Ostatni miesiąc był dziwny, trudny i ciężki. W moim środku przetoczyła się kolejna, pustosząca walka. Wcześniej, po każdej takiej walce miałam wrażenie, że to już koniec, że otworzyłam oczy, że będę już „trzeźwa” i nie dam się ponieść emocjom tak łatwo. Niestety, te walki były odwlekaniem, ucieczką, kubłami lodowatej wody, by po chwili znowu się grzać w ciepłej, ezoterycznej iluzji.

Tym razem to było apogeum wszystkiego wcześniej. To był reset. Dosłownie.

 

W poprzedniej notce napisałam:

Chcę dodać, że „aktualizacja” symulacji mózgu na poziomie duchowym odbywa się tylko i wyłącznie przy wyłączonej świadomości człowieka – wypadek, narkoza, omdlenie. Nie jest tajemnicą, że moja świadomość znacznie się poszerzyła po kilku narkozach w okolicach histerektomii i licznych omdleń w 2015-2016 roku. Wydarzenia tak się paprały, że miałam wrażenie, że ci tam w górze specjalnie opóźniali operację. Niedawno była podobna sytuacja. Zgodziłam się na szczepionkę na Covid-19 (Pfizer) i drugą dawkę miałam otrzymać po trzech miesiącach. Jednak szpital skrócił czas o połowę (tym razem w górze się spieszyli?). W nocy po otrzymaniu drugiej dawki zemdlałam i nie mogłam długo dojść do siebie. Mój M. zadzwonił po ambulans. Wszystko skończyło się dobrze, ale pamiętam tamte chwile – jak ostro (nie znam innego słowa) świadoma byłam zaraz po ocknięciu się, jak długo bezwładne było moje ciało, jak długo utrzymywały się wibracje w ciele… Już wtedy wiedziałam, że mój mózg dostał kolejną aktualizację. Ta szczepionka, te omdlenie – to się musiało stać.

Minął miesiąc i powoli już odczuwam skutki tego. Mam większe wrażenie, że wszystko wokół mnie to iluzja i coraz częściej wypycha mnie z tej nierealnej rzeczywistości – materializmu i ezoterycznej duchowości. Zniknęła intuicja, taka, która mi „opowiadała” o spotkanych ludziach. – ich reinkarnacje, tło, lekcje w tym życiu.

Ja wiem, że to kolejna symulacja mózgu i ktoś może sobie na mnie eksperymentować, prowadzić, chronić.

 

Swoim zwyczajem poprosiłam Tarota o pomoc w wyjaśnieniu tej dziwnej sytuacji, a on otoczył mnie z wielkim ciepłem, z szerokimi ramionami. Podczas sesji kolejny raz wymusił na mnie dokonanie życiowej decyzji, zarzekając się, że to nie dla mnie, że nie tędy droga, że powinnam wrócić na swoje, bo takie moje przeznaczenie. Ale kiedy zapytałam o omdlenie i co się zadziało – karty odpowiedziały tylko Reset. Jako, że łatwo się z nimi łączę, wiedziałam dużo więcej niż mi powiedziały. Odczułam niechęć i obrazę z ich strony. Byłam tym zaskoczona, ale zrozumiałam to dopiero kilka dni później.

Ego lubi walczyć. Ego to wahadła – jakiekolwiek sobie wybierzesz gdzie chcesz należeć.

 

W religii jest to, przykładowo, wahadło wiary katolickiej – ludzie podczas śmierci klinicznej widzą Jezusów i anioły. Są silnie zindoktrynowani wahadłem chrześcijańskim, które wsiąka w ich ciało i duszę, utrwala się w ich codziennych zachowaniach, w relacjach międzyludzkich, w priorytetach życiowych (rodzina na kredycie ponad wszystko).

W duchowości jest to wahadło ezoteryczne – jedność z Kosmosem, rasy kosmiczne, poczucie wdzięczności, joga kundalini, czakry, kryształy, tarot, numerologia i astrologia. 

Jako, że wahadło wierzeń religijnych z upływem wieków maleje i słabnie ludzie przechodzą do silniejszego wahadła, zgodnego z nową Erą Wodnika – duchowości. To naturalny proces dla ludzkości i wielu dusz, które uczą się, doświadczają i przeżywają w ziemskiej Samsarze.

Moja głuchota sprawiła, że nie zostałam zindoktrynowana w religii katolickiej. Wiem po znajomych jak trudno jest wyjść ze schematów społecznych, z traum utrwalonych przez obrządki i przekonania chrześcijańskie – rola kobiety w domu, patriarchat klerykalny, seks małżeński, prokreacja, aborcja, zdrowie, powiązanie z władzą państwową. 

Ale wahadła są zgrane, muszą coś „jeść”, dlatego przekazują sobie „energie” co łakomych kąsków. Wielu byłych katolików przechodzi na ezoterykę/duchowość, bo ona oferuje wolność, szeroką perspektywę i brak strachu w życie po śmierci (reinkarnacja). Łakną tego, czego inne wahadło im nie zapewniło.

Ale wolność duchowa to iluzja. Bo i tutaj robisz coś pod dyktando kogoś/czegoś, ufasz temu, kto kieruje Twoim przeznaczeniem i wierzysz, że prowadzi Twój rozwój tak by było Ci lepiej, zdrowiej, dostatniej. Jesteś programowana przez odpowiednią symulację.

Wyszłam z tej iluzji kilka lat temu, kiedy poznałam „ziemskiego” M. On mnie trzymał przy ziemi, a ja coraz mniej fruwałam „w chmurkach”. Ale gdzieś tam w środku zostały mi tła ezoteryczne – numerologia i słowa tarota w poprzednich latach o moim przeznaczeniu. Nie walczyłam z nimi, przeczekiwałam, bo tak należało, bo tak mnie uprzedzili, poddałam się, zaufałam. Myślałam, że jak wyszłam to wyszłam z tej ezoteryki. Ale nie.

Pisałam kolejne ebooki, udzielałam konsultacji. Byłam w tym świetna. Na boku wciągnęłam się w przebranżowienie się na realną karierę w Brytyjskim Języku Migowym. Tu mi wychodzi, bo płynę i nie oczekuję. 

Powoli stawałam się rozdarta pomiędzy blogiem, ezoteryką, budowaniem społeczności na social mediach a pracą i kursami zawodowymi. To były i są dla mnie sprzeczne drogi życia. 

A potem zemdlałam po drugiej szczepionce („reset”). Pojawiły się sny, innego rodzaju, takie „zmuszające” do oglądania, szantażujące, wywołujące strach jeśli czegoś nie zrobię. Zniknęła intuicja i czytanie ludzkich energii, stałam się taka „zwykła”, NIEWIDOCZNA. Nie chciałam nigdzie iść, uczepić się, nie zabiegałam o czyjeś względy jak wcześniej, coraz więcej rzeczy nieświadomie robiłam na przekór, ze spokojem i wzruszeniem ramion.

Potem były karty tarota, potężny atak stresu i emocji. Potem szybkie decyzje, puszczanie, walki.

I potem pojawiła się Ona, która ubierała przekazy mojej duszy w słowa, była pośredniczką. Już napisała mi wszystko, już mogła. A ja zrozumiałam, że przez te wszystkie ostatnie lata wciąż walczyłam z ego duchowym, z wahadłem duchowym, które nie chciało mnie puścić. 

Bo przecież już od dziecka byłam „z gwiazd”, z Aldebaranów, taka niezłomna  majestatyczność ze starożytnej Persji, taka inna, taka „kryształowa” aura, takie „słoneczko”, które zmienia ludzkie życia, ma wpływ na nich, taka wychowana na „Czwartym Wymiarze” i mająca połączenia z górą, mająca ich kosmiczną opiekę. Ile tu ego!

A teraz nagle brutalne „Radź sobie sama – to „usłyszałam” od kart kilka dni temu. 

Czyli, że co?

Czyli, że nie powinnam żadnej swojej życiowej decyzji podporządkowywać ezoterycznym narzędziom – numerologii, tarotowi i innym takim. Nie powinnam już więcej liczyć na opiekę kosmiczną z góry. Wywalili, wypchnęli mnie, że tak to ujmę. Nie powinnam podejmować w ogóle żadnych decyzji tylko czekać na „znaki” od życia, cokolwiek to będzie. Nie powinnam walczyć, bo walka to stres, ogromne napięcie, emocje i łzy. Dużo łez.

 

Nie powinnam swoich emocji, napięcia i stresu oddawać wahadłom ezoteryki.

 

Powinnam akceptować, godzić się, puszczać i ufać. Powinnam być wyczulona na swoje emocje i wyszukiwać w nich „haczyka”, który uwiera, który gdzieś tkwi uczepiony i rani. Wyjmować ów haczyk, naklejać plaster na rankę i iść dalej, nie wracać. 

 

Całe lata żyłam na powierzchni – między ziemią a niebem. Nie odlatywałam za wysoko w „chmurki”, nie tonęłam w otchłaniach wahadeł, nie zakopywałam się we własnej trumnie nerwów i rozpaczy. Zawsze, ale to zawsze coś mnie utrzymywało na powierzchni. Chociaż lizałam wiele wahadeł, chciałam gdzieś należeć, chciałam sławy, uznania i hajsu, chciałam pomagać, nawracać, przypominać, chciałam być zauważona, chciałam czuć się wyjątkowa, bo 

miałam świadomość i wiedzę co będzie, co się stanie za pół roku, za rok…

 

…z tą wiedzą patrząc ludziom w oczy, czując bolesne poczucie nadchodzącej straty, bezsensownego POŚWIĘCENIA się, poczucia końca – zaciskałam zęby.

I dopiero teraz Ona mi powiedziała, że to wszystko to była walka z programami duchowości, z moim prawdziwym Ja. 

 

Wahadło ezoteryki kontra Ja.

 

Nie uciekłam z social mediów, ja po prostu ich nie potrzebuję. To była sekundowa decyzja nieoglądania jak inni ochoczą poddają się władzy różnym wahadłom – ich energie, emocje, życia. To nie jest niczyja wina, to naturalne, to ich rozwój, to w porządku.

Ale na mnie to już nie robi wrażenia. Z tym momentem „wyjścia” zgodziłam się utracić wszystko co do tej pory zbudowałam na blogu pod rządami wahadła duchowości. Teraz się będę z tego otrzepywać, długo, bo to co mi programowano od małego to nie tak łatwo jest od-programować. 

Ludzie z traumami religijnymi, społecznymi, tożsamościowymi, z problemami psychosomatycznymi mają swoich psychoterapeutów – „ludzi przejścia” między jednym wahadłem a drugim. 

A co jeśli ja chcę pozostać nieuchwytna, neutralna, na środku szali pomiędzy jednym biegunem a drugim? Czy w dzisiejszych czasach jest jakiś psychoterapeuta z sofą w swoim gabinecie, który pomaga wyzwalać się spod coraz potężniejszego wahadła ezoteryki i duchowości?…

 

Nie wiem co będzie dalej – z moim blogiem, ebookami i konsultacjami. Wszystko mi zniknęło. Czuję się pusta, próżniowata taka, nie jest mi ani dobrze, ani źle, ani ciepło ani zimno, nie odczuwam wdzięczności ani gniewu. Nie podejmę decyzji co do kontynuacji tego bloga, zostawię to czasowi. Chcę dokończyć jedną książkę, najważniejszą dla mnie, bo szkoda marnować fajnego talentu pisarskiego, prawda? Chcę to puścić, chcę puścić swoje życie, niech leci, niech rozpuszcza się.

A moje czyste Ja przyjdzie z czasem.

__________

Dziękuję Anito.