Krótkie podsumowanko z ostatniego roku. W wielkim skrócie. Na szybkiego. O tym, ile Anetka musiała się nagryźć paznokci, by dojść do punktu, w którym teraz się znajduje. Nie ma już więcej bimbania się po omackowych zakrętach, widać jasną, wyraźną prostą ku celu.

Bo, żeby w życiu reszta się ułożyła najpierw musi być uporządkowane zdrowie.

 

Od urodzenia dużo chorowałam na różnego rodzaju zapalenia dróg oddechowych. Szpitale, sanatoria, ciocie-pielęgniarki, jedna wielka rodzina przez lata. Rodzice ciągnęli po bioenergoterapeutach, ziołach szwedzkich, okładach z ziemniaków, rosyjskich naturopatach, bicomach. Dużo tego było. Ale jak to bywa, równowaga musi być – co natura pomoże to szpital zaszkodzi. 

 

W 12 roku życia była diagnoza na zespół nieruchomych rzęsek (PCD) i zalecono profilaktyczne solankowe inhalacje. Przestałam chorować na wieczne zapalenia płuc. Dzieciństwo się bujnęło, ale nastolatkostwo się otworzyło. Hejże rolki, skakanie w gumę, koleżanki z klatki i ze szkolnej ławy i liceum !!

 

Później, co było? Tatuś kazał mi intuicyjnie przestać pić mleko. Generalnie laktozę jeść. Pomogło. To było późne liceum. Na studiach przeleciałam książki o diecie zgodną z grupą krwi i stwierdziłam, że mięso faktycznie jest nietolerowane przez moje ciało. Jadałam, ale rzadziej, drobiowe schabowe (bo dobre, bo niedzielny obiad, bo białko), wołowe (bo żelazo i wapń a ja anemiczka). Innego rodzaju mięs jakoś nie lubiłam. Generalnie w domu rodzinnym było po domowemu, dużo soków warzywnych, darów z ogrodów, sadów. Ale miałam kompleksy na punkcie swojej figury, nadwaga dobijała. Jakieś diety się przewinęły, kopenhaska, sztokholmska, bikini, itd. Bez skutku, nie dla mnie. Jadałam 4-6 posiłków dziennie, no studia w rodzinnym mieście, wyjścia, itd. Piłam piwa Reddsy, zdążyłam się raz upić blue bolsem na tyle, by lekko urwał się film.

 

Wciąż chorowałam, ale nieznacznie, ledwo jakieś zapalenia zatok, gardła, anginy, oskrzelka, nic poważnego. Nawet mniej niż przeciętny Polak. Antybiotyk był obowiązkowy, nie było innej opcji. Ślimaczym tempem rosła wewnętrzna wytrzymałość ciała. Więcej sportu, ruchu, baseny, badminton, tai chi, rowery, ale to poważne kardio jeszcze nie było, wciąż była porażająco niska wydolność oddechowa (bo rzekome PCD).

 

W 2005 roku, miałam wtedy 25 lat, podczas wszczepu implantu ślimakowego wykryli mi wirusa HCV. W ciągu pół roku dostałam roczne leczenie interferonem. Ciężko je zniosłam – psychicznie (depresja) i fizycznie (jak przy chemii bywa). Ważyłam wtedy blisko 90 kg. Bo wątroba i marskość i katastrofalna przemiana materii, tłuszczu, białek, wszystkiego. Podczas terapii schudłam 15 kg. Ale wirus jak był tak był. 

 

Dno. 

 

W 2007 roku wyjechałam do Anglii. Za ówczesnym narzeczonym. Ku przerażeniu rodziców. Bo ja chora i oddychanie i wątroba i głucha i w ogóle obcy facet jakiś i tak daleko. W czasie małżeństwa nie zwracałam uwagi na jedzenie, jadałam wszystko, słodkie, mięsa, alkohole czasem, nie miałam zielonego pojęcia o zdrowym odżywianiu się. Ale mleka nie piłam. Pracowałam przez dłuższą chwilę w fabryce wegetariańskiej Lindy McCartney i poznałam dużo nowych możliwości smakowych. Na bazie soi, cóż, ale już sam fakt, że alternatywa jest dużo rozjaśnił. 

 

Klimat w UK jest łagodny, coraz rzadziej się przeziębiałam, zaczęłam unikać szczepionek na grypę, źle je znosiłam. Zapisałam się do angielskiej fundacji PCD, do kliniki hepatologii w Cambridge. Znalazła się praca na stałe, w chłodnym miejscu. Bardzo mi to pasowało, uodporniłam się sporo. Ale jadłam też dużo słodyczy, by mieć energię przez 12 godzin w fabryce. I grzałam jedzenie w mikrofali. To co eksmąż to i ja. A waga stała w miejscu. 

 

Później ciężki rozwód. I wykaraskanie się z gruzów. I się jakoś dziwnie obudziłam. Sięgnęłam po książkę dr Cabot. Z dietą oczyszczającą wątrobę. I zrobiłam zeszyciki z przepisami i całą dietę rozłożoną na trzy miesiące. Codzienne soki na czczo i ciepła woda z cytryną. Mięso drobiowe, ale rzadko. Posiłki trzy razy dziennie. Zero cukru, nabiału. Pasowało mi to bardzo. Schudłam kilka kilogramów, ustąpiły kobiece dolegliwości, cera mi się poprawiła, próby wątrobowe się mocno obniżyły, miałam w końcu płaski brzuch. To były bardzo fajne miesiące babrania się w kuchni, odkrywania smaków, wertowania przepisów, szukania przypraw, eksperymentowania. Znalazłam swoją pasję.

 

Do dziś kocham jeść, kocham gotować, kocham oglądać programy kulinarne, kocham odkrywać smaki w różnych częściach świata. Więc dlaczego mam się tej radości wyrzekać?

 

Przez kilka kolejnych lat nic się wielkiego nie działo. Codzienna szklanka z cytryną zostały, soki, ale rzadziej. Sałatki owocowe na śniadanie też działały cuda – nie miałam ochoty na słodkie za dnia. Wróciłam do grzechów jedzeniowych, ale już nie przesadzałam, zrobiłam z tego święta, nie codzienność. Zajęta byłam dochodzeniem do siebie, naprawianiem swojej kobiecości, podróżami, nowym, samotnym życiem na emigracji. Wszystko było stabilne. Czasem trafiałam na pogotowie, bo się dusiłam w nocy, teraz wiem, że to po prostu zaflegmienie dróg oddechowych. Zapisałam się do fitness klubu, by nauczyć się biegać, ale nie szło, dusiłam się. Uznałam, że to jeszcze nie ten czas. 

 

W 2014 roku zaczęły się moje problemy ginekologiczne. Dwa lata później histerektomia poprzedzona licznymi sterydami hormonalnymi. Przytyłam na tych lekach 10kg. Na jedzenie w dalszym ciagu nie zwracałam większej uwagi – bawiłam się dalej, piekłam wynalazki, odnawiałam stare przepisy. Jakby ktoś powiedział – spałam jak typowa grażyna.

 

Histerektomia w 2016 roku obudziła mnie całą. Różnie można to interpretować pod kątem metafizycznym & ezoterycznym. Ale od tego czasu zaczęły się dziać rzeczy niezwykłe. Wydawać by się mogło, że skończyłam „pracować” a zaczęłam „odpoczywać”. Pierwszy rok był czasem rekonwalenscencji, chodziłam wtedy nałogowo na siłownię, kilka godzin codziennie, przez pół roku. Zaparłam się, by biegać, pokonać PCD. I się udało. Z siłowni przestawiłam się na bieganie na powietrzu. Zrobiłam na zewnątrz pierwszą piątkę, pierwszą dziesiątkę, pierwszą piętnastkę. I to zimą. Spinałam się na efekty, chciałam więcej, szybciej, muskularniej. Odkrywałam też swoją duchowość, wyjątkowość, kosmosy. Ale to inna bajka. 

 

Wiosną 2017 roku siostra z odległej Kanady przysłała mi smsa, który zmienił całe moje życie. Weszłam w to. Pierwszy vega-test w Polsce pokazał prawdę o stanie mojego zdrowia. Zaawansowana kandydoza, pasożyty, grzyby, alergie, uszkodzone, zablokowane organy, lista była długa. Przejęłam się tym i natychmiast odstawiłam wszelki gluten, laktozę & kazeinę, cukier. Pierwsze miesiące były straszne, zrozumiałam, że pszenica i cukier to narkotyki i działają na mózg, nie na potrzeby ciała. Mimo, że cukru w domu jakoś nigdy nie miewałam, to słodycze jadłam. Przeszłam na weganizm. Z jajami i rybami i miodem. Schudłam kilka kilogramów, stosowałam dłuższe przerwy między posiłkami, zazwyczaj to były 1-2 posiłki dziennie. Czułam się świetnie i lekko. 

 

Jesienią poznałam jeden blog Pepsi Elliot, w którym nabyłam potężnej wiedzy o ludzkim ciele i zdrowiu. Próbowałam wielu rzeczy na sobie, eksperymentowałam, sprawdzałam, analizowałam, słuchałam ciała. Ale nie byłam restrykcyjna. Jestem na to za leniwa. Zaczęłam pić zielone szejki (chlorella, spirulina, jarmuż, konopie, itd). Nie wiedziałam, że one wychładzają a ja pracuję przecież w chłodnym miejscu i muszę mieć ciepło i energię. Odstawiłam mikrofalę w pracy i zmieniłam styl jedzenia na bardziej sprzyjający. Koleżanki zazdrościły mi zdrowych, kolorowych lanczów. 

 

W październiku pojechałam na szkocką wyspę Skye. Ekstremalne warunki. Zimno, deszcze, wichury. Rzuciłam w kąt witarianizm, piłam piwo, jadłam snikersy, glutenu dużo. Wiedziałam, że nie powinnam, że to złe, że be, ale pocieszałam się, że to tylko jakiś czas i wrócę do siebie i swojej rutyny. Źle się czułam psychicznie stresując się stylem jedzenia w takich warunkach. 

 

Jesienią też, poszłam do pani Kasi, na inny biorezonans (F-scan). Wyszło tam wszystko, wszystkie niedobory, braki, zawirowania. Długa lista zaleceń. Na początek – gorzkie zioła i zakwaszanie żołądka. Bo nie trawiłam surowych warzyw, miałam niezdrowo wzdęty brzuch. Ciało było zniszczone okresem okołooperacyjnym. W ogóle było zmarnowane i zmęczone całą przeszłością nafaszerowaną szpitalami i stresem. Ona kazała mi odstawić witarianizm, bo już z lekka przechodziłam na to. Wyczuwała intuicyjnie, bez maszyny, że byłam wychłodzona i wylękniona. Ja? Przecież bez strachu taka, czego tu się miałam bać? A zielone szejki mi służą, ciało jest ich głodne, swoje lepiej wiedziałam. Ale konsekwentnie stosowałam się do zaleceń pani Kasi wg swoich możliwości i potrzeb. 

 

Kolejne wizyty u niej odkrywały coraz więcej – analizowało się różne przyczyny, rozjaśniało i wyjaśniało. Głuchota? „To grzybica, wyleczalna„. Napraw ciało, słuch wróci. Larwy w oskrzelach? Aa, to stąd tyle chorowałam? Bo płuca i oskrzela zaflegmione i zagrzybione antybiotykami a to pożywka dla pasożytów. Żołądek niedokwaszony? Dlatego nie trawisz soków już, dorzuć do szklanki z cytryną kurkumę, ocet jabłkowy. Wątroba? Jest otłuszczona, ale mało. Coś siedzi tam, blokuje. „Skup się Anetka na swoim gniewie”. Jakim gniewie znowu?? 

 

Oj, jak ja jeszcze wtedy mało wiedziałam o sobie.

 

Zimą przyjechał do mnie Mr A. Przypomniał mi „moje jedzenie” – ciepłe posiłki, których tak bardzo łaknęłam. Ale w dalszym ciągu to nie było „moje” tak do końca. Nawet styl życia, przeprowadzka na zimną Szkocję, dobrze, że się nie udało. Wraz z jego odjazdem po dziesięciu latach zwolniłam się z huty, która wtenczas stała się zestresowaną lodówką. Marzłam tam.

 

I za radą kogoś bliskiego, w czerwcu zdecydowałam się na przymusowy urlop, który trwa do dziś. Urlop od wszystkiego co daje mi stres i każe za czymś gonić, robić, spełniać czyjeś oczekiwania.

 

Bez problemu znalazła się praca idealna pod moje warunki, ułożyło się wszystko pod tym kątem. W lipcu pojechałam znowu do pani Kasi, i tym razem byłam już gotowa na suplementację witaminami z grupy B. I idąc za tą powyższą dobrą radą – odstawiłam wszystko – witarianizm, szejki, zasady niełączenia pokarmów, itd. Wszystko rzuciłam w kąt. Rzuciłam też blog Pepsi, przestałam z nią rezonować. Jej książka „Leczenie dobrą dietą” została i korzystam. 

 

O efektach kuracji witaminami B (i nie tylko, bo jeszcze cynk, homocysteina, kwas foliowy) możecie poczytać w paru miejscach na moim blogu

 

Tegoroczne lato było piękne, gorące. Kilka razy w tygodniu jeździłam nad morze lub do kumpeli na ogrodowe zoo. Wygrzewałam się pod znienawidzonym dotąd słońcem (bo ja miłośniczka północnych klimatów). Wygrzać się nie mogłam. Zabolało, jak mocno moje ciało było wychłodzone witarianizmem i, że pani Kasia miała rację. Wróciłam do pszenicy, i zauważyłam, że na obecną chwilę świetnie toleruję właśnie pszenicę niż wszelkie bezglutenowe mąki. I kupuję dobrą, włoską organiczną mąkę, z której często robię pierogi lub piekę różne wynalazki. Wróciłam też do swoich ukochanych makaronów włoskich, kupowanych w tikejmaksie. Jadałam lody, ryby z czipsami nad morzem, piłam wino z rodzicami, strułam się serami w Holandii, przestałam sobie odmawiać czegokolwiek. Nie biegałam, bo za gorąco było, nie ćwiczyłam nic a nic, leżałam całymi dniami albo na plaży albo u kumpeli, albo w kinach, albo pod kocykiem na netflixie, oglądając zaległe filmy i seriale. Nie żałowałam sobie niczego.

 

Nuda do bólu, do zarzygania.

 

Przypomniałam sobie, że zbyt kocham życie, bym mogła sobie czegokolwiek żałować.

 

Jesteś hedonistką, sybarytką, Anetka!! Należy Ci się wszystko co najlepsze dla Ciebie, i to według Ciebie, nie według innych!!

 

W moje urodziny poznałam zacnego Janusza, który nie ma nic wspólnego z ezoteryczną duchowością. On mnie widzi jako kobietę, widzi moje potrzeby i widzi mnie samą. Przyszły też wyniki z londyńskiego szpitala, które wykluczyły PCD. Wypisałam się z listy oczekujących na leczenie wirusa HCV w Cambridge. Wszystko powoli i samoistnie ode mnie odpada.

 

Wiecie, dwa tygodnie temu byłam na kontroli u pani Kasi. I byłam zaskoczona, zaszokowana… W ciągu tych dwóch miesięcy moje ciało wydobrzało dużo szybciej, niż w ciągu całego ostatniego roku bimbając się na tych witarianizmach i szejkach. 

 

Wszystko się normuje, niedobory znikają w mgnieniu oka. Znikła mi nietolerancja na gluten (ale dalej unikam soi i kukurydzy, to już bez spiny, po prostu nie wpada mi to w ręce), oraz alergie na trawy i kurz. Mój brzuch nie jest już niezdrowo, nieregularnie wzdęty. Nawet jak dużo zjem, jest napęczniały, owszem, ale jest płaski, równy. Nie mam żadnych pasożytów, robaków, grzybów, wirusów, bakterii, nic. Wątroba jak nówka, ino jeszcze coś tam marudziła po zatruciu holenderskim (odwalona terapia wewnętrznego dziecka, to ten gniew!)

 

Jestem czysta. Jestem zdrowa. A przynajmniej już na właściwej drodze do tego.

 

Reszta to tylko konsekwencja. Następna kontrola w listopadzie. Gorzej nie będzie 🙂

 

Jak teraz jem?

Cukru nie mam dalej w domu, nie używam. Na śniadanie jadam owoce, owsiankę z owocami, ale też zjem croissanta czy tosty z serem bez laktozy. Lub zimną pizzę z poprzedniego wieczoru. Przejrzałam jeszcze raz ajurwedę i przyklasnęłam – typ kapha z pittą pasują do mnie jak ulał, jestem typem ciepłej kobiety i tego mam się trzymać – ciepłe, rozgrzewające posiłki musowe! Kiszonki często, kefir z grzybków tybetańskich. I intuicyjnie 1-2 posiłki dziennie. Nie jadam regularnie. Wczoraj w kinie jadłam popcorn przed 21.00. Dziś śniadanie pominęłam, nie miałam potrzeby. Żarcia z puszek nie tykam. Fastfudów również nie. Została tradycyjna szklanka z cytryną, octem jabłkowym i kurkumą na czczo. Woda z MSM & kwasem L-askorbinowym & kolagenem (świetnie wyrównuje cellulit). Woda z chlorkiem magnezu. Ale wzruszam ramionami, jak czegoś nie wypiję, lub zapomnę zjeść. Nie trzymam stricte się rutyny. Mam pracę bardzo fitnessową i ciało przez kilka godzin niemal codziennie jest w ruchu. Nie ćwiczę codziennie, rozciągam się, kiedy mam potrzebę. Ważę w granicach 67-70kg przy wzroście 172cm. Mam krzywe i długie nogi i mam to gdzieś. Nie mam mięśni ani talii osy. Ja tam siebie akceptuję i już nie dążę do ukochanych 60kg. 

 

Miesiąc temu poszłam biegać, po raz pierwszy od stycznia. Bo padało i nie wiało. Bez problemu zrobiłam 15km. Czym się tu jarać? To było dla mnie, nie dla innych. 

 

Całe lato wisiałam w próżni, żeglując po bezkresach, szukałam swojego lądu. Ląd znalazłam już, teraz się rządzę na nim, moszczę się, robię komfort dla siebie, i tylko dla siebie, pode mnie. Przyjdzie czas, że zbuduję przystań dla przyjezdnych, później port dla większych statków. Swoje imperium.

 

Ale jeszcze nie teraz.

 

Najważniejsze było zdrowie. I odpuszczenie, znalezienie równowagi w ciele i duszy.

 

Bo intencje ciągle są ważne, prawo przyciągania działa. Nie masz w sobie poczucia winy, nie karzesz się, nie katujesz, to co Ci się może stać? Ja też musiałam się tego myślenia wyzbyć, przestawić je na kwestię żywieniową a nie ludzkich relacji. Każde jedzenie, które jesz ma intencję, którą TY i TYLKO TY SAM mu nadajesz. Czy to będzie strach, bo złe, bo gmo, bo matrix, ciało to odczuje i przyjmie, czy to będzie przyjemność bez poczucia winy? Ty wybierasz.

 

Wrzucę cytat jednej czytelniczki z maila: 

„(…) spoko, nachodzi mnie czasem tylko taka refleksja, że skoro jesteśmy takimi ludzkimi ćpunami (wg Campbella) i schodzimy tu ponownie bo to zdobywanie doświadczeń jest takie fascynujące,( bo jeszcze się nie najedliśmy pizzy wystarczająco i nie urodziliśmy syna itp), to po kiego grzyba ta cała asceza, reżim żywieniowy i każdy inny. skoro to gra. to po co się tak spinać. odmawiać wszystkiego. w imię czego? no chyba że doświadczenia ascezy właśnie..”

 

 

Btw: Książki w myślach się pojawiają, spisy treści się piszą, ale jeszcze czuję, że jeszcze nie ten czas. Że jeszcze muszę mieć trochę tego czasu dla siebie. 

 

gofr hedonizm witarianizm

Żadnych wyrzutów sumienia !!