Przyleciałam do Anglii latem w 2007 roku. W Polsce rzuciłam biurową pracę, studia podyplomowe i parę wolontariatów. Po miesiącu aklimatyzacji zaczęłam szukać pracy i robić rozeznanie pod swoim kątem. Czyli pod kątem osoby niesłyszącej. W miejskiej bibliotece w internetach znalazłam lokalny klub dla głuchych, coś jak związek dla niesłyszących. Natychmiast tam poszłam. 

Za biurkiem siedziała pani – w średnim wieku, zadbana, uśmiechnięta, z krótkimi, falującymi włosami. Migając w angielskim migowym zaprosiła mnie do środka.

 

Kto by przypuszczał, że właśnie coś się zaczęło?

 

I kto by przypuszczał, że dwanaście lat później coś się skończy?

 

Nazywała się Amanda. Od razu wprowadziła mnie we wszelkie tajniki środowiska niesłyszących w King’s Lynn – wtorkowe spotkania przy kawie, sobotnie wieczorki bingo, naukę angielskiego języka migowego oraz możliwość uzyskania odpowiednich zasiłków. Powiedziała mi wówczas, że niedawno zaczęła, że dopiero się rozkręca, że ma sześcioletniego syna, Oliviera, głuchego i zaimplantowanego, że uwielbia nasz świat, że zrobi wszystko, by nam pomagać, że cieszy się, że 

 

właśnie została głównym menedżerem West Norfolk Deaf Association.

 

Pogratulowałam jej. 

Amanda w pierwszym miesiącu po moim przyjeździe siedziała godziny przy telefonie próbując mi załatwić zasiłek dla niepełnosprawnych (Disability Living Allowance). Czekając na odbiór konsultantów telefonicznych spędzałyśmy minuty opowiadając sobie o swoim życiu, była ciekawa życia niesłyszących w Polsce. Chętnie opowiadałam jako, że też pracowałam ‚za biurkiem’ i miałam dostęp do wielu informacji. 

Stałam się regularną bywalczynią tegoż klubu. Poznałam Lindę, Gillian, Jenny, i innych, wszyscy w podeszłym wieku, wszyscy się znali ze swoich szkół, z młodości. Ale to nie przeszkodziło w nawiązaniu wieloletniej znajomości. 

Przez kolejne lata objeździłam z nimi kawałek Anglii, nauczyłam się angielskiego migowego, posmakowałam lokalnych kuchni, atrakcji, przeżyłam dużo niezapomnianych chwil w miejscach, do których zazwyczaj bym nie poszła. A oni wiedzieli o moim rozwodzie, przeprowadzkach, operacjach, bardzo chętnie pomagali. 

Ta grupa to była mieszanka – głusi mówiący, głusi migający, słabosłyszący mówiący, słabosłyszący migający, zaimplantowani. Niezależnie od stopnia wymowy wszyscy oni znali język migowy. I nie patrzyli na wielkość literki G (deaf czy Deaf – jeden pies dla nich), to starsze pokolenie, inne myślenie, pozbawione etykietowania internetowego jak ma to miejsce dzisiaj. 

 

Amanda przez ostatnie lata sprawiła, że West Norfolk Deaf Association wyrósł w potęgę na skalę hrabstwa Norfolk. Uzyskała wiele funduszy, sponsorów, tłumaczy BSL (British Sign Language) i pracowników, załatwiła wizytę królowej Elżbiety. Była niezłomna, zawsze uśmiechnięta, zawsze rzucająca swoją pracę, by znaleźć czas dla głuchego, który właśnie przyszedł prosić o pomoc. Nie zdarzyło mi się, by odmówiła czegoś. 

 

Nie widziałam jej ostatnie dwa lata. Wiedzieliśmy, że ma krwiaka mózgu i, że rodzina zabroniła jej pracować. Zastapił ją cały zespół fantastycznych „Pań za biurkiem”. 

 

Kiedy rok temu zwolniłam się z huty postanowiłam urozmaicić sobie wolne dni i zapisałam się na wolontariat w małym mieście pod King’s Lynn do księgarni ze starymi książkami („No8 The Old Bookshop”) i sklepu charytatywnego z ramienia WNDA, a które oba prowadziła Sarah, siostra Amandy. I ona również znała świat głuchych i udzielała się społecznie w tym środowisku. Kilka miesięcy wolontariatu znacznie poszerzyło moją wiedzę o historyczną i kulturową Anglię. A to z kolei bardzo mi pomogło zdać testy na obywatelstwo brytyjskie. 

 

W magazynie księgarni wertując angielskie i rzadkie klasyki

 

Miesiąc temu rozpoczęłam proces przeprowadzkowy do innego miasta. Zaczął się dla mnie trudny czas, czego efektem był poważny spadek zdrowia. Między innymi dostałam pismo od Disability Living Allowance, że czas na weryfikację. Poszłam do Deaf Centre, by mi zadzwonili (bo jak na ironię nie było innego sposobu kontaktu z urzędem od zasiłków). Za biurkiem siedziała Trish, która rok wcześniej łaziła ze mną jako tłumacz do urzędu pracy w celu załatwienia statusu self-employed (samozatrudniony) a, która obecnie trzyma w ryzach cały WNDA. Była zapłakana. 

 

„Amanda odeszła wczoraj.”

 

Czy to nie ironia czasu?

Ten zasiłek DLA taki symboliczny – Amanda go zaczęła i Amanda go „kończy” poprzez Trish. Przyjechałam do Anglii, kiedy Amanda została menedżerem, wyprowadziłam się z King’s Lynn, kiedy przegrała walkę z krwiakiem mózgu. 

 

Wierzycie w przypadki? Bo ja nie. 

 

Cały rozdział się zamknął. Kilka dni temu byłam na jej pogrzebie. Amanda miała trumnę z grubej wikliny, przeplatana z kwiatami. Było bardzo dużo ludzi, wszyscy moi niesłyszący znajomi. Był tłumacz BSL, który też nie umiał powstrzymać się od łez. Ceremonię otworzyła całkiem trafna piosenka „Runnin’” Beyonce. Były przemowy, był chór migający ulubioną piosenkę Amandy, były białe róże rzucane w trumnę leżącą już w rozkopanym w ziemi dole.

Milczałam o sobie większość czasu, dopiero kiedy żegnałam się z Patricią (jedna z Pań za biurkiem, najbliższa mi) wybuchłam płaczem: „Kiedy poznałam Amandę to wszystko się dopiero zaczynało, a kiedy wyprowadzam się to wszystko to się skończyło…” 

 

Pogrzeb Amandy E. Kenny

 

I jeszcze jedno.

 

W King’s Lynn istniała jeszcze Florence Cafe. Zaprowadził mnie do niej mój były mąż, bo się otworzyła właśnie (rok 2007). Kawiarenka była utrzymana w średniowiecznym stylu – nierówne podłogi, belki sufitowe, zapach drewnianych mebli z tamtych czasów. Prowadziły ją dwie siostry – takie do przytulenia – Sharon i Amanda. Kafejka stała się moją ostoją przez kolejne lata – siedząc w niej napisałam kilkadziesiąt notek na bloga, do swoich książek. Miałam swoje miejsce przy oknie, miałam swoje ulubione herbaty i ciasta kawowo-orzechowe przyrządzane przez właścicielki. 

 

Florence Cafe i moje notatki

 

Pół roku temu powiedziały mi, że nie dadzą rady dłużej, z przyczyn zdrowotnych. Podziękowałam im, uściskałam je. Czułam podskórnie, że to początek końca. 

Wkrótce na miejsce Florence Cafe powstała inna kawiarenka, ale nie znalazłam już dla siebie tam miejsca. Poczułam się bezdomna ze swoim laptopem. 

 

Podczas przeprowadzki do innego miasta załatwiłam transfer z pracy, dzięki czemu utrzymałam ją i oszczędziłam sobie nerwów szukania nowej, co nie jest łatwe w mojej sytuacji. I kiedy przyszedł ostatni dzień pracy w King’s Lynn, zgadnijcie kto właśnie przyszedł na moje miejsce?

 

Amanda z Florence Cafe. 

 

Uściskałyśmy się. Ja jeszcze miałam łzy w oczach.

 

Przypadek? Te dwie historie, najważniejsze, bo jest jeszcze kilka mniejszych o bardzo podobnym wydźwięku, są swoistym dowodem, że ludzie w naszym życiu nie są przypadkowo. Mamy na siebie wzajemnie ogromny wpływ, z którego bardzo często nie zdajemy sobie sprawy. I to z kolei też rodzi pytania retoryczne – coś istnieje poza naszym rozumem, coś działa po swojemu bez naszej wiedzy, coś sprawia, że sytuacje mają zawsze właściwe miejsce i właściwy czas. Że energie i dusze i cokolwiek tam istnieje ma jak najbardziej swoją rację bytu a nam pozostaje tylko biernie brać w tym udział, obserwować, przeżywać, zaskakiwać się i zdumiewać. Zawsze coś się kończy, zawsze coś się zaczyna. Tylko my nie zawsze jesteśmy uważni i czujni, by dostrzegać takie zależności. Ja u siebie już tak dostrzegłam – jestem od zaczynania, jestem od kończenia, jestem zawsze na właściwym miejscu i we właściwym czasie. Zauważam i kojarzę zdarzenia i sytuacje z wieloletniej perspektywy, łączę to ze sobą i widzę skutki, efekty swoich „działań”. Czy ja jestem niewolnikiem czegoś wyżej? Co mnie pcha bym to robiła? Co mnie ciągnie, bym zawsze była tam gdzie trzeba? Nie chciałam jechać na ten pogrzeb, ale dużo czynników sprawiło, że po prostu musiałam tam być – zatem nie oponowałam. Nie walczę już, bo wiem, że i pieniądze i środki i sytuacje zawsze się znajdą. 

 

Za dużo naraz mi się dowaliło w czerwcu. Za dużo brutalnych zakończeń, początków, nie umiałam sobie z nimi poradzić również psychicznie. Organizm mi totalnie siadł i pojechałam na biorezonans do Cambridge po konkretną pomoc. Ale już powoli wracam do równowagi i stopniowo staję na nogach, w nowym już miejscu. 

 

Piszę teraz ebooka. Miał być tylko o Skye, ale w świetle ostatnich wydarzeń stwierdziłam, że włączę również rozdział o King’s Lynn. W końcu dwanaście lat w tym mieście do czegoś zobowiązuje. Książka będzie o miejscach, które odwiedziłam, a które nie były przypadkowe – Skye i Szkocja, Turcja i Tadżykistan, Maroko, King’s Lynn oraz niedoszłe Gruzja, Iran i Armenia. To wszystko to się łączy i ma swoją historię. 

 

A ja jestem historią, którą opowiem.