszeniem M. dał mi „słowo na niedzielę” w kwestii zachowywania mojego ciała przy określonych ruchach i pozycjach podczas jazdy. Nie bałam się w ogóle, nie bałam się kiedy mocno przyspieszał, kiedy gwałtownie hamował. Nie czułam u niego paniki, stresu, strachu. Przez te kilka godzin byłam w swoim niebie. Nie miałam aparatu słuchowego, przeszkadza w kasku, toteż całym swoim ciałem wczuwałam się w wibracje silnika. Na pustych, wiejskich drogach, z widokami na morze, przytulając się do M. czułam się jak w domu. Nigdzie indziej nie chciałam wtedy być.

 

I to uczucie jest ciągle numerem jeden spośród wszystkich innych. Kilka pieczeni w jednym momencie. Tak pełna intensyfikacja chwili, że już bardziej zapełnić się nie dało. 

 

Wkrótce jego Kasia pojechała do Polski a my oboje zostaliśmy „goli i weseli”. Pocieszyliśmy się wizytą na Moto GP w Rockingham. Wtedy też zrozumiałam, jak głośne są starty wszystkich motorków naraz. Aparat słuchowy ma swój limit hałasu, nie odczuwam poziomu głośności basowej. To, że było naprawdę, naprawdę głośno poznawałam po tym, że nie byłam w stanie usłyszeć swojego głosu.

 

Postanowiłam już serio wziąć się za pierwsze kroki w kierunku uzyskania pełnej licencji A. Jako bardzo porządną i motywującą zachętę dostałam od M. parę motorowych rękawiczek oraz kask.

 

Na angielskim forum polskich motocyklistów przedstawiłam siebie i swój „problem” – jak wygląda egzamin CBT (Compulsory Basic Training) z punktu widzenia osoby niesłyszącej. Bo przecież instruktor wydaje Ci polecenia przez słuchawki umieszczone w kasku. Teoretycznie nie powinno być problemu, Anglia jest świetnie dostosowana do wszelkiego rodzaju niepełnosprawności, ale… Ja chcę wiedzieć więcej!

 

Tu nie chodzi o komunikację bardziej, ale o jakość przyswojonej wiedzy podczas modułów praktycznych na placu. Przy angielskim czytaniu z ust zrozumiem 1%, przy migowym BSL – 70%, przy polskim – 99%. Plus wydupczenie błędów technicznych na starcie.”

 

Odezwała się Polka, która szkoli instruktorów na motory w Anglii, zaoferowała swoją pomoc – sprawdzi szkołę, którą wybrałam u siebie, sprawdzi instruktorów i sama będzie obecna przy moim szkoleniu & egzaminie. A ja dzięki niej i znajomym czytaniu języka polskiego z jej ust nauczę się podstaw błyskawicznie!

 

Jak przejdę ten CBT będę miała czas trzy lata by zrobić pełną licencję kat.A, a do tego czasu będę mogła jeździć tylko i wyłącznie motorkami lub skuterkami do pojęmności 125cm³, unikając autostrad. Jest jeszcze opcja, że zrobię od razu pełną licencję. O tym będzie moja kolejna notka z działu Moto – szkolenie CBT z perspektywy niesłyszącej Polki w Anglii. 

 

I od kilku miesięcy szukam swojego typu motoru na ten przejściowy czy początkowy czas. Zwiedzając salony motorowe z M. czy śledząc instagramy, youtuby w końcu się sprecyzowałam na typ scramblera. Za parę dni lecimy z M. do włoskiej Bolonii i zwiedzimy muzeum & fabrykę Ducati.

 

Od początku wyraźnie podkreślam, że ja jestem zielony głąb w mechanice, i nie odróżnię poszczególnych części co by tu rozebrać, wymienić i stuningować. Dla mnie motor ma jeździć, ja mam siedzieć wygodnie, bez skrzywiania kręgów i karku, z czarną, luźną, skórzaną kurtałką, bez wydziwiania sportowymi naklejkami na „masce”, to ma być relaks z jazdy i poczucie komfortu. Bez przesadnego ryku a’la chopper.

 

Bierz się za marzenia, Anetka!

 

anetka marzenia motory niesłysząca głucha

Jeszcze trochę, jeszcze trochę!