Ta notka będzie „krótka”, ale treściwa. Nie będę rozkminiać na atomy, tylko rzucę hasło do przemyślenia.

Chodzi o to, dlaczego niektóre style żywienia (weganizm, witarianizm) czy produkty roślinne, naturalne receptury nie leczą z chorób, nie odchudzają, nie poprawiają samopoczucia a wręcz je pogarszają.

Zauważałam pewną tendencję, nie tylko u siebie, ale i u innych również i to dało mi do myślenia. Odpowiedź znałam już na początku, potrzebowałam tylko „dowodów” i trzeźwości.

 

No bo popatrzcie, rzucę parę przykładów dla rozświetlenia:

  1. żyłaś sobie, uważałaś się za grubą, jadłaś co popadnie, ale Twoja figura była całkiem spoko, etapami zaczęłaś wkręcać się w zdrowe jedzenie, najpierw wegetarianizm, potem naturalne ubrania, kosmetyki, zero śmieci i w końcu weganizm z lekką witarianką. Zaczęłaś uprawiać intensywnie jogę i udzielać się aktywnie na ekologicznych social mediach. Schudłaś, wypiękniałaś i gorąco zachęcasz do tego innych służąc własnym przykładem. 
  2. jesteś chory na jakąś chorobę przewlekłą, masz dosyć klinicznych leków, które pogarszają Twoją codzienną jakość życia, chcesz spróbować czegoś naturalnego, szukasz po alternatywnej medycynie, po „znachorach”, robisz biorezonansy i kupujesz zestawy supli, mija tydzień za miesiącem i nic się nie zmienia, waga stoi w miejscu, Ty dalej na depresji, jesz wciąż to samo, no co jest?
  3. całe życie tryskałaś zdrowiem, szczęściem i takie tam, aż tu nagle jak gromy z błękitnego nieba spada na Ciebie diagnoza – rak płuc. Nie jesteś głupia, nie rezonujesz totalnie z doktorami, przecież nigdy nie chorowałaś i co oni tam mogą wiedzieć? Znajdujesz jakiś przepis z marchewką i selerami i witarianizmem w ogóle, odstawiasz cukier, gluten i nabiał. Codziennie pijesz litry soku marchewkowego. Po pół roku raka ani śladu. Piszesz opinię o tej terapii cała rozanielona. Szczęśliwa wracasz na swoje dawne tory życia i żyjesz długo i szczęśliwie. 
  4. Urodziłeś się chory, jakieś tam genetyczne ustrojstwa, za dziecka też czegoś się nabawiłeś, różne koleje losu sprawiają, że wpadasz w różne fazy i próbujesz weganki, witarianki, soków, supli i takich innych. Nic nie działa. Ale oprócz tego skupiasz się też na ludziach wokół siebie i działasz z nimi. I niespostrzeżenie znikają jedna choroba za drugą. A przecież jedzenie nic tu nie miało do rzeczy, bo de facto grzeszyłeś i poddawałeś się bardzo często. O co tu chodzi?

 

Macie wyżej różne przypadki i każdy ma swoją „rację”. Ale nie każdemu z Was znana jest przyczyna, podłoże, nie takie obecne, ale takie głębsze, naprawdę głębsze, takie za trzynastoma kulisami.

Nasze ciało to nie tylko biologia i chemia. To również fizyka, zwłaszcza ta współczesna, jeszcze nie do końca zbadana (energia kwantowa w naszym DNA). 

Jest nas blisko osiem miliardów ludzi, leci ciągła rotacja narodzin i śmierci, reinkarnacja trwa w najlepsze, życie to serio jedna chwila, nic nie znacząca z pozoru…

Każdy z nas ma swoją linię życia, swoje PRZEZNACZENIE. Dusza przed przyjściem na Ziemie wybiera sobie wcielenie, ustawia program do realizacji, wskazówki po drodze, całą gamę pomocy do przejścia przez labirynty, bo przecież na bank zapomni po co tu jest, co tu robi i jaki w ogóle sens tego wszystkiego. Niezależnie od wieku duszy, ale wraz z rosnącym stażem doświadczeń coraz częściej się zdarza, że dla starych dusz kompletnie obce i niepasujące są wzorce dla młodszych.

Każdy z nas ma swoje PRZEZNACZENIE. Przeznaczeniem powyższych przykładów jest właśnie

  1. stać się weganką, ratować świat i zwierzątka, przyciągać innych
  2. być na debecie duchowym, na skrzyżowaniu całe życie, poznać smak depresji, bólu, prób, szukania wyjścia
  3. być jedną z ziliona opinii na internetach, że terapia marchewkowa leczy raka – tak to też jest przeznaczenie
  4. naprawianie relacji rodzinnych, przeznaczeniem jest tu działanie energetyczne na innych, związanych ze sobą wcześniej osób (pamięć komórkowa DNA vel przodkowie vel własne choroby vel Totalna Biologia)

Tak więc widzicie – są siły równe i równiejsze i nie na każdego będzie działać to co Tobie uratowało życie.

Trochę o mnie.

Do 2016 roku żyłam se niewinnie – klasyki w postaci Pierwotnej Dyskinezy Rzęsek oraz HCV. W styczniu 2016 przeszłam histerektomię, która odmieniła moje życie duchowe. Poznałam Pepsi Eliot i wkręciłam się w uzdrawianie swojego ciała. Bo duchowość zostawiłam sobie. Zaczęłam żałować, że zdecydowałam się na histero, bo przecież mogłam się wyleczyć naturalnie i ocalić swoją macicę, swoją kobiecość. Tak samo z rzęskami i HCV – robiłam wszystko, byleby tylko nie tykać medycznego ZUA.

 

Raz poszłam na Tarota na kontrolkę, zapytałam go o HCV, czy dobrze robię, że wypisuję się z listy oczekujących, bo wciąż ponaglają i gonią. Czemu ja o to zapytałam?… On odpowiedział, bym jeszcze się wstrzymała, że jeszcze nie ten czas, że to jeszcze „wisi” i żadna natura nie pomoże mi wyleczyć ani wirusa ani rzęsek, że „problem nie siedzi we mnie, ale gdzie indziej„. I jeszcze jedno, na tej samej wizycie dowiedziałam się też, że

Twoja histerektomia była wpisana w Twoje przeznaczenie.

Te słowa już bębnią mi echami w głowie do dziś. Przeznaczeniem było PCD, jest HCV, jest cała masa innych „drobiazgów”. Wy też macie swoje przeznaczenia, nic tam nie macie nieprzypadkowego, niesprawiedliwego i bezsensownego.

 

Pepsi Eliot przeszła mi opornie, długo się z niej „leczyłam”. Zmieniłam swoje jedzenie na cieplejsze, z mięsem, bardziej dostosowane do potrzeb mojego ciała. Wróciła mi równowaga ciała i duszy. Zrozumiałam, że to nie to, że weganizmy i witarianki nie wyleczą mnie. Poszłam dalej.

W międzyczasie cudownie ozdrowiałam z nieruchomych rzęsek. Przyczynę znam tylko ja i nie była to rzekomo fałszywa diagnoza postawiona ileś lat temu w Rabce.

Od zeszłego roku czas mi się ładnie ułożył, sytuacja w pracy wymusiła mnie do ujawnienia się z HCV i dalej już samo poleciało. Dwa miesiące później dostałam z kliniki w Cambridge pocztą całą trzy miesięczną kurację – Zepatier (bez interferonu i rybawiryny). Przez 10 lat odwlekałam terapię i odwlekałam, nic mi nie pasowało, zawsze czymś się wymawiałam. Musiałam zrozumieć, że nie tędy droga, że wątroba i wirus w Totalnej Biologii mają się zupełnie inaczej i ja to już odpracowałam. Pozostało teraz tylko błyskawicznie wydupczyć wirusa i wiem, że tym razem już się uda. Nie mam żadnych wyrzutów sumienia, że szkodzę swoje ciało chemią, zaprogramowałam się odpowiednio, bez strachu. Moja Tarocistka zasugerowała, bym odbudowała się Tradycyjną Medycyną Chińską.

(UPDATE: Październik 2020 – terapia zakończona sukcesem, wątroba jest w porządku. Włączyłam do swojej codzienności jedzenie bazujące na filozofii chińskiej i zmieniłam i zmieniam swoje życie na takie jakie zawsze chciałam mieć – bez bólu, bez blokad. Właśnie – owe chińskie żarcie zbalansowało elementy Pięciu Przemian w moim ciele, tym samym odblokowało czakrę gardła – zaczęłam mówić do ludzi, na social media, dosłownie.).

Pepsi by mi nie pomogła i jestem pewna, że jej wiedza nie pomaga wielu, wielu innym dojrzałym/starym duszom z bagażem doświadczeń, z zilionami uczepionych łańcuchów z wszelkich wymiarów i czasów. Ona może pomóc tylko tym, którzy z nią zarezonują na daną chwilę – są letcy, młodzi, złaknieni, naiwni, jeszcze niewyprawieni w ziemskich kuluarach.

A dojrzałe/stare dusze takie nie są. One potrzebują innych dróg, innych sposobów, innych przewodników. Potrzebują holistycznego, ale zarazem indywidualnego spojrzenia na siebie. Potrzebują pracy z energiami, wizualizacji, potrzebują Totalnej Biologii, starożytnych medycyn i filozofii, potrzebują trudnych rozmów z ludźmi, naprawiania dziwnych relacji, uwalniania się od nich. Sok marchewkowy o kant potłuc.

Rzeczy z bagażu siłą nie wyciągniesz, nie wypolerujesz, nie zadusisz, one same muszą niespostrzeżenie „się zgubić” gdzieś po drodze.