Ciekawe jak z tym jest? Póki co to moje obserwacje, moje analizy, moje przemyślenia w oparciu o ostatni rok. Czyli rozmowy z ludźmi wszelkiej maści, tych spotykanych „przypadkowo” i tych piszących do mnie z poziomu bloga. Bo czytelnicy najlepsi – potwierdzają sami sobą, że taka możliwość istnieje.

Życie ludzkie składa się z dwóch części. 

 

Na razie trochę teorii i trochę rzeczy do „wierzenia”, trochę różnych wersji „prawdy”. Od tego zacznijmy. Niech Was poniesie wyobraźnia a Twoje serce i tak samo te „prawdy” na końcu skonfrontuje.

 

Mamy Kosmos, co prawda, nie taki jaki go widzimy gołym okiem i jak się go uczymy na lekcjach geografii, ale nazwijmy Kosmosem przestrzeń związana z naszą osobą. Czyli to, co widzimy gołym okiem – chmurki gwiazdki, mgławice, planetki, stateczki ufo (hologramy tudzież) i to co czujemy w środku – inne, dziwaczne, niepojęte, wciąż nienazwane wymiary.

 

Jak widzicie – przestrzeń jest dookoła nas, niezbadana, nieskończona, ograniczona jedynie naszą wyobraźnią. I przestrzeń jest również w środku nas – niezbadana, nieskończona, ograniczona jedynie naszą wyobraźnią.

Istny Kosmos, prawda? Cali jesteśmy w Kosmosie i jesteśmy nim przesiąknięci co do komóreczki ciała. Jesteśmy Kosmosem.

 

I dalej.

 

Skąd pochodzimy? 

 

No, oczywiście, że z Kosmosu 🙂

 

Ponoć z jednego Źródła, Absolutu, nieskończonej formy energii, esencji, świadomości, bytu, antymaterii i materii, paradoksu wszelkich zaprzeczeń. Nie da się nazwać, nie ogarniemy ziemskim umysłem, nie stresujemy się, jest co jest. Szukanie na to odpowiedzi pozostawiamy specom z odpowiednim „ciuchem” na dane wcielenie. 

 

A możemy też pochodzić z brzucha Mamusi. I pamięć nam mogą programować już w łożysku. Kto programuje? Niektórzy twierdzą, że matrix i reptyle (takie brzydkie i złe gady ze czwartego wymiaru). Oni też zmieniają nam DNA w duszach, byśmy uważali się, że jesteśmy z konkretnej rasy kosmicznej. Jest też teza, że dusza jest implantem nam wszczepionym. I wszczepione też mamy ego. Tylko świadomość swoją. W takim razie jak odróżnić duszę od serca? Od świadomości tym bardziej? I tej Wyższej Jaźni, która podobno nas prowadzi przez życie? 

 

Ponoć przed urodzeniem sami sobie wybieramy życie. Bo nie daje się uciec z samsary (pułapka matrixu, błędne koło, wcielenia raz po raz, powtórki na Gaję a nie do Domu). Sami sobie układamy scenariusze, przeznaczenia, „stroimy się” w numerologie, znaki zodiaku, Human Design, enneagramy, linie na dłoniach. Po to, by sobie dopomóc, kiedy będziemy grać na Ziemi. Bo pamięć kontraktowo stracimy i się zagubimy i będziemy chcieli wiać przez okna z tego niesprawiedliwego i okrutnego planu.

 

Albo nam samym wciskają te wcielenia (reptyle znaczy się), byśmy cierpieli, narzekali, marudzili, lub budzili się i trzeźwieli i walczyli i ze zgrozą patrzyli jak ta Gaja jest niszczona i maltretowana a możni tego świata na swoich złotych jachtach mają to gdzieś. Bo mają jumping roomy, i mogą se przeskakiwać w wymiarach i czasach. Ponoć. Że niektórzy z gwiazd, niby tacy przebudzeni, ogarnięci świadomościowo, ale wciąż pod władaniem ego, które każe walczyć, bać się, uciekać. Jakby zapomnieli, że w Domu mamy czystą radość. Ponoć.

 

Wróćmy lekko.

 

Ponoć pochodzimy z jednego Źródła. Legenda głosi, że dusze się odłączyły od Źródła, by lecieć w światy, plany i czasy, by sobie trochę życia poużywać. I jak uczą się, doświadczają, poznają, wybaczają i kochają, wzrastają, tak rośnie w nich miłość. Tyle miłości, że już nie starcza na jeden „pojazd”, na jednego człowieka. Dusza chce się rozdzielić, obdzielić swoją miłością wszystko i wszystkich. I dlatego przed kolejną inkarnacją się rozszczepia, na dwie, na trzy? duszyczki, z których każda staje się oddzielną świadomością, ze wspólną pamięcią.

 

Czyż tak się właśnie nie dzieje w ludzkim ciele?

 

I im więcej takich rozdzieleń, tym więcej nas. Czytelniczka fajnie to opisała – drzewo. Podchwyciłam jej zalążek myśli i moja wyobraźnia puściła.

Drzewo – począwszy od korzenia, pień a potem gałęzie, gałązki i rozgałęzienia gałązków i listki. Jedna, wielopokoleniowa rodzina. I te drzewo tak specjalnie i inteligentnie zaprojektowane, że każdy listek dostaje wodę z ziemi poprzez korzenie i dostaje też ciepełko i słoneczko z góry, wprost na swoje zielone, leciutkie licka. Tyle, że grunt niepewny, katastrofy naturalne są, może wywrócić nawet najsilniejszego. Nie od drzewa zależy jego los. 

 

Jest też teoria, z którą zetknęłam się już jako młodziuśka nastolatka, że kiedy spotykasz bratnią duszę, to spotykasz właśnie swoją duszę – kuzynkę (właśnie to drzewo od czytelniczki), z którą być może się rozdzieliłaś w którejś linii.

 

A Twoja bezpośrednia połówka, z którą byłaś kiedyś całością to słynny i kontrowersyjny twin flame (bliźniaczy płomień).

 

O ile bratnią duszę spotyka się dosyć często (jak i gdzie i kto nim jest pisałam tutaj) o tyle z bliźniakiem już trudniej. Bo taka połówka, nie dość, że i „ciuchy” astrologiczne ma niemal te same, to jeszcze dochodzi telepatia i stan wiecznego przyciągania. Gorzej kiedy połówki są różnymi płciami. Ego tak potrafi namieszać, że zauroczony tą niespotykaną fascynacją ludź tworzy na nową karmę (goni, ucieka). Nie, nie musicie być razem. Byliście i tak jednością kiedyś, po co macie znowu się zrastać? Nie na tym miłość polega. Tak, spotkałam swojego bliźniaka i mam ciągły kontakt z nim, jest on bohaterem mojej głównej książki, która ukaże się w przyszłym roku. I nie, nie jesteśmy razem, mimo, że tak świetnie do siebie pasujemy. Nie, on nie wie, nie pamięta wspólnych wspomnień, nie rozumie swoich uczuć wobec mnie. Ale się dowie.

 

Jest jeszcze wiek dusz. Młodziutkie duszyczki, rozpasane, z małym bagażem doświadczeń i karmy, chętne na wszystko, byleby być i używać i korzystać. W tym „wszystko” zawiera się dosłownie wszystko – okultyzmy, wudu, krokodyle, bardzo wysokie szczeble władzy politycznej i religijnej, skrajne i ekstremalne doświadczenia życiowe. Starsze juz naumiane, dojrzałe, mają ze sobą ciężkie wagony przeżyć i karm, które niekoniecznie są rozwiązane. Bo można być dziadkiem i wciąż chować pamiętliwe urazy, a można być dzieckiem o potężnej emocjonalnej inteligencji z szacunkiem do siebie. Wiek duszy niekoniecznie musi się liczyć względem ilości bywania na Gai, może też się tyczyć doświadczeń na innych planach kosmicznych (kosmicznych, zważajcie na to słowo – kosmos mamy zewnątrz jak i wewnątrz).

 

Można być młodą duszą i spotkać bratnią duszę, która jest już stareńka. I mimo takiej przepaści – dogadać się, bo coś będzie wisiało w powietrzu, co zbliża tą dwójkę. Można być starą duszą, pierwszy raz na Gai i spotkać również starą, aczkolwiek całkiem nieźle obcykaną w mechanizmach ziemskich i się kompletnie nie dogadać. Mimo dziwnego przyciągania i uczucia „bratnioduszostwa”. Bo przecież „ciuchy” astrologiczne inne, elastyczna i hedonistyczna numerologiczna 5tka nie dogada się z mistyczną i poszukującą 9tką. Wariantów takich spotkań jest mnóstwo. Siedem miliardów ludzi, co sekundę ktoś rodzi się i ktoś umiera. Rotacja dusz wciąż na okrągło. We wszelkich możliwych czasoprzestrzeniach. 

Ponoć.

 

No i ta ewolucja świadomości. I aury ze swoimi kolorami. Zmieniają się, indygo już powoli mija, kryształy teraz się budzą, będą robić miejsce kolejnym, tęczowym aurom. 

 

Jakkolwiek nasze scenariusze są pisane, jakiekolwiek role gramy na gajańskim teatrze, w zależności od tego czy mamy wolną wolę i możemy tworzyć własne rzeczywistości bazując na potencjalnych prawach & dziełach kosmicznych (przyciągania, logosu, kybalion, Urantii, Akaszy, wahadła),

jakiekolwiek wspomnienia mamy, czy to wzięte z matrixu o rasach kosmicznych, czy energetyczne, niewerbalne ze środka,

i tak i tak pytania i wątpliwości i próby balansowania by opowiedzieć się po którejś ze stron będą stawiane zawsze. 

 

Ilekroć będziemy się budzić, tylekroć będzie nam się prawda zmieniała. Ewolucja świadomości jest nieskończona i wcale się nie musi kończyć na tym wcieleniu.

 

Albo się kończy. 

 

Życie ludzkie składa się z dwóch części.

 

Już mówię, że nie każdy musi tego „doświadczyć”. Nie każdy pamięta poprzednich wcieleń, nie każdy uważa, że jest tu za karę na Ziemi, nie każdy myśli, że specjalnie sobie takie życie ustawił, nie każdy wierzy w to co wyżej napisałam, pewnie wiele rzeczy pominęłam, ale jeszcze raz przypomnę –

 

co ludź to jedna wersja prawdy.

 

Siedem miliardów wersji prawdy, a jednak daje się zauważyć pewien schemat.

 

Człowiek pierwszą połowę życia spędza we śnie.

Potem się budzi.

I drugą część życia spędza świadomie, po swojemu.

 

Pierwsza część – człowiek śpi, ego w najlepsze hasa, dusza „pracuje”, realizuje zaległe sprawy karmiczne, też „śpi” na swój sposób, poddaje się wpływom ego/matrixa, bo chce doświadczyć, przekonać się, robi bazę, buduje podłoże, no haruje ciężko. I czeka.

 

Budzenie się – „sprawcą” może być bratnia dusza, przypadkowe słowa, narkoza/operacja/wypadek (doładowanie duszy, uwolnienie od implantów, oczyszczenie), trauma, bolesne doświadczenie życiowe, albo połączenie kilku w/wymienionych. W większości przypadków ten „przełom” jest wpisany linię życia, jest przeznaczeniem, potwierdza to astrologia (nie ta gazetowa, ta profesjonalna). Możliwe w każdym wieku, najczęściej 26-45 lat. Przebudzenie zazwyczaj poprzedza stanie na tzw. skrzyżowaniu i brak decyzji, w którą stronę iść.

 

Druga część – człowiek odkrywa, że ma duszę, łączy się z nią, intuicja mu się poszerza, widzi & czuje więcej, zaczyna odczuwać wdzięczność. Ma w końcu wpływ na swoje życie, decyzje podejmuje świadomie, ma wrażenie, że życie mu sprzyja. Pierwszej części jakoś „nie pamięta”, nie chce pamiętać, co nie znaczy, że się jej wypiera. 

 

Nie ma możliwości powrotu, cofania się, jest tylko iście do przodu. Nieważne, w której części życia będziemy, zawsze zostanie odczucie „wodzenia” nas przez coś/kogoś.

 

Czy ktoś mi to wytłumaczy?

 

adfalkiewicz teryho dusze

Która dusza ma czelność tak męczyć Anetkę, że ta wejdzie na zimową Tereskę (2015 m.n.p.m.) na Słowacji? Hę?