Podróżowanie osób niesłyszących niczym się nie różni od podróżowania słyszących. No poza jednym czynnikiem – większe bariery komunikacyjne. Ciutek lepiej mają osoby głuche, które w miarę w miarę znają pisemne języki obce lub potrafią artykułować czy lekko mówić w danym języku. Większość głuchych podróżników wymiata w ISL (International Sign Language – Międzynarodowy Język Migowy, coś jak dla słyszących esperanto), więc swobodnie dogada się z każdym niesłyszącym Europejczykiem pomijając własne natywne języki migowe.

G. z Malty poznałam w lipcu 2007 roku na obozie World Federation of Deaf Camp w Hiszpanii. O ile początkowo byliśmy tylko uprzejmymi znajomymi o tyle w późniejszych latach nasza relacja przemieniła się w lojalną i piękną przyjaźń.

G. był w Anglii parę razy, ale nie u mnie w domu (rozwód). Moim autem zwiedzaliśmy zimowy Londyn i południe wyspy. Byliśmy też na meczu Liverpool-Arsenal – wspaniałe doświadczenie! Spaliśmy zawsze w hotelach w tym samym pokoju na dwóch osobnych łózkach. Gadaliśmy w ISL lub w mieszanym moim Brytyjskim Migowym i jego Maltańskim Migowym. Wspieraliśmy się, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. G. jest ultramaratończykiem i trenerem własnego klubu biegaczy. To pod jego okiem zaczęłam biegać po histerektomii w 2016 roku. Nic to, że miałam wtedy kompleksy na punkcie swojej figury (wina HCV) a on wysportowany jak grecki bóg… Głusi nie patrzą na to, nie G., dlatego dobrze się przy nim czułam.

I w roku 2014, kiedy naszła mnie faza podróżowania, kupiłam bilety do Portugalii, na Maltę i do Maroka. W Portugalii byłam w lipcu, na Maltę leciałam przełom września i października, Maroko tydzień po powrocie z Malty. Potrzebowałam tego, odreagowywałam.

Jakbym wiedziała, że kolejny rok będzie całkiem do doopy.

G. przygotowywał się do maratonu na Malcie, ale wziął urlop na mój pobyt u niego. Stwierdził, że będzie dobrze odpocząć przed ważnym dla niego biegiem (zrobił dobrze, bo pobił swój rekord życiowy). Ustaliliśmy, że bierze swoje auto, ustaliliśmy gdzie śpimy i co zwiedzamy generalnie, ale szczegóły zostawiłam jemu. On tam przecież mieszka. Ja pozwoliłam sobie być i cieszyć się ciepłą, włoską wyspą.

Odebrał mnie z lotniska i pojechaliśmy od razu na prom na sąsiednią, mniejszą wyspę – Gozo. Rejs sponsorował Lidl.

Było cieplutko, bardzo przyjemnie cieplutko, żadnego skwierczącego upału. Panorama Malty z lotu Lidlowskiego promu.

Na Gozo wynajęliśmy apartament z trzema pokojami, taki się znalazł i okazał się tańszy. W stylu komunistycznych, brudnych i starych Włoch, ale ogromnie przestronny – podobała mi się stareńka wolnostojąca wanna przy oknie. A z balkonu widok wczesnym rankiem taki oto nas zastał.

Jeździliśmy dużo. Nie pamiętam nazw, zgubiłam mapę Malty podczas przeprowadzki, dlatego kolejność zdjęć jest przypadkowa.

Ale to wiem, że to Ramla Bay – plaża z dziwnie wściekle pomarańczowym piaskiem. Nic specjalnego tam nie było, dlatego poszliśmy wyżej.

Zrobiliśmy „parę” zdjęć, ale fajniej było patrzeć i dziwić się, że w tych domach mieszkają ludzie. G. wyjaśnił, że często to są letnie domki, niebezpiecznie jest tu mieszkać podczas sztormowych zim.

To też jakaś inna plaża, chyba Hondoq Bay?

Trochę zwiedzania Gozo było.

Dużo się kąpałam, dużo pływałam, dużo na słońcu siedzieliśmy, leżeliśmy, milczeliśmy. Harmonijnie jadaliśmy obiady i kolacje w knajpach i restauracjach. G. znał sporo fajnych miejscówek. A kiedy nie miałam ochoty się moczyć, to po prostu siedziałam se na kamieniach i pozwoliłam rybkom łaskotać moje stopy.

Wyskoczyliśmy do prehistorycznego muzeum – Ggantija Temples. Robiło kolosalne wrażenie! G. mówił, że najlepiej zajść tu wieczorem, kiedy lampki od dołu podświetlają wielkość skał.

Znalazłam czaszkę małpki.

Dojrzewająca bawełna – nie mogłam oderwać palców od głaskania tych kosmatych kwiatków!

Jak ktoś był wtedy na Malcie to oczywiste, że trzeba było jechać na Azure Window. Miałam szczęście, bo w 2017 roku sztorm zerwał klif i Azure Window przestało istnieć. Zachód słońca w tym miejscu to coś niesamowitego… Ciepełko, wiaterek, bajeczne kolory…

Czas na opuszczenie Gozo! Gdzie tym razem?

Wiadomo, ze Comino! Ze swoją Błękitną Laguną to jakiś raj…

„Siedziałam” w MEGA CIEPŁEJ wodzie cały dzień. Dla mnie to było coś niesamowitego, pierwszy raz, myślałam sobie, czym ja zasłużyłam sobie na taki luksus, na bycie w tak fantastycznym miejscu? No czym?

Kiedy mieliśmy już dosyć G. zaproponował rejs łódeczką dookoła Comino. Byliśmy sami we dwójkę, no i sternik, wiadomo.

Rejsy łódkami zaliczaliśmy jeszcze później parę razy – formacje skalne, jaskinie, kamizelki ratunkowe, zapachy, podmuchy wiatru, krople wody na skórze, ciepło słońca.

To niżej to chyba Blue Grotto było? Chyba tak! Polecam!!

Na Gozo wciąż. G. zaproponował wieczorny obiad w zatoce Xlendi. Widzicie te białe schody za mną w tle? Wieczorem weszliśmy na górę skąd mieliśmy widok na całą rozświetloną zatokę. Tutaj jest tak głęboko i tak dużo podwodnych jaskiń, że kilkanaście razy widzieliśmy jak grupy nurków wskakują w te i we wte.

Normalne, spokojne, lokalne życie.

Jadłam tutaj pierwszy raz owoce morza – G. zamówił ośmiorniczki i małże, ja standardowe chyba miałam – kalmary, krewetki i cośtam. Nie spróbowałam wszystkiego, nie mogłam przełknąć jego owoców morza. Z przerażeniem patrzyłam jak z wprawą wsuwa miąższ z małży i wciąga odnogę ośmiorniczki.

Następnego dnia obsypało mnie na buzi, okrutnie. Twarz spuchła i zczerwieniała. Na Malcie spałam w mieszkaniu G., miałam swój pokój. Poznałam też jego rodzinę – jak się dogadałam z jego słyszącą mamą – nie mam pojęcia (bo angielskiego to ona nie znała, to rodowita Maltanka), ale kiedy mnie zobaczyła, to kazała gnać do apteki po antyhistaminy. G. poleciał z miejsca. Dotarło do mnie, że zwyczajnie mam alergię na owoce morza.

Po kilku godzinach opuchlizna z buzi zeszła, ale krostki i pryszcze musiały swoje „odchorować”. Wyglądałam masakrycznie, ale G. nie robiło to różnicy – w sumie się śmiał.

Koty? Były. Tutaj kiciuś z Xlendi. Oaza zen i spokoju. Wibrował, kiedy go równie zenowsko głaskałam.

Wróciliśmy na Maltę. Po zażyciu antyhistamin polecieliśmy na miasto. W ogóle to muszę wspomnieć o tamtejszych drogach – mimo, że kierunek jazdy jest ten sam co w Anglii to ja jednak bałabym się prowadzić auto przez Maltę!! Gozo to jeszcze spoko, ale ronda, skrzyżowania, ruchliwe ulice – samowolka. Wiele aut było porysowanych… No, te ze zdjęcia akurat nie.

Wpadliśmy też na klify Dingli. Byliśmy jeszcze w paru innych miejscach z równie zachwycającymi widokami, ale pogubiłam się ze zdjęciami i skałami a nie chcę wstawiać mylnych nazw.

Panorama jakiegoś zamku na Malcie. Nie pamiętam jakiego, Malta ma tych zamków i fortów od groma, to wyspa na zilionach wzgórz. To chyba Valetta?

Takie „rowerki” są atrakcją wyspy. Nie wiem jak w Google je znaleźć i co one faktycznie znaczą. Nie pamiętam co G. tłumaczył.

Jadaliśmy w różnych miejscach, prawdziwie topiące podniebienia włoskie potrawy – pizze, calzone, ryby, makarony, jeszcze raz ryby. Klimaty takich knajpek były fantastyczne, czasem to były ukryte zagajniki a czasem  stoły na otwartych placach.

Weszliśmy też do pięknej dzielnicy – Mdina.

Cicho, cicho i chłodno…

Malta słynie z przepięknych arcydzieł szklanych i koronek. Byłam oczarowana koronkowymi parasolkami i wielokrotnie potem rozmyślałam gdzie ja ją zapakuję i gdzie ją w domu postawię? G. przylatując do Anglii kiedyś do mnie przywiózł mi bombkę na choinkę ręcznie dmuchaną przez niego w jednym warsztacie na Mdinie.

W Mdinie spędziliśmy wieczór w pewnej restauracji Fontanella Tea Garden – stolik mieliśmy przy balkonie, z widokiem na rozświetloną światełkami wyspę. Magicznie. Ale nie romantycznie, pamiętajmy – G. to dobry kumpel!

Zwiedzanie Valetty przypominało mi w wielu miejscach Portugalię – te nieszczęsne strome schody… A przecież Włochy kawał drogi od Portków? Mimo to, tutaj schody były łagodniejsze – szersze i niższe.

Nie widzieliśmy wszystkiego, nie chciałam się pchać do kościołów. Malta to bardzo katolicki kraj i G., który jest ateistą, gorąco zaręczał, że wszystkie wyglądają tak samo.

Malta słynie z uroczych drewnianych balkoników, chyba erkery się nazywają? – „zapachniało” motywem arabskim, prawda? Malta miała trochę najazdów Fenicjanów, Arabów i Anglików, ale nigdy się nie dała. O tym niżej napiszę.

I mamy, proszę państwa, nowoczesną Maltę – z eksluzywnymi sklepami rodem z londyńskiego Harrodsa.

Wolałam patrzeć na boki.

G. zaprowadził mnie na te schody i kazał mi wdreptać na górę. Bo Malta słynie ze schodów.

Tego czarnego konia też kazał nie przegapiać, ale co znaczył, to nie pamiętam. Google nic mi nie mówi.

I w końcu wspinaczka na fortyfikacje. Armaty na dole widzicie. I tu G. wykład historyczny mi zrobił z czasów drugiej wojny światowej. Malta była w głębokim sercu walk pomiędzy Niemcami, Włochami i aliancką Wielką Brytanią, każde z ich chciało tę wysepkę zrobić za kluczowy punkt strategiczny w wojnie o Afrykę. Oblężenie trwało trzy lata (1940-1943) i mieściło w sobie ponad trzy tysiące nalotów bombowych!! Uwierzycie? Taki hart ducha rodzimych mieszkańców jest porównywalny do naszego polskiego Powstania Warszawskiego, ale ile powstanie trwało a ile oblężenie Malty?

No podziw.

I stąd to już niedaleko do ogrodów Barrakka. Było baaardzo upalnie i szybko stąd się zmiotliśmy, ale parę zdjęć „Anetka tu była” trzeba obcykać.

I takie tam dalej zwiedzanie z perspektywy otwartego okna w porysowanym mocno aucie G.

Takie miniaturki też brylowały obok drzwi maltańskich domów.

Tu, hmm, gdzieśmy wleźli? Też chyba forty, ale z innej strony. Nieważne, ważne, że ładnie i Anetka tam.

Spacerowaliśmy dużo. Z tego spaceru pamiętam gofry z ostrym nadzieniem z jakiegoś food trucka, ten stateczek z „papieru” i …

mrożony sorbet cytrynowy – wyskrobana cytryna ze środka, zmiksowana z jogurtem, wrzucona do środka i zamrożona. Nie wiem co tam było, ale przyjemnie słodkie było.

Specjałem maltańskim jest Kinnie. Najprościej mówiąc – ziołowa coca cola. Prawie ziołowa, bo do tajemniczej receptury ziół dodane są gorzkie pomarańcze chinotto. Piłam tego dużo.

Ostatnie dni to Marsaxlokk z iście rażąco błękitnymi kolorami,

jedliśmy tu świeżo złowione ryby z pomidorami. Z widokiem na te łódki. No czym ja sobie zasłużyłam, no czym?

oraz Marsalforn. Chyba?

 

G. okazał się wyrozumiałym, otwartym i ciepłym kompanem podczas wielu naszych wspólnych podróży. Różne języki migowe nie stwarzały dodatkowych barier. Nasza znajomość trwa do dziś, z różnym natężeniem, bo mamy swoje życia, swoich partnerów i logiczne, że nie wywalamy wzajemnie swoich prywatnych problemów bez potrzeby. Zaufanie pozostało, jak i pozostała świadomość, że gdzieś na maleńkiej, włoskiej wysepce jest ktoś, kto Ci pomoże w razie naprawdę czego.

Podczas naszych wypraw wspominaliśmy znajomych z całego świata poznanych na World Federation of Deaf Camp. On nie cierpiał Gagana z Indii, z którym ja miałam długi czas dobry kontakt, ja z kolei nie cierpiałam Nicoletty, jego bliskiej kumpeli z Norwegii. Za to parę osób z Nowej Zelandii, Australii i Costa Rica wciąż jest w naszych kontaktach. G. zwiedził w ten sposób Dmitra z Bułgarii i poznał ten kraj, poleciał też do Rzymu ze swoją narzeczoną, gdzie oprowadzili ich chłopaki poznane na tym obozie. Głusi są różni, i takie podróże wcale nie muszą znaczyć przygodnego seksu, uprowadzeń czy tajemniczych zniknięć. Na WFDC jeżdżą porządni, odpowiedzialni i aktywni społecznie niesłyszący ludzie z całego świata. I takie są też nasze znajomości. Ufamy sobie, ale przede wszystkim – na pierwszym miejscu stawiamy zawsze nasz instynkt i plan B, C i D.