Wiecie ja jestem taki detektyw, muszę, tak muszę, czytać różne rzeczy, przeżywać je, filtrować je, unosić jedną brew, odkładać i szukać dalej. I analizować i przeczekiwać i wymieniać się spostrzeżeniami i jeszcze raz analizować.

Tego ostatnimi dniami było sporo, nie powiem. Ciężka próba, i pisząc tę notkę mogę już chyba stwierdzić, że najgorsze za mną.

Wszystko zaczęło się od Madery. Miałam tam lecieć z dwiema kumpelami 20-tego marca.

 

Istnieje dużo teorii spiskowych odnośnie genezy i rozszerzania się koronawirusa Covid19. Nie mylcie nazw, bo mój HCV to też ludzki koronawirus. I koronawirusami są też wszelkie odmiany i mutacje gryp z poprzednich lat. I ludzie też na nie umierają w wyniku powikłań lub sprzężonych chorób autoimmunologicznych. Tyle, że statystyki i media milczą.

W przypadku Covid19 ludzkość postanowiła się pobawić. 

Czym?

Strachem.

Wojny i karabiny i lejąca się krew są już passe, niemodne i nie ruszają praktycznie nikogo. Trza było wymyślić coś silniejszego, coś, co pokłóci ludzi, osłabi ich siłę i pewność siebie. Podda wątpliwościom i powali na kolana. Dosłownie. 

Podobna metoda była z World Trade Center 11-ego września 2001 kiedy to poprzez rzekomy atak terrorystyczny chcieli „zmusić” ludzi do posłuszeństwa. Od tamtej chwili wszyscy wiedzieli gdzie jesteś i co robisz. Nie było i nie ma szansy się ukryć. Rządy wiedzą o Tobie wszystko i nie pomogą protesty by podjąć kolejny krok – czipowanie, co zresztą i tak już się dzieje. Poprzez atak na dwie wieże wzbudzili skutecznie w ludziach strach przez zapewnienie pozornego bezpieczeństwa. 

Podobnie z tym wirusem. Tylko, że poszli jeszcze dalej. Bo wykorzystali najpotężniejsze narzędzie w historii – Internet. 

Telewizję nie każdy już ma, odchodzi do lamusa ze względu na cenzurę i powtarzalność schematów. Internet daje wolną rękę do działania, do wyrażania opinii i manipulowania. Tam nie ma cenzury i można praktycznie wszystko. 

W ostatnich tygodniach obserwowałam wszelkie fazy paniki w różnych krajach, analizowałam zależności (na czele z Tradycyjną Medycyną Chińską, której ja wierna i umiłowana fanka), wyczekiwałam odpowiedzi, które przychodziły na bieżąco. 

I wyczekiwałam również zasłużonego urlopu na Maderze z dwiema kumpelami. To miał być babski wyjazd, totalny luz, leniuchowanie, plażowanie, górskie trekkingi i wieczorne obżarstwa. Nie byłam nigdzie ponad dwa lata i okrutnie brakowało mi słońca i odmiany od otoczenia. Miesiąc wcześniej spotkałyśmy się we trójkę w Birmingham i obgadałyśmy wszelkie detale.

Przymierzyłyśmy też kapelusze.

Dwa tygodnie przed wylotem panika Covid19 przeniosła się na Maderę. I na nas. Bo co tam praca, otoczenie, najbliżsi –  wiadomo, że w tych sferach musiała być wzmożona ostrożność. Myśmy samego wirusa się nie bały, bałyśmy się, że nam anulują wycieczkę. Od tej chwili codziennie kilkadziesiąt razy dziennie czytałam wiadomości na temat Covid19. I obserwowałam siebie i swoje ciało.

Tydzień przed odlotem miałyśmy 5% nadziei, że jeszcze polecimy. I ten dupne 5% siało taki mętlik w głowie, trzymało w napięciu, stresie i pchało, by czytać ciągle coraz to nowsze newsy o wirusie. Byłam w stresie i widziałam, co strach robi z moim ciałem.

Widziałam też również, co strach robi z moją duszą, kiedy czytałam teorie spiskowe z dziedziny matrixu duchowego – przemiana Ziemi z 3d na 5d, intensywniejsza praca Lightworkerów (Pracowników Światła vel Dzieci z Gwiazd), prace Plejadianów nad mutacją wirusa (nanoproszki, itd), żniwa dusz przez Siły Ciemności, wywiady byłych wojskowych odnośnie pierwszych eksperymentów wirusa w Chinach (częstotliwość 5G, energia odnawialna w postaci zwłok ludzkich po nieudanych eksperymentach), sprzeczne informacje i statystyki płynące z różnych stron świata – że to zwykła grypa, że przeżyliśmy ptasią, świńską, SARSy, wągliki, wściekłe krowy itd, że to tylko strach zabija a nie sam wirus, że nie ma co panikować, że wirus nie roznosi się przez powietrze i maski są zbędne, że wirus jest na tyle duży, że maski odfiltrują spokojnie, żę weganie nie muszą się niczego obawiać (serio??!!), że wysoko uduchowieni mają zarąbistą ochronę, że wirus jest lustrem naszych lęków, że ta zaraza to zasłona dymna czegoś większego, blablabla… Od groma tego. Oszczędzam Wam tutaj szczegółów – jak chcecie wiedzieć więcej to macie internet, google i ego do zaspokojenia. Jak coś, to ja mam wysłużoną maskę, w której biegałam zimą i jeździłam na desce. Dla szpanu? Nie, bo jako posiadaczka HCV jestem w grupie wysokiego ryzyka. Nie szkodzi, że niejednego wirusa grypy przeleżałam naturalnie, nie szkodzi, że nie szczepię się na grypę, bo mnie to osłabia, nie szkodzi, że przeżyłam mononukleozę (wierzcie mi, to nic fajnego w porównaniu z tym koronawirusem), nie szkodzi, że już nie mam nieruchomych rzęsek i nie muszę się (ani moi rodzice) truchlać się o każdy oddech poza domem. W pracy na dniach będę musiała ubierać.

Błagam, darujcie sobie panikę w sklepach i te nieszczęsne puste półki i dostawy online. Ja tu mam klientów, którzy są w beznadziejnej sytuacji zdrowotnej i nijak nie możemy im pomóc, by zapewnić podstawowe środki higieny i żywność.  Ja sama papier toaletowy znalazłam w szóstym z kolei sklepie, po odstaniu kolejki przed otwarciem. Nie wspominam o makaronach, ryżach, mydłach – moi klienci na wózkach inwalidzkich są po prostu wściekli. Mamy w pracy wysoki poziom reagowania i cieszę się, że głusi świetnie dają sobie radę, pozostają profesjonalni w swoich zawodowych obowiązkach. Mogę wymieniać dużo przypadków z mojego najbliższego otoczenia i nie mogę nic zrobić, by pomóc, tylko słuchać, wspierać i zapewniać, że to tylko chwilowe. 

 

Ja sama byłam z dala od tego wszystkiego, ale moje ciało to czuło. Wiedziałam, że słowa COVID19 i KORONAWIRUS  nabyły niesamowicie potężnej i traumatycznej energii. Powstało bardzo silne pole atraktorowe/wahadło, w które niemal wszyscy się wciągali.

I ja również, bo chciałam na Maderę i naturalnie, że mnie to dotyczyło. Chciałyśmy, by wyspa zamknęła w końcu swoje granice i te maleńkie 5% zniknęło z głowy. Popłakałam się nad sobotnim śniadaniem. Mój M. wiedział, że nie polecimy i tak i tak, że zdecydowałyśmy się anulować, ale słuchał cierpliwie, bo wiedział, że muszę te 5% wypłakać i wygadać. 

I tak się stało wczoraj rano. Madera nie miała żadnych zachorowań Covid19, ale zamknęła się całkiem. Wskutek tego nasze biuro podróży anulowało wycieczkę i kazało czekać na rozwój sytuacji. W jednej chwili całe napięcie ze mnie zeszło, uleciało jak powietrze z balonu. A razem z tym napięciem poczułam jak odpycham się całkiem od pola energii koronawirusa. Zniknął uporczywy katar i ból gardła trwający od kilku tygodni (podejrzewałam alergię na roztocza od mojego kota). Nie miałam żalu, że nie polecę, jakoś to po mnie spłynęło. Trochę się dziwię temu, ale najwidoczniej sam temat Madery był dla mnie swoistą lekcją.

Dziś jest drugi dzień kiedy czytam newsy i kompletnie mnie one nie ruszają, nie dotyczą. Poczułam się silniejsza, znowu sobą, mocniejsza. Wiem, że od jakiegoś czasu trwa we mnie faza kończenia i przygotowywania się. Stąd celowe odcięcie się od social mediów od Bożego Narodzenia i pisanie trzech mocnych ebooków. 

Temat Madery vel Covid19 był mocną lekcją dla mnie, ale i też dowodem, że dosłownie każdy może wpaść w negatywne energie i zaszkodzić swojemu ciału i duszy. Ja chciałam chronić innych przed pseudoduchowością, by nie wchodzili tam, gdzie jest podejrzanie, chciałam by ludzie nie afiszowali się pychą i swoimi oświeceniami & weganizmami, że to niby ich nie dotyczy, chciałam, by mieli więcej pokory wobec „to tylko zwykła grypa„.

To już nie jest tylko zwykła grypa – to potężna współczesna broń biologiczno-medialna, której podstawowym narzędziem jest tylko i wyłącznie Internet. Nic więcej.

Reszta to robota Waszego strachu. Strach zabija, osłabia straszliwie układ odpornościowy, zwłaszcza, jeśli na coś chorujesz już. „Zwykła grypa” daje radę u każdego, bo zwrot ten ma słabą energię, taką „do przejścia, do przeleżenia” a Covid19 już nie – jak już telewizja i internety zaprogramują Cię, że to śmiertelna choroba to nie ma się zmiłuj – jego energia zabójczo rośnie i działa na każdy kwant Twojej duszy.

I ekonomii na całym świecie.

 

Żyjemy w historycznych czasach. Na naszych oczach trwa współczesna wojna oparta na Twoim umyśle, na jego programowaniu. Obrywa również dusza, ona nie wie się gdzie podziać, bo przecież siedzi w ludzkim ciele, którym rządzą ziemskie instynkty – strach o przetrwanie, strach o godność ludzką. I jak widzicie – to właśnie ziemskie instynkty bywają silniejsze od racjonalnego myślenia i społecznej empatii. Mimo, że w Chinach już się podnoszą, we Włoszech panika się spowalnia (ludzie są już zmęczeni strachem i poddali się) to u nas to dopiero się zaczyna.

 

Ale wiedzcie no i ja Was ładnie proszę – stosujcie się do zaleceń epidemiologicznych, myjcie ręce, zostańcie w domach, nawet kiedy macie alergię czy zwykły katar (nie dla siebie, dla innych, by nie siać paniki), otaczajcie się miłością, spokojem, pomódlcie się, ale tak bez strachu, bez oczekiwań, pomedytujcie, zróbcie zakupy dla starszych sąsiadów, wyłączcie telewizory z wiadomościami i apki z newsami w telefonach, weźcie jakieś dobre książki, zróbcie to co wszyscy – zrealizujcie zaległe plany, bo „zawsze zapominam„, „nie mam czasu, bo muszę obiad ugotować”. Zwizualizujcie sobie ochronne kokony przed negatywnymi najazdami brzydkich kwantów, wysyłajcie swoim najbliższym słowa otuchy, serdeczności, wsparcia. Pijcie kwas askorbinowy z żywą witaminą C, jedzcie MSM (siarkę organiczną) oraz hurtowe ilości witaminy D3 z K2. I będzie dobrze. Jak każdej zimy.

A jeśli Was złapie tegoroczny wirus to powiedzcie swojemu ciałku, że go zwyczajnie wyleżycie i dobijecie jak każdą zwykłą grypę. Bo rosół na udkach z kurczaka wciąż ma silną energię i pomaga 🙂

Buziaczki ze zdrowiem,

Anetka