Wróciłam szczęśliwa z Portugalii i Malty i szykowało się szybko Maroko. No, ale skąd te Maroko tak właściwie?

Wiosną 2014 koleżanka z pracy zapragnęła gdzieś wyjechać, myślała, myślała i wymyśliła. I potem zaczęła szukać dziewczyn. Pierwotnie miały nas lecieć cztery, ale jedną ciarki obleciały („Bo starsza pani i boi się muzułmanów„) a druga kupiła mieszkanie i forsa jej przepadła. No to zostałyśmy we dwie – ja, ciekawska, głucha trzydziestoparolatka i T. – żwawa joginka oczekująca bliskiej emerytury. Gawędząc w pracy ustalałyśmy co będziemy robić, gdzie jeździć i jak jeździć. T. mimo konfliktowego i marudzącego charakteru nie okazała się taka zła.

Bo tak naprawdę byłyśmy same sobie w tym całym Maroku. I dobrze na tym wyszłyśmy.

Zdjęcia są kiepskiej jakości, robione srajfonem i kompaktem Olympus Though, ale powtarzam jeszcze raz – w 2014 roku podróżowało się dla siebie a nie dla instagramów.

Bilety kupiła T. Ona też nam znalazła riad (taki marokański pensjonat) w Marrakeszu i apartament w Essaouira. Jestem jej wdzięczna za to, bo moja głowa była gdzie indziej. Ja się zajęłam tylko swoją wyprawą w góry, bo T. nie miała zamiaru jechać na odludzia gdzie trzęsie, kurzy i wieje. No a co z językiem? Bo tam francuski króluje. No ja nipanimaju, ale T. znała ten język, ale może angielski też gdzieś będzie? Zobaczymy.

Leciałyśmy niemożliwe cztery godziny. Na miejscu byłyśmy koło 23.00. Celnik, po dwóch godzinach czekania w kolejce, na odprawie wrzucił do paszportu zacną pieczątkę z datą – dowód wjazdu do kraju.

T. się uparła, że poczekamy na autobus, ale dwóch taksówkarzy (bo reszta samolotu już pojechała innymi) kulawym angielskim twierdziło, że nie ma żadnych nocnych połączeń, że tylko oni są. T. uparcie się trzymała internetowej wersji. Po godzinie czekania i zwiększonej irytacji T. wsiadłyśmy do jedynej taksówki i pojechałyśmy do starej dzielnicy Marrakeszu. Kierowca potem nas zaprowadził w wąskie i ciemne uliczki suków do riadu i poczekał aż ktoś nas wpuści. Uderzył mnie zapach tych suków – specyficzny, wilgotny, stęchły.

Bo była przecież druga w nocy.

Na szczęście gospodarz oczekiwał nas i po bogatym, angielskim powitaniu zaprowadził nas na pierwsze piętro do pokoju. Rozwaliłam torebkę na sofę i od razu niewiadomo skąd wturlał się kotuś. I został do rana.

Bardzo tulaśny!!!

Na śniadaniu też się wgramolił na moje kolanka.

Pokój opiszę niżej. Zaskoczył mnie w tym pokoju telewizor. Budowa niczego sobie, zwykły prostopadłościan. Zaskoczyło mnie jego wnętrze – tłumacz języka migowego !! Jakim cudem w tak biednym kraju jak Maroko mają hajs na tłumaczy w telewizji a Polska musi za każdym razem robić społeczne apele i wystosowywać biliardy emaili do ministrów?? Ja wiem, że tu tunezyjska stacja, ale przysięgam na głowę kotusia wyżej, że na marokańskich kanałach również śmigał tłumacz.

Śniadanie na tym tarasie. Chmurno było, ale ciepło. W tle było słychać nawoływania do modlitwy (adhany), był to domujący, przerażający i niesamowity dźwięk. Nasz riad był bliziutko słynnego placu Jamma El Fna stąd jakość adhanu była bardzo wysoka.

Co na śniadanie miałyśmy? Klasyczną marokańską herbatę miętową tuarega z … hurtownią cukru. Oni tylko taką piją, wszędzie i gęsto. Nie wiem jak z samą wodą, ale mięta u nich to arcydzieło matki natury i mus gościnności. Coś jak dla Polaków wódka a dla Gruzinów wino – nie wychylisz szklaneczki to obrażasz gospodarza.

I mimo wielkiej ilości cukru – mi bardzo smakowała! I potwierdzam informację, bo sprawdzałam potem wiele razy podczas szlajania się po Maroko – gorąca miętowa herbata wspaniale ochładza i orzeźwia.

No dobra, co miałyśmy do jedzenia? Naleśniki dziurkowane z miodem, dużo tego. Jakieś bułeczki domowej roboty, masło, dżemy i miody. Wystarczyło.

Od razu po śniadaniu ruszyłyśmy w kierunku dworca by zakupić bilety autokarowe do Essaouiry na pojutrze. Wyszłyśmy z ogrodzonej mediny (stara część miasta) wprost w ramiona zwykłego, „nowoczesnego” Marrakeszu.

O i dworzec. Trochę zajęło nam dojście do niego i znalezienie biura z konkretną linią autobusową (Supratours). Mało kto znał angielski i mało było szyldów i reklam w tymże języku. T. dawała radę ze swoją irytacją i uporem. Kiedy w końcu udało się nabyć bilety na odpowiednią godzinę, z naszymi nazwiskami wziętymi z paszportów, wylazłyśmy na herbatkę do jakiejś knajpki, usiadłyśmy i zaczęłyśmy planować kolejne godziny.

Wracałyśmy inną drogą. Bloki mieszkalne, stare auta, samowolka na drogach, miotły na chodnikach.

A w blokach mieszkalnych zwykli ludzie, pielęgnujący swoje balkonowe roślinki.

Z tego błyszczącego chodnika można było jeść, tak tam czysto było!

Wróciłyśmy do naszego riadu. W świetle dnia widać już lepiej wejście do niego.

Na korytarzu na pierwszym piętrze, z prawej mamy nasze drzwi, niedomykające się, na kłódkę, bo klamek tam nie ma. Z balkonu widok na…

… fontannę bez wody. Tam gdzie ten gościu stoi – poznałam ich później, rozmawialiśmy nieraz. To Holendrzy, objeżdżali Zachodnią Afrykę na rowerach. Oprócz moich oczu jak pięć złotych zabrakło mi słów.

Nasz pokój był ciemny dość, trzy łóżka, mała łazienka z kiepską żarówką, z trójkątną wanną z arabskimi kafelkami, no kurczę, nawet latarki w telefonach nie ukazywały jej piękna w pełni.

Dobra, wylazłyśmy na „miasto”. Najpierw we dwójkę, by zrobić rozeznanie i pozbyć się internetowych straszydeł w stylu „porywają i ucinają głowy„. Jeden kumpel, który miał ze mną lecieć do Maroka zdobyć Jabal Toubkal, opowiadał, jak jego ojciec nie zgadzał się na jego wyjazd, bo „nie chcę Cię, Kamilku mój, zobaczyć w telewizji, jak strzelają do Ciebie„.

Dobra, suki – nie mylcie tego z obraźliwą nazwą dam do odpowiedniego towarzystwa. Oryginalna nazwa to „souks” a nie „bi***s„. I to są no… sklepy, takie mini targi, straganiki, stoiska przemieszane z domami, hostelami, riadami, i czym tam jeszcze. Jest bardzo gęsto, bardzo ciasno, bardzo gwarno, bardzo śmierdząco. Tam WSZYSTKO się dzieje. Nie ma reguł, nie ma kultury, nie ma cackania się, jest namolność, są krzyki, negocjacje, śmiechy, szturchania.

Bardzo, bardzo dziwne i kontrowersyjne miejsce. Albo się je uwielbia albo nienawidzi. Spore, porozrzucane dookoła ogromniastego placu Jamaa El Fna, przyklejone do murów dookoła mediny. O ile początkowo byłam zachwycona tym miejscem o tyle w ostatni dzień już nawet tam nie wchodziłam. Miałam dość agresywnych nagabywaczy, hałasu i smrodu.

Nieważne jak ciasno na uliczkach – motorki sobie jeżdżą między ludźmi. Wiele razy T. szturchała mnie na bok,, bo z tyłu ktoś na skuterze wściekle trąbił bym ustąpiła mu miejsca. Podobnie z obładowanymi osiołkami. Także wyobraźcie sobie jak sama łaziłam i musiałam mieć oczy dookoła głowy.

W sukach można kupić wszystko co arabskie i marokańskie. Śliczności. Nie znam nazwy tych karafek i imbryczków, zdjęcia opiszą za mnie.

Talerzyki z ceramiki, ciężkie, misterna robota, żaden się nie powtarzał.

Selfie musiałam zrobić. Tak, miałam długą sukienkę, sweterek, bo z gołymi ramionami nie wypadało chodzić w muzułmańskim kraju (chociaż to się zmienia, no, ale ja miałam jeszcze spory tatuaż na plecach i wolałam nie ryzykować) i chustę na głowie, bo wiało i śmierdziało.

Do jednego sklepu wciągnął nas pewien sprzedawca. T. się broniła jak mogła, ale od słowa do słowa i ja podreptałam za nią. Czytając mu z ust zrozumiałam, że kuleje po angielsku, ale stara się jak może. Zaprowadził nas na górę, my pełne obawy, gdzie właściwie idziemy, ale po chwili ukazał nam się cudny widok. Sprzedawca usadowił nas na taborecikach przy maleńkim stoliku i wprawnie poczęstował nas miętową herbatką. A jakże.

A my oczy dookoła z zachwytu, bo wiedziałyśmy, że trafiłyśmy do sklepu. I zaczęła się frajda.

Pełno babuszków (baboosh) czy marokańskich laczków, jak kto woli.

Wazonów na żonkile, dzbanów na przyprawy, dywanów, karafek no różności!

Siedziałyśmy w jego sklepie ponad godzinę i wypiłyśmy z kilka szklanek miętówki. Sprzedawca rozłożył przed nami jeden dywan i zapytał się czy nam się podoba. T. wybrała inny i ja inny, mniejszy. Podał nam kartkę i napisał jaka jest cena obu dywanów. My z T. wiedziałyśmy, że obowiązkiem jest negocjować więc po krótkiej naradzie napisałyśmy swoje propozycje pod jego ofertą. On pokazał paluszkiem, że nieeee i dopisał niżej środkową cenę. I tak się bawiłyśmy aż w końcu stanęło na środku, przeliczyłyśmy na telefonach ile to funtów będzie i zgodnie orzekłyśmy, że za drogo, że w Essaouira będzie taniej i w ogóle. Odmówiłyśmy zakupu również wielu rzeczy, było ciężko oderwać się od gospodarza. Ja nie słyszałam co wołał za nami dlatego szybko wylazłam, ale T. z grzeczności wciąż przystawała i tłumaczyła mu się, że nie jest zainteresowana.

Drzwi jedne znalazłam, piękne, co nie? Ciekawe jakby w całości by wyglądały?

W końcu wyszłyśmy z hałaśliwych suków i zobaczyłyśmy plac Jamaa El Fna w całej okazałości. Był już lekko wieczór, stąd jakość ze mojego srajfonu numer cztery jest zacnie powalająca. Na kolana.

Znalazłyśmy knajpkę gdzieś na tarasie, zamówiłyśmy mnóstwo przystawek i coś ciepłego. Do przystawek zaliczały się oliwki zielone i czarne marynowane w charakterystycznych marokańskich ziołach, krojone pomidory w tychże samych ziołach, ostre placki chlebowe i na ciepło tadżiny – warzywa na kuskusie (ja) lub kurczaku (T.)

I podziwiałyśmy tłoczny plac.

Po zjedzeniu zeszłyśmy na dół i wdepłyśmy w mrowisko. Czego tam nie było… Wielka jadłodajnia pod płachtami, z każdej strony stragany z różnymi żarciami, świeżo wyciskane soki pomarańczowe za dwa euro, cenowo tak samo i nie był różnicy gdzie co zjesz. Był niemożliwy do opisania gwar przeplatany ze śmiechem, krzykami. Istny cyrk. Pozytywnie było, nie bałyśmy się nic a nic. Chciałam jeszcze spróbować czegoś słodkiego więc na jednym stoisku znalazłyśmy ciasta i wzięłyśmy każda sobie coś. Ja miałam to. Nie zjadłam tego, było straszliwie słodkie.

Poszłyśmy dalej, widziałyśmy rozłożone na ziemi miody i kosmetyki z oleju arganowego (podróby na bank, naczytałam się sporo o tym), zaklinacza węży, kataryniarza z małpką, młode dziewczyny w smukle skrojonych sukniach i z hidżabami na głowach, nawet one miały swoją rewię mody i schadzki z chłopakami.

Następnego dnia spakowałyśmy się lekko, zjadłyśmy śniadanie na tarasie, z kotusiem na moich kolanach, powiedziałyśmy gospodarzowi, że wracamy za parę dni i poszłyśmy w kierunku dworca. Udręką było znalezienie naszego przystanku autobusowego, udręką było odstanie w hałaśliwej kolejce i udręką było obserwowanie jak ludzie pakują swoje wielgachne bagaże w ortalionowych, kraciastych torbach do luku. Tajemnicą pozostaje jak bus tyle zmieścił. Po sprawdzeniu biletów i paszportów wgramoliłyśmy się do środka.

Podróż do Essaouiry trwała ponad cztery godziny i miała z kilkanaście przystanków. Na siku i herbatkę. Nagrałam sporo filmików, dziś niepotrzebnych, ale klimat ze zdjęcia utrzymywał się całą drogę – puste, niedokończone bloki mieszkalne, brak drzew i zieleni, brak sklepów, ludzie stojący niedbale i kucający na pseudochodnikach, luksusowe i eleganckie mercedesy zaparkowane gdzieniegdzie (bo tyko mercedesy chyba tam mają), ktoś tam na ziemi z laptopem siedział, ktoś tam osiołka prowadził.

Po przyjeździe kierując się mapą i błędnymi nazwami ulic trafiłyśmy do naszego pensjonatu. Byłyśmy za wcześnie, ale gospodyni nas wpuściła – Angielka zajmująca się nieruchomościami w Maroku. Komunikacja szła szybko, fajnie mówiła, łatwo ją rozumiałam z ust. Jako, że apartament był wynajęty na cztery osoby ustaliłyśmy, że płacimy mniej. Miałyśmy cztery wielkie łóżka, wielką kuchnię, świetną, europejską łazienkę, można w końcu było wziąć porządny, gorący prysznic.

I wylazłyśmy na taras. Z widokiem na Atlantyk. Co za powietrze!!

I strudzone wielogodzinną podróżą w niemiłosiernym upale wylazłyśmy na miasto. Byłyśmy ciekawe czy Essaouira jest faktycznie ładniejsza niż Marrakesz. Ja chciałam od razu do wody, nóżki zamoczyć, ale T. to T. trochę się bała. W sumie to w tym mieście cały czas razem byłyśmy, nie to co w Marrakeszu, gdzie często łaziłyśmy same. No i zaiste – Essaouira nas zachwyciła! Była pięknym miastem, spokojnym, przestrzennym, nie posiadała ciasnych suk w medinie i mogłyśmy spokojnie odetchnąć. Później zrozumiałam, dlaczego medina w tym mieście została wpisana na listę UNESCO. Była tego warta.

Nie mogłam oderwać oczu od ulicznych sklepów straganów i arcydzieł rękodzielniczych. No, ale gdzie jabym to wszystko powiesiła? To jest tylko ładne tam gdzie wisi, u siebie.

Kotów było ziliony. Koty to święta rzecz w Maroku, i w ogóle dla muzułmanów. Uratowały raz doopę i skórę Allahowi więc ludzie je czczą – czyli karmią, poją i dają spać gdzie futrzaki chcą.

Kolory dywanów były tak samo kuszące, w dodatku sporo, sporo tańsze niż w Marrakeszu. Wciąż nie moglam się zdecydować dla siebie – jakby pięknie wyglądał w mojej sypialni na białych panelach… A w ogóle, jak ja bym ten dywan brała z powrotem do riadu? Busem? Przejść pół miasta? Yyy… Toto nie było lekkie…

Kurczę no. Ale już w głowie miałam plan – wrócę by wejść na Jabal Toubkal to przy okazji skoszę sobie jakiś po drodze.

Znalazłyśmy cichą knajpkę. Miałam w rękach jeszcze bagietkę z falafelami. Jadłam je pierwszy raz w życiu, były idealnie przypieczone, doprawione i chrupiące. Nigdzie później nie jadłam tak pysznych jak wtedy. No i kontynuowałam jedzenie tej bagietki na kolorowych krzesełkach, podłączyłyśmy się do WiFi i sprawdziłyśmy emaile i wiadomości. A ja dałam światu znać, że żyję i mnie nie porwali.

Oczywiście, na kolana wdrapał się nachalnie kotuś.

Niedaleko naszego domu była knajpka na rogu, menu po francusku, przepadłam. Biorę co T. powie. O ludzie, owoce morza? Spróbuję jeszcze raz. Antyhistaminy miałam przy sobie, więc luz. Krewetków nie tknęłam, ale kalmary i jakieś reszty zjadłam, wszystkie frytki i oliwki i pomidory też.

Po kilku godzinach nie miałam wciąż żadnych objawów, więc spokojnie podreptałyśmy w kierunku fortu. Na skałach i klifach siedziała sobie starzyzna i bez telefonów z dostępem do BBC News komentowała codzienne życie.

Dziwnie było widzieć zwyczajnych ludzi robiących zakupy, siedzących na murkach, rozmawiających ze sobą. Bardzo mało telefonicznych zombie widziałam. Jeśli już, to siedzieli na murkach i gapili się na ocean.

Armaty na wałach obronnych. Widzicie taką mgiełkę? To charakterystyczne dla oceanów, niesamowicie chłodzi i orzeżwia.

Zachód słońca. Tak nam się spodobało, że postanowiłyśmy wrócić jeszcze raz następnego dnia.

Wstałam wcześnie, nie wiem czemu i sama poszłam na górny taras. Nie wiedziałam, że trafię na wschód słońca.

A, wieczorem poprzedniego dnia przeszłyśmy się promenadą wzdłuż plaży. Było jak w filmie amerykańskim. Ciężko było wierzyć, że jestem w Maroku a nie gdzieś na Florydzie.

No i mega rozległa plaża, z lodowatą wodą, raj dla surferów. Z tego między innymi słynie Essaouira – z wielkich fal.

I w końcu zamoczyłam stópki! Trzeci raz Atlantyk w moim życiu!

Zmieniłyśmy nieco kierunek, chciałyśmy zobaczyć trochę niebieskiego, bo Essaouira jest niebieska. Wściekle niebieska. Zaraz zobaczycie dlaczego. Teraz mewy Wam pokażę i fort od zewnątrz.

W porcie rybki chodziły na okrągło. Na okrągło chodziły też koty i cierpliwie czekały na swoją porcję surowej ryby. Na innym zdjęciu mam jak cała trójka mruczków zajada się połową świeżo oporządzanej ryby.

No i widokówka, proszę państwa. Nie wiem gdzie bardziej niebiesko, na łodziach czy na niebie. Tysiąc zdjęć z tego miejsca mam, ale jak to zdjęcia – one nie przenoszą naszych zmysłów: zapachów i czucia. Bo tam, wiecie, mewy, ryby, srające koty, wilgoć – wyobraźcie sobie jak to mogło „pachnieć”. I brzmieć, bo hałas rozkrzyczanych mew niesamowity!

Uliczna sztuka. O, tu właśnie młodzież siedzi i podziwia oceany a nie fejsbuki i instagramy. To było w 2014 roku, nie wiem ile tej młodzieży siedzi w 2020.

Najlepsze do picia, wszędzie niemal, świeżo wyciskane soki z pomarańczy i przystojni, uśmiechnięci sprzedawcy. Codziennie piłam kilka kubków tego soku. W końcu organik i marokańskie słońce, co nie?

I zonk kotusia. Tak, wszędzie śpią, wszędzie się wdrapią i nie ma się zmiłuj jak musisz któregoś obudzić.

Maroko słynie również ze słodkości. Nie wiem czy znacie arabskie słodycze (tureckie smakują podobnie), ale mówię Wam, nie jesteście przyzwyczajeni do tych smaków. Po moim odbiciu w szybie wnioskuję, że mam na sobie sukienkę a więc fotę robiłam w Marrakeszu, no dobra, ale niczym się nie różnią takie witryny od tych z Essaouiry.

Kupiłam na próbę parę ciasteczek. Chyba tylko dwa kęsy z każdego byłam w stanie przekąsić. Nie wiem co było w nich wspólnego – kardamon?

Nie wszystkie ciastkarnie mają full zestaw, mogły być wykupione wcześniej za dnia, a równie dobrze mogły leżeć dwa tygodnie w słońcu.

Wróciłyśmy do Marrakeszu. I się rozdzieliłyśmy już na dobre. T. sobie i ja sobie. Każda swoim tempem. Wlazłam do suków, i to chyba był mój ostatni raz.

Ale szybko wylazłam i poszłam przed siebie. Nie wiem co to na zdjęciach, suszone mięsa? Skóry zwierząt? Ktoś przypomni? Dodam, że „smakowicie” pachniało.

I koty to lubiały? Czyli ludzie też to jedli?

Znaleziona brama czegoś tam, musiałam wtedy być od zewnętrznej strony jakiejś medersy czy pałacu?

Sztuka uliczna.

Która służyła też za kierunkowskazy.

Do medersy Ben Youssef postanowiłyśmy wejść razem, by zdjęcia sobie wzajemnie robić. Pamiętam, że z suków trudno było trafić i pomagały nam uliczne, małe chłopaczki. Dałyśmy im po euro. Rozpierzchli się w mgnieniu oka szukać kolejnych zbłąkanych turystów.

Medersa Ben Youssef – najstarsza i najpiękniejsza budowla, meczet, uczelnia teologiczna. Stojący spokój zen. Na ścianach pełno sztukaterii. Byłam oczarowana i serce mi żwawo biło. Ale najpierw popodziwiajcie sobie detale.

W szesnastym wieku to budowali, burzyli i jeszcze raz budowali.

Chodząc między pustymi korytarzami i kolumnami miałam nieustające wrażenie, że już tu byłam. Wiedziałam, gdzie iść, czego szukać, gdzie wchodzić.

Z tej perspektywy wygląda jak budowla z klocków Lego, nie?

Zrozumiałam to parę lat później, kiedy oglądnęłam film „Medicus„. Mimo, że akcja toczyła się w irańskim Isfahanie to pewne elementy z tego filmu połączyły się w całość (bo do Iranu też miałam lecieć w 2015, w 2016 poleciałam do Tadżykistanu i tam wszystko mnie olśniło). Zrozumiałam też, kiedy kolejnego dnia pojechałam w pewne miejsce w górach Atlasu.

 

Brahima znalazłam na światowej stronie podróżników – Lonely Planet. Miał własną firmę (był przewodnikiem po Maroku), własne auto i był Berberem z krwi i z kości. No i miał doskonałe opinie od samotnych podróżników. Wiedział, że ja jestem głucha, nastawił się na papier + długopis. Nastawił się również na to, że nie wszystko mi opowie.

T. wiedziała, że ja sama sobie wybywam, życzyła mi szczęścia i kazała włączać roaming jak coś się stanie.

Przyjechał po mnie do riadu, nie wiem jakim cudem trafił, ale trafił. Zlustrował mnie od góry i dołu, popatrzyłam na niego pytająco a on po chwili się roześmiał i gestami pokazał „góry” i „zimno„. Szybko ustaliliśmy wspólny język a ja się uradowałam, że nie będzie problemów z komunikacją. Byłam oczywiście jego pierwszą niesłyszącą klientką, więc swój standardowy uświadamiający wykład (po angielsku) zrobiłam mu podczas jazdy w kierunku gór.

Na kolanach rozłożyłam mapę a Brahim pokazywał mi palcami, gdzie jesteśmy, gdzie jedziemy. Przegryzając nieumyślnie moje herbatniki z polskiego sklepu – Petitki, kojarzycie? Miałam w plecaku dwie długie paczki i jedną całą mu zostawiłam.

Już godzinę po opuszczeniu Marrakeszu zaczęły się zachwycające góry. Najpierw czerwone, zalesione, zakrzakowane.

Brahim kazał patrzeć dokładniej i zauważać domki. Było to trudne, bo materiał do ich budowy jest robiony z gliny, na której te domy stoją. Na zdjęciu niżej specjalnie wyostrzyłam domki.

Byłam zdumiona życiem ludzi w tych warunkach. Mają TV? Mają! Mają telefony komórkowe? Mają. Toalety? W ziemi (tak jak w Turcji i w Azji). Wszystko mają, ale nie wszystkie mają bieżącą wodę, bo elektryczność to tak.

I jejku, co za widoki! Dwa lata później wlazłam na Ben Nevisa w Szkocji i dopiero wtedy zauważyłam, jak góry Atlasu w Maroku i góry Highlands w Szkocji są podobne do siebie!

Drogi to była jakaś tragedia. Wąskie, kręte, nie szkodzi, że DHL skręcał, że hurtownia oliwek jechała czy stado kóz na traktorku – ostrożność zalecana a nie pchanie się w zbocza. Tizi n’Tichka w pełnej krasie.

I dowód, że „Byłam tu!

Niedaleko potem Brahim zatrzymał się na pewnym zajeździe, niczego sobie, ale okazał się strategicznym miejscem mojej duszy. To tutaj dostałam od nieznajomego (właściciela zajazdu?) piękny kamień. Nie wiedziałam jak się nazywa, pierwszy raz widziałam ten typ na własne oczy. Brahim przetłumaczył mi, że ten kamień ma swoją historię i nieznajomy chciał bardzo mi go podarować. Byłam speszona i odmawiałam, bo nie chciał za niego pieniędzy.

Kilka lat później odkryłam, że to selenit – kamień księżycowy o potężnej mocy. Okazał się ulubieńcem podczas moich wypraw sennych, dzięki niemu poznałam swoje poprzednie inkarnacje (odkrył tajemnice Tadżykistanu).

Podjechaliśmy dalej, w najwyżej położoną przełęcz w górach Atlasu. Chciałam się dowiedzieć jak reaguję na takich wysokościach, ale zimne powietrze, silny wiatr nie robiły sobie nic z mojej ciekawości.

Brahim chciał zdjęcie ze mną. Ja z nim też. Byście mieli pojęcie jak wygląda natywny Berber, wychowany w tych domkach, co pokazywałam wyżej. Tak, on ma tam gdzieś w Atlasie Wysokim rodzinę, latem tam mieszka, zimą śpi w swoim mieszkaniu w Marrakeszu. Wyjaśniał mi dużo, dlaczego tak różni są od Marokańczyków mieszkających w miastach, dlaczego wyznają inną religię, dlaczego uważają się za odrębną nację kulturową i dlaczego są tak przyjaźni, gościnni i pełni pokory wobec natury. I dlaczego uważają się za Wolnych Ludzi.

Pojechaliśmy dalej. Ait Ben Haddou. Kojarzycie? Pewnie nie, ale jeśli ktoś z Was oglądał hollyłódzkiego „Gladiatora” czy „Aleksandra” to akcja działa się właśnie w tym miejscu. Ksar znaczy osada z fortem dookoła. Zobaczycie niżej na fotkach. UNESCO, oczywiście, otoczyło opieką to miejsce.

Uwierzycie, że w niektórych domach mieszkają jeszcze ludzie? Przeważnie są to rodziny miejscowych przewodników lub opiekunów tego miejsca.

Kiciusie były. Nie miałam czasu głaskać, Brahim ciągnął po schodach.

Tak, zimno było.

Niżej Lawrence z Arabii oprowadza turystów.

Detale domów.

Jechaliśmy dalej, tym razem już szutrowymi drogami. Kurzyło jak nie wiem.

Zaczęły się fantastyczne obłoki, zjawiskowe kolory i kosmiczne krajobrazy.

Poznajcie Kasbah Paszy Glaoui w Teoulet. Miejsce władania potężnego rodu Berberów oraz Księcia Atlasu – Paszy. Oj, jak Brahim był dumny z tego miejsca! Coś wspominał, że Charlie Chaplin czy Winston Churchill? byli jego gośćmi (Paszy a nie Brahima). Zachwycające miejsce…

Byłam tu!!! Nie, że zaliczyłam to coś, ale to uczucie, że byłam kiedyś kiedyś!

Stiukowe zdobienia. Oczu nie mogłam oderwać. Podobnie jak w medersie Ben Youssefa.

Żeby nie było, że ja po cichu przyczyniłam się do wandalizmu tego historycznego obiektu. Brahim mi kazał.

A te okienko, jak mnie ujęło…

Serce skakało z radości widząc ten tysiąc misternych kolorów…

I resztki nostalgicznej, rozczulającej świetności.

Kiedy wyleźliśmy na taras zobaczyłam ogrom gór Atlasu i poczułam potęgę tego rodu.

Pojechaliśmy dalej. W kierunku Warzazat. Dolina z rzeką, spalona słońcem dolina z soczystą zielenią. Wyrabiają tu kosmetyki i miody z oleju arganowego. Widziałam produkcję na własne oczęta, posmakowałam parę miodków i zakupiłam „parę” słoików w różnych smakach. Sprzedawczynią była młoda dziewczyna, która na przyszły rok leciała na studia biotechnologii do Londynu – pogadałyśmy chwilę i życzyłam jej szczęścia w nowym świecie.

Takim oto autem woziłam się przez pół Maroka.

Groźna fantastyka na nieboskłonie utrzymywała się jeszcze kawałek drogi powrotnej do Marrakeszu.

Tutaj jeszcze z dołu, widok na Kasbah Teoulet. Kosmos, co nie?

I dalej Warzazate.

To akurat droga „tam”, ale chcę pokazać te tumany kurzu, byście mieli pojęcie, że to pustynia, i wieje.

Brahim okazał się świetnym przewodnikiem. Wytłumaczył mi etykę jedzenia lewą ręką posiłków, nauczył parę berberskich słów, ja go nauczyłam migowego, śmialiśmy się z przejęzyczeń sporo, był bardzo cierpliwy i luzacki. Wystawiłam mu porządną opinię i utrzymywałam kontakt jeszcze przez kolejne pół roku. Bo planowałam wrócić ze znajomym, by wejść na najwyższą górę Północnej Afryki – Jabal Toubkal. I spędzić parę nocy na Saharze pod jego przewodnictwem.

Niestety, okrutny los pokrzyżował moje plany i później całkowicie straciłam kontakt z Brahimem.

Widocznie tak miało być.

Wróciłam do Marrakeszu, do T. Ostatni dzień spędziłyśmy na zakupach i jedzeniu ile się da – poszłyśmy jeszcze raz by zjeść porządne tadżini z kuskusem i szaszłyki z baraniny. Właśnie – baranina. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, bo dopiero zaczynałam przygodę z podróżami, ale baranina nowozelandzka, tak popularna w Anglii, a której gorąco nie cierpię, nie dorastała do pięt tej marokańskiej. Czyżby baranki naturalne? Inna rasa? Bez antybiotyków? Pod słońcem? Bo jeszcze potem w Tadżykistanie próbowałam i znowu inne doznania na kubkach smakowych – inna rasa? Zimno tam? Interesujące dla mnie to było.

Tego samego dnia wieczorem jechałyśmy autobusem (bez słowa skargi ze strony T.) na lotnisko Menara. Postałyśmy ze dwie godziny na odprawie, dostałam znowu pieczątkę z datą wylotu z Maroka. Głęboką nocą byłyśmy w Londynie a ja nad ranem w swoim łóżku.

Byłam w Maroku. Dałam radę. Dziękuję za wszystko – za T., za smaki, za Brahima, za dziwny kamień, za góry, za szybko bijące serce, za dotyk wody, sierści kotów, piasku, ścian starych budynków, za bezpieczny powrót.

Shukran*.

(*po arabsku – dziękuję)