Czasy się zmieniają. Idzie globalne ocieplenie, zmienia się klimat, pustoszeją lasy amazońskie, giną pandy i nosorożce, pojawiają się sztuczne wirusy i genetycznie modyfikowane nowotwory, luksusowa organiczna żywność staje się przywilejem pseudoinfluencerów, farmacja rośnie w siłę i wtyka nos w różne dziedziny życia, social media dyktują Ci jak masz wybaczać, jeść, ćwiczyć i rozwijać się, religie walczą o ostatnie owieczki uciekając się do skandali politycznych i hologramów na niebie, zimne wojny straszą ekonomicznymi bombami atomowymi, no czasy się zmieniają. 

Zresztą, od średniowiecza wciąż nadchodzą te słynne „czasy ostateczne” i coś nie mogą nadejść.

A co jeśli powiem, że tak sobie myślę i obserwuję i rozkminiam, że to wszystko Wasza wina?

Że to Wy odpowiadacie za nierówności społeczne, za spragnione koale w palących się lasach, za burdy w parlamentach, za płaczące świnie w ubojniach? Że to Wy odpowiadacie za swoje ciało, choroby, cierpienia psychiczne psów w Chinach i wszelkie duchowe skrzyżowania oczekując na cudowne przebudzenia?

A mnie pozostaje tylko podnieść jedną brew. I wydukać z siebie zonkowe „Heh?

 

Nie, nie obrażam Was i nie oceniam.

Byłam, widziałam, doświadczyłam, wróciłam. To teraz piszę co tam się dowiedziałam.

Bo o stylach jedzenia będzie mowa. Trochę pisałam o tym w dwóch notkach, ale skopiuję co ważniejsze wypowiedzi:

 

sierpień 2018

Na przykład – naturalna medycyna.

Jeden chrabąszcz czy to konwencjonalna czy naturalna.

Obie wzbudzają strach. Obie zahaczają Ciebie o własne sidła. Z tym, że alternatywna jest modna, jest fajna i w ogóle taka pseudonaturalna. Jest bezpodstawnym powrotem do korzeni, który z dzisiejszymi czasami nie ma nic wspólnego.

Niezależnie w którą medycynę pójdziesz, dopóki będziesz sobie przyzwalał na strach, na restrykcję w jedzeniu, na pogoń za duchowym rozwojem dopóty nie wrócisz do zdrowia fizycznego i psychicznego. 

Ostatni rok próbowałam przejść na witarianizm, czysty weganizm. Nie udawało się. Częściowo, że miałam mnóstwo blokad w środku i napięć psychicznych, z których nie zdawałam sobie sprawy. A częściowo, że mam po prostu określony typ ciała (wg ajurwedy kapha z drugorzędną pittą). A to z kolei ma swoje „uwarunkowania”, które bardzo mi pasują. 

Za każdym razem przechodząc na witarianizm dochodziłam do granicy, w której jedzenie przestawało być fajne. Zaczął pojawiać się element strachu i napięcia, pilnowania się, uzależnienia od tego stylu jedzenia. Ciało natychmiast zmieniało front i nadrabiało gorącą pomidorówką, ciepłą kaszą gryczaną ze smażoną cebulką, plackami ziemniaczanymi lub ciepłym chlebem na zakwasie żytnim z pastą fasolową i ogórkiem kiszonym. Niby nic wielkiego, ale dało mi to do myślenia.

Moja kapha/pitta nie lubi wychładzania, nie lubi zimnych produktów, lubi ciepłą wodę, ciepło, 1-3 posiłki dziennie, potrafi jeść dużo i potrafi nie jeść cały dzień, nie jada śniadań, lubi gotowane i rozgrzewające rzeczy. Odstawiła zielone szejki, bo wychładzały, łyka tylko chlorellę teraz, bo toleruje. Niezbyt lubi kiszonki i fermentowane. Pije gorzkie zioła, zioła generalnie, i słucha ciała, obserwuje reakcje. Nie je, kiedy jest ciało jest w stresie, dlatego lubi sama gotować i uspokajać się przy tym. 

Przestałam patrzeć na zalecenia innych. „Jedz to, jedz tamto nie jedz tego, nie jedz tamtego.” (…)

Jak ma na coś ochotę to zjem, nie spinam się, nie stresuję się. Bez poczucia winy.”

 

wrzesień 2018 – to w tej ostatniej notce, to się naprodukowałam dokładniej do tego jak doszłam do jedności ciała fizycznego z duszą w kwestii jedzenia.

 

Dziś to jem wszystko: zjem surowy seler, zjem owoce na śniadanie, piję ocet jabłkowy z pyłkiem pszczelim, zjem kanapkę z wędliną i musztardą, zjem pizzę o północy, zjem żurek z wędzoną kiełbasą, zjem sałatę zieloną z komosą, zjem jajka gotowane z chrzanem, zjem sernik wegański i ten od cioci, zjem frytki z mrożonek i frytki z organicznej marchewki, zjem naturalny keczup z buraków i keczup z podrzędnej knajpy w nocy, zjem tabliczkę 100% czekolady i zjem Princessę kokosową, wypiję wino i burbon, kawę z mlekiem i cukrem, i herbatkę jaśminową, wypiję też korzeń pokrzywy i napar z mniszka lekarskiego. Zjem kurczaka z KFC i zjem nic w ciągu dnia.

Zjem i wypiję to wszystko jak tylko najdzie mnie ochota i potrzeba. 

I nareszcie czuję, że żyję, bo to wszystko robię bez żadnych wyrzutów sumienia, bez stresu, spinania się i patrzenia na ‚influencerów’. 

 

Byłam weganką, byłam witarianką, na długo zanim moje znajome i celebryci przeszli na to. A kiedy przeszli ci oni w końcu i chwalą się tym na social mediach (sorry, ja chyba za wcześnie byłam, nikt mnie nie słuchał ani nie czytał) to mi pozostaje tylko potakiwać ze zrozumieniem głową i obserwować to niezwykłe zjawisko.

 

Każde słowo, każdy z Was, każde miejsce i czas ma swoją unikalną energię, która po prostu sobie wisi. I jest do Waszej dyspozycji. Może się rozwinąć do światowych rozmiarów a może zaniknąć. Od Was zależy jak często będziecie określoną energię zasilać. („Wasza wina„)

 

I teraz przyjrzymy się energii pod nazwą „#weganizm & #witarianizm”.

 

Te zjawisko, początkowo nieznane, dzięki internetowi stało się fenomenem. Poprzez wejście w iluzję zdrowego, etycznego odżywiania się ludzie tworzą własną rzeczywistość, która jest wspólna dla wszystkich wegan/witarian na całym świecie. 

 

Biznes organicznych produktów, suplementów i dietetyków rośnie w potęgę, jaką wcześniej Ziemia jeszcze nie widziała. Teraz każdy po byle jakim kursie może ogłosić się na instagramie influencerem i układać jadłospisy Grażynkom i Januszom. Nie szkodzi, że Grażynka nie schudnie a Janusz masy nie nabierze, liczy się hajs i kręcenie energii. Coraz częściej można spotkać weganów z odzysku, dla mody, dla etyki, dla zdrowia, dla hasztagów. Wielkie korporacje zwęszyły w tym niezły biznes i hasło #weganizm robi naprawdę dobrą robotę. Ludzie łykają to hasło, nie czytając składów, nie patrząc skąd pochodzi, ważne, że wegańskie i owieczki są całe i sumienie czyste. A cała reszta, niewegańska jest szkodliwa i wzbudza ogromne oburzenie. Bo jak można być bezdusznym na cielaki brutalnie oddzielane od matek w ubojniach?

 

To się tylko tak wydaje. Najbardziej cierpi na tym ciało, bo nie możesz wejść sobie w witarianizm tak o, z dnia na dzień i łykać mikrodawki witamin z grupy B z pierwszego lepszego sklepu ze zdrową żywnością. Trzeba najpierw ciało przygotować, pójść na biorezonans, porozmawiać z dobrym, holistycznym naturopatą, który ma w małym palcu wszystkie medycyny świata, porozwiązywać swoje psychiczne problemy, pokończyć przykre sprawy rodzinne, te całe tło, które ciągniemy za sobą codziennie. 

 

Wielu dietetyków i wegańskich influencerów z instagrama nie ma zielonego pojęcia o ziołach, medycynie chińskiej, nie potrafi powiązać łuszczycy z relacjami z ojcem (Totalna Biologia), nie wiedzą, że wg makrobiotyki za wychłodzenie organizmu odpowiadają lęki, fobie i traumy. Twierdzą, że kapusta kiszona, dostosowana do naszego klimatu, jest lekiem na całe zło (bo jelita i odporność), że cukier ryje na mózg (aspartam wrzucają nawet do leków na astmę), a zamknięte w klatkach krowy, karmione antybiotykami, których mięso kupujesz najtańsze w Aldi, wzbudzają kontrowersyjne emocje. Jeszcze inni twierdzą, że głodówka leczy z wszelkich chorób i powoduje, że kury dzięki temu hasają swobodnie po zielonej trawce i mają imiona.

Tym ludziom najzwyczajniej brak szacunku do innych, do cudzego ciała, są tak zaślepieni w swoje weganistycznej prawdzie, że nie widzą co tak naprawdę może dziać się dookoła człowieka, poza jego poukładanym zdrowo zdjęciem na instagramie. Dlaczego musicie namawiać i oceniać innych? 

 

Kiedy wpadłam w pole energii #weganizmu byłam oburzona tym, jak działa świat, nie rozumiałam, dlaczego ludzie są tak podli wobec zwierząt, dlaczego moi rodzice jedzą tyle niezdrowych rzeczy, dlaczego nagle ja nabyłam wszelkich nietolerancji na nabiał, gluten, i miałam zaawansowaną kandydozę? I byłam też zachwycona jaki ten weganizm jest super – piękne, pyszne jedzenie (ale w ciul drogie), zdrowe, organiczne, i zgodne z ciałem (nie szkodzi, że nawożone kwaśnymi deszczami). Chodziłam regularnie na biorezonans, sprawdzałam poziomy swoich witamin & minerałów, nie słuchałam i nie chciałam słuchać co mówi moja naturopatka, ja swoje lepiej wiedziałam. W końcu przeszłam na witarianizm, kompletnie nieprzygotowana, z pudełkiem wszelkich mocnych suplementów. Ale byłam podjarana, że pomagam zwierzętom, że przyczyniam się do zwiększania świadomości o zdrowym odżywianiu, że wzrastam duchowo i pnę się intensywnie w górę, że mam cudne połączenie z Gają i kózkami na farmie, że wreszcie będę mogła uprawiać własny ogródek z organicznych nasion, w ogóle permakulturę stworzyć jakąś.

Unikałam kukurydzy, bo GMO, unikałam pszenicy, bo GMO i bezwartościowa, unikałam ziaren i zbóż, unikałam soi, bo GMO, unikałam nerkowców, bo nieetyczna produkcja, unikałam chemii w kosmetykach & środkach czyszczących, byłam bardzo eko, bio, wszystkowiedząca i w ogóle wyprzedzałam instagramową modę. 

I jakże ślepa. 

Mimo, że się pilnowałam, że ostro trzymałam się diety i unikałam szkodliwych produktów (bo kandydoza, bo stłuszczona wątroba, bo problemy z płucami, bo wychłodzenie organizmu nabyte w pracy, bo cała lista nietolerancji), mimo, że wydawało mi się, że leczę swój organizm czytając Huldę Clark, Małachowa, Gersona, Pepsi Elliot, stosując za często i za długie posty przerywane, to koniec końców – wyniszczyłam swój organizm.

Wydawało mi się, że słucham swojego ciała. Ale nie, nie chudłam, nie miałam energii, cera była taka sama jak była, byłam wiecznie rozkojarzona, zdenerwowana i zestresowana. Miałam poważne niedobory witaminy z grupy B, D3 i C, suplementacja mikrodawek nie była wystarczająca, potrzebowałam tysiąc razy większej codziennej dawki, by wrócić do równowagi. Łaknęłam ciepłych posiłków, zazdrościłam, że inni mogą wszystko jeść i nic im nie jest. 

 

No właśnie, dlaczego innym nic nie jest? Dlaczego każdy z nas ma zupełnie różne style odżywiania? Dlaczego kumpela, taka tyci tyci, drobniutka, śliczniuśka, rześka i tryskająca energią je gorące potrawy z mięsa trzy razy dziennie? Dlaczego inny kumpel, wzdryga się i wymiotuje na widok schabowego a połyka bez problemu jarmuż? I mimo wzrostu 165cm waży 80kg? Dlaczego babcia koleżanki ma 98 lat i codziennie wypala paczkę papierosów zaczynając dzień od smażonej wędzonej kiełbasy na jajku i nienawidzi pietruszki zielonej? Dlaczego oni wszyscy zapytani przeze mnie, czy wiedzą, że jedzą źle, odparsknęli mi śmiechem?

 

„I tak trzeba na coś umrzeć.”

 

Grupy krwi, no tak, ta drobniuśka kumpela ma grupę 0, kumpel A+, babcia AB, ale hmm.. też nie tędy droga, bo przecież większość znajomych ma też grupę A i tryska zdrowiem jedząc cotygodniowe grille okraszane sernikami. Coś mi się nie zgadzało. Dieta Atkinsa, dieta Karniwora są skuteczne dla pewnej grupy osób (grupa krwi mięsna) i będą one pozytywnie wpływały na nie, ale na grupę krwi jak A+ będą one już szkodliwe. Chociaż niekoniecznie, bo ja pisząc te ostatnie zdanie wytworzyłam tzw. przekonanie, zaprogramowałam siebie i Was, że te diety faktycznie mają jakiś związek z grupą krwi.

A tymczasem mogę się bardzo, bardzo mylić i

 

bezmięsna grupa krwi wyjdzie z raka dzięki diecie Atkinsa lub mięsna grupa krwi wyjdzie z raka dzięki terapii Gersona. Wszystko zależy od tego JAK DUŻO WIESZ, jak BARDZO JESTEŚ ŚWIADOMY na temat mechanizmów działających w Twoim organizmie.

 

Później zaczęłam śledzić bardzo znane influencerki z zakresu żywienia. Nikt mnie nie słuchał, kiedy rok wcześniej napisałam, że obie później będą promować restrykcyjny weganizm, kwestia czasu, widziałam ich rozwój jak na dłoni. Kiedy wlazły w te pole weganizmu w końcu – odłączyłam się od ich kółka różańcowego, które już zrzeszały niecałe 100 tysięcy zwolenników w Polsce. I każdy podpina się pod hasztag weganizmu i etyki zwierząt.

 

Jeśli jesteś weganinem to spokojnie możesz zostać zacnym influencerem i ekspertem od żywienia w internetach. 

 

Właśnie, zwierzątka. Legenda mówi, że kury, świnie, kozy i krowy „dziękują” Ci za niejedzenie ich braci. Gdzie tam. Twoja energia #weganizm jest po prostu podłączona do tego pola i nagle widzisz, że wszystko co związane z weganizmem Ci sprzyja, potwierdza to co myślisz i robisz. 

 

Podobnie ma się sprawa z dziećmi indygo, kryształowymi i tęczowymi. One rodzą się już z gotowymi nietolerancjami i miłością do świata. Czy wszystkie? Nie. Przed Twoimi oczami pojawiają się tylko te informacje, które chcesz, by potwierdzały słuszność Twoich decyzji, Twojego ego bycia dzieckiem kryształowym. A nietolerancje? Świadoma mamusia (szczepionki, weganka, rozwój duchowy, zazwyczaj mała świadomość ciała).

 

Bo do takiego dziecka z cudownymi mocami energetycznymi zwierzęta i ludzie zawsze będą się pchać, niezależnie czy jesz mięso i nabiał czy nie. Ale to inne pole już, #ezoteryka, #duchowość, #przebudzenie. 

 

Ja od zawsze lubiałam zwierzątka, głaskać je, całować. Byłam i jestem kociarą, świadomie podpinam się pod pole #koty, dlatego one często są w moim zasięgu wzroku i są chętne do głaskania, tulenia się. Kiedy jeździłam zilion lat temu na wolontariaty do schronisk również nie miałam problemów z bycia zaakceptowaną przez dzikie czy opuszczone psy, koty czy jeże. A jadłam mięso. Żrąc mięso i mając wolontariaty na lokalnej farmie również widziałam jak krowy lubią mnie lizać i być głaskane i tulone przeze mnie. Małe kózki skakały non stop pod moimi stopami. 

 

Przechodząc z weganizmu na witarianizm miałam zwiększone odczucie wdzięczności ze strony krów i kóz. Ale teraz widzę, że one same się nic nie zmieniały, to zmieniało się tylko moje spostrzeganie wobec nich. 

 

Jak wcześniej lizały tak dalej mnie liżą. Nawet wtedy, kiedy już wróciłam do mięsa. To moja iluzja, i w mojej iluzji nie ma miejsca na etykę produkcji mięsa, dla mnie zwierzęta w oborze i zwierzęta w pudełkach to zupełnie inne energie. Jeśli zechcę sobie pogłaskać kozę to poproszę ją w myślach o to – i ona da się pogłaskać, jeśli nie będę miała ochoty to ją zostawię w spokoju, najwyżej sama sobie podejdzie się łasić. 

 

Jeśli dodasz do tego strach to zobaczysz przed sobą środek pomiędzy krową na trawce a wędzoną żywiecką na półce – ubojnię i cierpienie tych krów. I jednocześnie zaprogramujesz swój mózg i ciało, by unikały tego rodzaju pożywienia, wprowadzając stres do swoich komórek. Już nie popatrzysz na biochemiczne potrzeby organizmu, zasiejesz tylko lęk etyczny dotyczący mniejszych, niewinnych braci, zestresujesz ciało, co może być tragiczne w skutkach. Zwłaszcza, jeśli nic o swoim ciele nie wiesz.

Dlatego jeśli chcesz, by weganizm & witarianizm były Ci pomocne w zdrowiu, w Twoim myśleniu nie może być żadnego napięcia, stresu, niepewności ani strachu. Kwanty, nawet te najmniejsze, nieświadome, mają równie silną moc co ‚zwykłe’.

 

Wracając do ezoteryki, jest jeszcze jedna sprawa, mianowicie reinkarnacja i pamięć komórkowa duszy, tudzież pamięć genetyczna DNA. To część dla tych, co wierzą w #ezoterykę. Ale fizyki kwantowej raczej nie da się zaprzeczyć i naukowo jest ona powoli udowadniania. Że co? Że kwanty są wszędzie, że energie są wszędzie i jesteśmy jednym i wszystko jest naszym lustrem i to co myślimy to zamienia się w rzeczywistość. Ale, uwzględniając tajemnicę kodu DNA wciąż nie wiemy skąd się biorą takie a nie inne doświadczenia, osobowości, typy organizmów.

Ogólnie można przyjąć, że niemożliwe jest by w ciągu jednej inkarnacji przejść z mięsożercy na witarianizm. W ciągu jednej inkarnacji, która nie zna pojęcia czasu ani miejsca. Możesz być witarianinem w XXV wieku i w kolejnej inkarnacji urodzić się w zimnej Szwajcarii w 1897 roku. Czy będziesz w Szwajcarii jadł mięso i wcinał wyrafinowane serniczki? Raczej nie, bo genetyka Twojego ciała nie jest zaprogramowana na mięso, ale na surowe jedzenie. Będziesz szukał dogodnego miejsca dla siebie i swojego ciała i poprzez naukę wyborów wyprowadzisz się na słoneczną Maltę lub Sycylię. 

Ja znam swoje wcielenia i trochę zajęło mi uświadomienie, że moje ciało nie jest przystosowane do gorących klimatów ani surowego jedzenia. Dusza jest typowo północna i dzięki temu nie mam problemów z wytrzymywaniem w tamtejszych ekstremalnych warunkach. A jak wiemy, do tego typu klimatu niewskazane są wyziębiające surowe produkty. To zostało w pamięci moich komórek. Dlatego nie każdemu może podpasować weganizm czy frutarianizm. Poza człowiekiem na instagramie jest całe tło i historia jego duszy, o której jeszcze niewielu z Was ma jakieś żółte pojęcie.

Będąc na weganizmie & witarianizmie uważałam siebie za Lightworkera (Pracownik/Wysłannik/Strażnik Światła), bo w większości przypadków ten styl jedzenia łączy się z wysoką świadomością i odczuwaniem. A teraz? Odczuwanie i świadomość została, tylko etykietki od ego odpadły. Wróciła pokora. 

 

No i najważniejsze pytanie:

 

Czy moja „duchowość” cofnęła się lub zatrzymała się po powrocie do „nieetycznego” jedzenia? 

A gdzie tam…! Mam wrażenie, że dzięki realności i dystansowi moja dusza rozwinęła się jeszcze bardziej, bo nie leci już do góry w niewiadomoco, ale rozrasta się po ziemi, jakby to ująć. Wciąż czytam ludzkie energie, wciąż zdarza mi się czytać bezwiednie w Kronikach Akaszy, wciąż wędruję sobie po światach równoległych w snach, wciąż trzyma się telepatia i przewidywanie zdarzeń, wciąż mam pokorę do tego nieznanego co od zawsze we mnie siedziało. Wciąż potrafię odczuwać zwierzęta, rośliny, ale zdaję sobie sprawę, że to iluzja, moje wyobrażenia, moja rzeczywistość.

I jedzenie absolutnie niczego zmieniło i nie zmienia. Wciąż piszą do mnie czytelnicy, wciąż mi się zwierzają, dziękują, odchodzą uszczęśliwieni, usatysfakcjonowani. Ich nie obchodzi czy jem mięso czy nie, ich obchodzi czy wyjaśnię im problem natury duchowej. A ta natura, jak widać, ma się w najlepsze.

 

Są różne rodzaje medycyn, filozofii, prądów duchowych, w większości są one związane ze stylem odżywiania się. Jest siedem miliardów ludzi, tyle samo dróg życiowych i połowa płaskiego globu Ziemi jakimś cudem podpina się zgodnie pod pole #weganizm czy #witarianizm. Druga połowa ma to gdzieś, bo jest zajęta albo głodowaniem albo staniem w kolejce do Lidlu w sobotę. 

 

A tymczasem to tylko Twoje własne myśli, Kosmos spełnia je bez problemu i podsuwa obrazy, sytuacje związane z danym tematem i robi wszystko, byś jak najwięcej w tym temacie siedział, karmił go, udzielał się emocjonalnie, by temat był żywy, na chodzie, i rozrastał się, rozrastał się wciąż. Dopóki siedzisz w tym temacie, dopóty będziesz oglądał płaczące krowy, czytał zdrowotne właściwości soku z selera i wstawiał hasztagi o ratowaniu misiów polarnych na płaskiej planecie. I kupował ekologiczne torby z konopii, bo szkoda Ci żółwi pływających z przytkanymi słomkami w nosie.

Dopóki będziesz programował swoje ciało na nietolerancje glutenu/laktozy dopóty Kosmos będzie Ci podsuwał sytuacje i osoby z tym związane, będzie potwierdzał Twoje nietolerancje poprzez badania biorezonansowe czy reakcje alergiczne na ciele.

A cała reszta nie będzie Cię obchodziła. Będziesz miał swoje „czasy ostateczne” związane z wyginięciem gatunków, truciem żywności, prywatyzacją wody pitnej i zalaniem Gai z powodu globalnego ocieplenia.

 

Możecie mnie uważać za bezduszną i wyzbytą empatii, bo przecież krowy, kozy i klimat się zmienia i płaska Gaja cierpi i w ogóle niesprawiedliwie jest na tym padole ziemskim. Że ludzie żrą wszystko i nie chorują, że ludzie trują innych nawożąc glifosatem pszenicę i chorują na gluteny, że krowie mleko jest niedostosowane dla dorosłego i ludzie mają sraczki po tym. Oraz, że mam gdzieś, że sklepy sieciowe robią etyczne ubrania z organicznej bawełny (huehue) a mój M. (okaz zdrowia) kupuje jajka od klatkowanych kur. 

Kompletnie nie obchodzi mnie celebrycki weganizm, głodówka i kapusta kiszona. Mam świetnie działające ciało, żadnych poważnych niedoborów witamin i minerałów. Przykładowo: Rosół na mnie nie działa, zaprogramowałam sobie inny posiłek, który mnie leczy.

 

Ja teraz dbam o swoje myśli, bo od nich zaczyna się moja codzienna jakość życia – moje zdrowie, moja równowaga biochemiczna w organizmie, moje relacje z M, rodziną, przyjaciółmi oraz mój stan psychiczny i samorozwój. Nakręcam się sama świadomie i jaram się tym, że mogę podpinać się pod różne pola (aktualnie pole #grażynka) nie tracąc przy tym swojej energii ani też nie szastając ją na lewo i prawo komu popadnie. Chociażby ta osoba miała kilkaset tysięcy fanów i była uznawana za autorytet w zdrowym jedzeniu, niech se ma i se jest, ale wystarczy, że ze mną „nie gra” to ja robię baj baj, idę sobie. Komu się mam podlizywać? Jej czy energii danego tematu, który ona „kręci”?

 

Walki na tym tle zawsze będą, tak samo jak zawsze będzie istniał balans i pojęcie wyboru, o czym dokładniej pisałam w moim ebooku

 

anetka przepisy książki

Książki sprzedałam, są teraz u kumpeli, która jeszcze dwa lata temu wytrzeszczała oczy na moje jedzenie a teraz sama wpadła w sidła weganizmu i głodówek. Nie, ja w tym nie pomogłam. Instagram to zrobił.