Często w snach swoich bywam w innych “światach”, w innych rzeczywistościach, w innych iluzjach. Zasypiam tutaj, budzę się tam. Zasypiam tam i budzę się tu. Świadomie. Zachowuję swoją pamięć z tego życia, ale często bywam tylko obserwatorem i poddaję się tamtemu “prądowi”.
 
To najlepsze, co mogę zrobić, by nie ingerować za bardzo w inne wymiary, bez jakichkolwiek skutków na moją własną, ziemską rzeczywistość.
 

Dziś wędrowałam sobie po Iraku. A właściwie po mieście, które w naszym wymiarze zwie się Bagdad. I jego przedmieściach. Dojechałam do niego autobusem, który “płynął” po drodze na zasadzie grawitacji magnetycznej. Bileciki były a’la papierowe. Ludzie jak to ludzie. Ubrani kolorowo, dżinsowo, jednokolorowo, schludnie, elegancko, prosto, sportowo, górsko, luźno.
Na miejscu okazało się, że w Bagdadzie mieszka sporo Polaków. Można to było poznać po wręczanych wizytówkach i spolszczonych adresach emailowych na nich. Nawet wygląd Polacy mieli “swój”, w odróżnieniu do ciemnokarnacyjnych Irakijczyków.
 
 
 
Spotkałam kolegę z podstawówki. Nie chciał ze mną rozmawiać, zwróciłam mu uwagę, że niegrzeczny i takie tam. Kolega przeprosił i wytłumaczył, że wojna na południu Iraku wyczyściła mu takt i kulturę, nie potrafił być uprzejmy. I nie jest już w stanie pomagać rannym żołnierzom, nastawiać kości, prostować mięśnie, kalibrować mózg (cokolwiek to znaczy). Ale w moim odczuciu nie był wulgarny ani nachalny, był po prostu smutny. Poszedł.
 
 
Kolega ten w tym ziemskim życiu jest rehabilitantem sportowym.
 
 
 
W międzyczasie podszedł do mnie “mój chłopak”, bardzo wysoki, bardzo barczysty, z lekko siwym zarostem i okularach na nosie. Objął mnie i pocałował w skronie. Ten pocałunek był dla mnie zaskakujący, ale nie zdziwiłam się specjalnie. Wydaje mi się, że moja świadomość po prostu zapomniała jak to jest. Pocałunek był swoistego rodzaju impulsem elektrycznym, ten impuls w ciągu nanosekundy przeleciał każdą komórkę nerwową w moim ciele. Momentalnie poczułam się naładowana. W tej samej milisekundzie “przypomniało” mi się, że taka wymiana energii jest tutaj czymś normalnym. “Mój chłopak” to potwierdził, jakby czytał mi w myślach. I pocałował mnie jeszcze kilka razy w twarz. To było wow ! Chciałam zapytać, jak mocny elektrycznie dla naszych ciał musi być seks, ale w tamtym, moim mózgu, te słowo po prostu nie istniało… Nie potrafiłam się „wysłowić”.
 
 
 
“Mój chłopak” wziął mnie za rękę i poszliśmy w parę miejsc. Porozumiewaliśmy się telepatycznie. Wiedziałam, że można i używać słów/głosu i własnych myśli. Wymienialiśmy między sobą nasze, codzienne informacje takie jak, że pół eona wcześniej srogo przepłaciłam za bilet do Bagdadu (nie potrafię sprecyzować ile to jest “pół eona” na nasz ziemski czas).
 
 
 
Pierwsze miejsce. Osiedle, kolorowe, kilkupiętrowe bloki. Balkony. Niby wszystko jak na Ziemi. Ale… Paniusia z pierwszego piętra wylewa przez balkon… emulsję, znaczy farbę jakąś do malowania ścian. Wylewa wprost na trawę. I znów się nie zdziwiłam, jak zobaczyłam, że trawa tę emulsję najzwyczajniej w świecie “utylizuje”. Pochłania. I dalej jest zielona i pachnie trawą. Fajny, ekologiczny recykling. Chociaż nie miałam wiedzy, w jaki sposób ta utylizacja przebiega i na ile jest szkodliwa dla natury, było to okej. Najwidoczniej nie szkodziła, skoro czułam się bezpiecznie.
 
 
 
W zasięgu wzroku plac zabaw. Dzieci jak to dzieci, irakijskie. Bez żadnych chust na głowie, ubrane normalnie, kolorowo, stosownie do tamtego wymiaru. Nie było tu szkół ani przedszkoli, był za to system edukacji bardzo zbliżony do ziemskiego systemu Montessori lub waldorfowskiego. Plac zabaw leżał na wzniesieniu, jak cały Bagdad. Dookoła tego wzniesienia rozpościerała się potężna panorama gór, ponad 10-tysięcznych gór. Obrosłych w chmury, mgły. I na takim jednym “tarasiku”, z widokiem na te góry stały sobie dwa rządki wózków spacerowych. Ale takich wózków z dawnych lat, szmacianych. W pomarańczowych leżały dziewczynki, w niebieskich chłopcy. Wszystkie w podobnym wieku – około półroczne. Niektóre spały, niektóre gaworzyły między sobą, a niektóre obserwowały górską panoramę. Z zachwytem.
 
 
Ot, zwykły widok.
 
 
 
Trzecie miejsce. Restauracja. A w niej dużo Polaków tamże pracujących. Słychać było język irański, starodawny perski, z naleciałościami syryjskimi. Nie pytajcie skąd to wiem, po prostu wiedziałam. Nie było za to słychać polskiego, był on mi znany jako starosłowiański. Tylko pisane litery polskie w powszechnym użyciu dla tego języka.
 
 
 
Jedzenie mieli jakieś, chociaż go nie widziałam. Byli kelnerzy, byli barmani, ale nie było trującego alkoholu jak tutaj. Były stoliki z obrusami, byli ludzie przy tych stolikach. Stały jakieś szklanki, kieliszki, z przezroczystym czymś, nie widziałam talerzy. Może te płyny były tym jedzeniem, nie wiem. “Mój chłopak” był w restauracji, by załatwić swoją sprawę z jakimś rudobladym Polakiem a ja sama nie czułam się głodna, by zamówić coś do przekąszenia. I tak bez sensu, skoro tylko wpadliśmy na chwilę.
 
 
 
Jednak największą ciekawostką z tej sennej wycieczki była dla mnie waluta. Bo była mieszanką właśnie tego starosłowiańskiego i staroperskiego. Zdziwiłam się, jak oba języki były do siebie symbolicznie podobne. Były banknoty, z tego samego materiału co mój bilet autobusowy, definitywnie nie był to papier ani gięty plastik. Na nie nie zwracałam uwagi. Bardziej interesowały mnie “monety”, w kształcie run, podłużnych prostokącików, z wypukłymi płaskorzeźbikami w pozycji poziomej. Każda wartość “monety” miała swój symbol – trójkącik, kwadracik, pół trójkącika, niecały romb, dwie pionowe, falujące kreski, no różne. Obok tych symboli były cyfry przedstawiające wartość. I tak było na przykład 5 z połową trójkącika i było 100 z rombem i dwiema falującymi pionowymi kreskami. I była 30 z przekreślonym kwadracikiem. I tak w nieskończoność. “Mój chłopak” wiedział, że ja nietutejsza i mam ciągle problemy z ichniejszą walutą, wyjaśniał mi spokojnie każdą taką “monetę” i podpowiedział co mam dawać przy zakupie następnego biletu do Bagdadu. A w ogóle to za 300 poziomych wężyków mam bezpośredni lot do niego. Żebym nie zapomniała, mają jeszcze kilkuosobowe samolociki, działające podobnie co pojazdy naziemne – z mniejszą gęstością przyciągania magnetycznego. Ale dużo, dużo szybsze.
 
 
Byłam zafascynowana.
 
 
 
Walutą zaciekawiałam się przebywając w domu “mojego chłopaka”. Miał on nastoletnią (?) siostrę, o zachwycającej, perskiej urodzie. Miała hidżab na głowie. Ale jej nakrycie głowy było uwarunkowane modą, nastoletnim buntem, coś jak moda emo czy goth dla naszych czasów. Dziewczyna mnie zaciekawiła, bo manipulowała swoimi rodzicami poprzez granie na ich emocjach. Umyślnie trzaskała drzwiami, podnosiła głos, wywalała swoje ubrania z szafy. Nieźle aktorzyła. “Mój chłopak” powiedział mi, że wyrośnie z tego i pozbędzie się negatywnych emocji za kilkanaście eonów. Takie uroki dojrzewania tam mają. Przechodzą smutki, złości i żale, by potem się z tego wyczyścić i przyjąć do siebie spokojną radość, już na stałe.
 
 
 
Kiedy dziewczę przewalało swoje ciuchy, zaproponowałam wymianę swoich rzeczy. Potrzebowałam “górskich” ubrań a ona je miała, ze sobą natomiast miałam letnie sukienki. Siostra “mojego chłopaka” zgodziła się a ja przez te zachowanie “przypomniałam” sobie, że wymiana dóbr w tym wymiarze jest powszechną formą handlu. Bez jakościowania rzeczy. Ot, rzecz za rzecz. Najwidoczniej wszystko tam było podobnej jakości, skoro taka wymiana była uczciwa i powszechna.
 
 
 
“Mój chłopak” mnie znowu obsypał pocałunkami a ja poczułam lekkie wibracje. Odwzajemniłam mu się. Chłopię się ucieszyło. No nic, przystojny, porządny, z głową na miejscu, obeznany ze światem. Mój typ.
 
 
 
Ostatnia scena. Oboje leżymy na trawie, mamy przed sobą widok ponad 10-tysięcznych gór. Jutro tam pójdziemy i wiemy, że to będzie kilkudniowa wyprawa, bo bierzemy jeszcze namioty. Tak, w tamtym wymiarze wyprawy na takie góry są zwykłą wycieczką rodzinną. Chciałam zobaczyć jak wyglądają te nasze namioty, ale poczułam, że morzy mnie zmęczony sen. Odpływając wiedziałam, że idę gdzie indziej.
 
 
 
Do własnego łóżka w Anglii.
 
 
 
Była godzina 8.32 rano. Spałam tylko półtorej godziny (przebudziłam się do wuce koło 7.00), a tyle się wydarzyło w Iraku…
 
 
 
Brakuje tylko chmur w tych górach…