Dawno, dawno temu w Chinach stosowano wymuskaną strategię tortur i dożywocia w jednym. Więzień mieszkał sobie w wypaśnych warunkach, zamknięty oczywiście, ale do jedzenia dostawał tylko wino i mięso. NIC WIĘCEJ. Z pozoru nawet to się wydaje smaczne i spoko całkiem. Na efekty jednak nie trzeba długo czekać. Organizm pozbawiony potrzebnych mu do życia minerałów, witamin, był zmuszony radzić sobie z okrutną monodietą. Biedak szybko zaczął uskarżać się na potworne bóle brzucha, brak stolców, wymiotował lub biegunkował, miewał halucynacje i omamy, zapadał w nienaturalnie długie sny. Wino i mięso mu brzydło i z bólu już głodował. Umierał w okrutnych mękach z wycieńczenia albo… z zakwaszenia.

Ta tortura jest do dziś stosowana.

U Was.

Ino agonia jest przedłużana (powiedziałabym – wspomagana) poprzez lekarstwa, kulturę i nieprawidłowe łączenie pokarmów.

 

A w ogóle co to za ściema po mediach i magazynach dla kobiet krąży? I po babciach i pielęgniarkach?

„Jedz 5 razy dziennie !”

„Jedz częściej, ale mniej!”

„Owoce 5 razy dziennie !!” (poważnie, owoc pięć razy dziennie???)

„Zjedz mięso, ale ziemniaki zostaw !”

„Zjedz tego steka wołowego, ma dużo żelaza, a Ty miesiączki masz słabe.”

 

A po kurczaku z ryżem i fasolą szparagową na kolację to tak napuchną Ci mięśnie, że ojojojjj…

Ale po co zupa do drugiego dania? I w ogóle kto to wymyślił, żeby obiad składał się z dwóch dań? I zaraz po nim podwieczorek!! Lub co gorsza – OWOC.

Bo zdrowy.

 

Nie, moje kochane słoneczka, nie. To wszystko to bujda, ściema na resorach i w ogóle sprytny marketing, byście kochane moje słoneczka…

CHOROWAŁY.

 

I wykupywały nieskończone regały leków na wzdęcia, zgagi.

Oraz kwieciście wyklinały na niesprawiedliwy los, bo rak się przypałętał.

 

Zresztą wódką zapijecie tego raka. Jasne.

 

 

Ale po kolei.

Natura nie jest głupia, jest cholernie arcyinteligentna. Ciało człowieka również jest cholernie arcyinteligentne. Tylko na biologiach nas tego nie uczą. Uczą anatomii, poszczególnych układów, ale nie patrzą całościowo. I taka wybiórczość zostaje aż do uzyskania tytułu doktora. Student leci drobiazgowo przez każde komórki, by potem specjalizować się w jednym układzie (oddechowym, trawiennym, wydalniczym, itd.) Skupia się tylko na nim, bo tak został nauczony. Gastrolog nie wie jak działa krążenie, proktolog nie wie jak działa dwunastnica, psychiatra nie wie, że drugi mózg mamy w jelitach, kardiolog nie wie, że brak jodu to kłopoty z tarczycą, a psycholog nie zwróci uwagi, że depresja to niedobór niacyny. Doktorzy robią to co ich nauczono i wykuto po nieprzespanych akademickich nocach. Nie ich wina, chcą przecież dobrze i zaślepieni swoją wąską wiedzą, jak przez mgłę, przepisują coraz to nowsze leki, nie zważając na skutki uboczne reszty organizmu. Ba, skoro drogie to musi działać. I tyle.

 

Również dietetycy na instagramach i w prywatnych przychodniach koszą niezły hajs. Człek chce się odchudzić, wrócić do zdrowia, biegać znowu, więc idzie do takiego, wykłada mu swój katalog chorób a dietetyk układa mu żarciospis.

 

Popularne aktualnie promotorki zdrowego odżywiania (czy to wegetariańskiego czy to wegańskiego, to nieważne) śpią na zielonym sianie, które Wy sami im zapewniacie. Ze szkodą dla Waszego zdrowia. Przeglądając ich codzienne menu, które wystawiają w milionowych nakładach dla Was, ja po prostu łapię się za głowę, ręce mi opadają, zgroza najokrutniejsza mnie bierze…

 

Na przykład: posiłki trzeba jeść pięć razy dziennie, dzień zaczynają od tłuszczy czy białka, owoce w ciągu dnia, bardzo fatalne połączenia pokarmów, lista do czepiania się jest długa.

 

Takie promotorki pseudozdrowego odżywiania się mają nikłą świadomość mechanizmów ciała. Liczy się tylko wygląd i płaski brzuch. Zresztą, naprawdę to one same układają Wam te śmieciospisy? Proszę Was…

A już bardzo wątpliwe, że mają jakąkolwiek wiedzę o jedzeniu.

Bo to, że biały cukier (cukier trzcinowy też!!), gluten z pszenicą na czele i mięso to wszelkie zła to naprawdę, naprawdę nie wystarcza.

 

Wiem, że nie wierzycie w takie rzeczy, ale pisać trzeba.

 

Każda rzecz na Ziemi ma swoją świadomość. Mamy ją my, mają ją zwierzęta, maja roślinki i chrabąszcze. Różne poziomy tej świadomości. W tej świadomości zawiera się swoista energia. Energia zdolna zmieniać nasz własny kod genetyczny.

 

I dalej.

 

Każdy pokarm, który wrzucamy i miętolimy w buzi zawiera w sobie INFORMACJĘ.

 

Ta informacja, już w momencie żucia, i łączenia się z enzymami w Twojej ślinie, zostaje kierowana do mózgu i kanalików w całym ciele (kanaliki to organ, pominięty w edukacji biologicznej & medycznej). Ciało uzyskawszy daną informację przystosowuje swoje procesy trawienne, oddechowe i poznawcze tak najlepiej, jak tylko potrafi.

 

I stara się to robić, nawet jeśli jesz wczorajszego, odgrzanego schabowego na śniadanie czy sałatkę owocową z orzechami, polaną „zdrowym” syropem klonowym na kolację.

 

Twoje ciało BARDZO DUŻO wybacza. Ale Ty o tym nie wiesz. 

 

Każdy pokarm zawiera w sobie informację, którą przekazuje ciału a te od razu wie co ma robić, by ten pokarm przetworzyć, przyjąć, strawić.

 

Z tym, że śmieciowe żarcie nie zawierają żadnych informacji. Pokarm z fasfudów, sztuczny, oparty na białym cukrze i glutenie – jest martwy. Twoje ciało jest zdezinformowane i chaotycznie próbuje to przetrawić.

 

Ale nie zdąży, bo ledwie co zjadłeś schabowego na śniadanie a już na drugie śniadanie wrzucasz do żołądka owsianego batonika fit. I ledwo co schabowy dostał się do wątroby, batonik jest dopiero w żołądku, pławi się w kwasach, których nie masz i tak, a już nagle wpychasz do buzi rosół. Bo toż pora obiadu ! Rosół gotowany na kilku mięsach jest bardzo, bardzo ciężki do strawienia. Ciało jest totalnie rozkojarzone. I jeszcze dowalasz mu za chwilę biesiadnym drugim daniem. Z kapustą kiszoną i tartą marchewką z majonezem. Pękasz, nie mieści się nic ani w żołądku bez kwasów, ani w wątrobie, a jelita po prostu już nie trawią, pękają w szwach. A, że za dużo białka (ah te mięska w rosole i zrazy wołowe) to czujesz przemożną potrzebę zjedzenia czegoś słodkiego. Czegoś lekkiego, może być biszkopt z galaretką owocową z owocami. Tego już za wiele. Owoce są kwaśne, fermentują się błyskawicznie, tworzą pleśnie, grzyby, toksyny, tak samo trujące jak alkohol. Wątroba siada, ale Ty jej „pomagasz” jedząc kilka hepatilów. I piwko jeszcze, i szocik na zdrowie pary młodej. Jeszcze się nie otrząsnęło Twoje ciało a już musi lecieć za smażonym łososiem w wegańskim majonezie, podawanym z pieczonymi gruszkami. O, jeszcze kanapeczki bezglutenowe z oliwkami zostały, zjesz trochę, bo zdrowe i wegańskie w ogóle.

 

 

Yh.

 

 

I dalej już.

 

Pokarm się trawi co najmniej kilka godzin. Źle połączony – nawet kilkanaście godzin.

Żeby przyjąć kolejne am am, trzeba najpierw wydalić wcześniejszy am am. Ale tego nie zrobisz, bo masz zaparcia.

 

I czujesz ssanie w żołądku, które tak naprawdę tym głodem nie jest !!

 

Ciało nie trawi już po godzinie 15-16. To co jesz po tej godzinie, leci na oślep na boczki, bolesne wzdęcia i lepki, bolesny kał.

 

Owoce powinny być jedzone tylko i wyłącznie do południa. NA CZCZO !! Nie wolno ich z niczym łączyć, z żadnymi orzechami, z żadnymi nasionami, żadnymi mięsami, tłuszczami, niczym !! Żadnymi awokado, żadnymi mlekami, no z niczym !!

Wyjątek stanowią warzywa liściaste, dlatego do każdego „zielonego szejka” spokojnie mogą wchodzić. Ale i tak najlepiej tylko jeden owoc.

 

Suszone owoce z orzechami/nasionami to jakaś porażka. Mieszanka studencka to sprytny chłyt marketingowy na tłuszcze zdrowe (?) i cukry i prędkość mózgową. I cudne zakwaszenie organizmu. A od zakwaszenia do raka szybka autostrada. Bo to się sprowadza do tego, że tłuszczy i cukrów nie łączymy !

 

Mięso ma świadomość, ma swój kod genetyczny DNA, bo każde żywe zwierzę go ma. Jedząc ten smażony, duszony czy tam grillowany kod genetyczny automatycznie zmieniamy swój własny.

Świnie mają ten kod DNA bardzo zbliżony do kodu ludzkiego. Zatem jedzenie świni, wieprzowiny w ogóle, to najzwyklejszy kanibalizm. 

 

 

Nieoficjalnie ogłaszam rozpoczęcie grillowanego kanibalizmu.

 

 

I najprostsza droga do wad rozwojowych nienarodzonych dzieci. Oraz wszelkich Twoich zaburzeń psychofizycznych w przyszłości.

To samo tyczy się laktozy i kazeiny.

Geny mają potężną moc i są zdolne tak przekabacić Twój organizm, żeby je dostosować do Twojego stylu jedzenia.

Im zdrowsze i organiczne i prostsze jedzenie u Ciebie tym szybszy będzie Twój powrót do zdrowia i w ogóle będziesz tryskał zdrowiem.

 

Słuchaj swojego ciała.

Daj mu odpocząć od trawienia, pozwól mu trawić w swoim tempie. Pość, pozwól sobie pogłodować świadomie. Post działa cuda, napiszę o tym. Ja sama zaczynam dzień od owoców, piję zrównoważone zielone szejki i potem to już tylko porządny obiad. Jeden posiłek dziennie naprawdę wystarczy.

Nie słuchaj doktorów, mediów, wegańskich instagramerów. Każde z nich popełnia srogie błędy wynikające ze zwykłej niewiedzy o ciele i jedzeniu. (Nie)świadomie Wam szkodzą.

Jest mnóstwo książek i blogów traktujących o leczniczym działaniu pokarmów i innych produktów (Gerson, Małachow, Siemionowa, Mercola, Pepsi Elliot, Nieumywakin).

Nie nabierajcie się na żadne cudowne diety Atkinsa, Cabot, bikini, szwedzkie, kopenhaskie, wszystkie one szkodzą. I zarabiają same na siebie.

Postawcie na jelita, nieprzetworzone jedzenie, na słuchanie swojego ciała ( jest różnica między słuchaniem ciała a własnego mózgu), postawcie na regularny post (taki do 16 – 24 godzin jest bezpieczny, dłuższy już nie). 

 

I nie marudźcie mi tu o chorobach i rakach. Bo wszystko da się wyleczyć.

 

Janusz z Rzymu. Nie bądź jak Janusz z Rzymu.