Miewam fajne sny. „Robią” mi wszystko – rozwiązują zagmatwane sytuacje, wyjaśniają, uspokajają, tłumaczą, przepowiadają, brutalnie wylewają kubeł zimnej wody na moje biochemiczne emocje. Nauczyłam się odróżniać zwykłe sny od proroczych. Lata praktyki oraz przekładania określonych symboli sennych na rzeczywistość sprawiły, że teraz bezwiednie „analizuję” swoje i cudze sny. 

Snów nie należy brać dosłownie, są one tylko i wyłącznie metaforą oraz odbiciem naszej podświadomości. Symbole są indywidualne i u każdego mogą znaczyć co innego, dlatego senniki internetowe możecie sobie gdzieś pocałować. Tu podziała jedynie Twój własny głos rozsądku. 

Pewnej nocy (nie tak dawno zresztą) śniło mi się, że pakuję bagaże do mojej poczciwej Toyoty. Znaczenie bagaży znam doskonale i już wiedziałam, że szykuje się spora zmiana w moim życiu, ale nie wiedziałam, że będzie ona aż tak drastyczna i przekroczy moje najśmielsze oczekiwania.

 

Akurat przywoziłam Rodziców z lotniska. Cudem dojechaliśmy do domu. Potem już poleciało, jeden warsztat, drugi, trzeci, jeden sklep, drugi, trzeci. Dopiero po dwóch dniach czekania i walki mój mechanik razem z Tatkiem orzekli diagnozę i stwierdzili zacnie, że Toyota więcej nie pojedzie. Chyba, że wyłożę trzykrotną wartość auta. 

Rozkleiłam się. Wszystko się w jednej chwili posypało na moją głowę. Szukałam auta w pobliżu, mój M. też szukał od siebie. Wspólnie z nim i rodzicami naradzaliśmy się nad kolejnym samochodem i kwestią finansową. Nie mogłam się nigdzie ruszyć, komunikacja jest fatalna z mojego miasta, pozostało znaleźć coś na miejscu, jak najbliżej.

 

Mój M. koił moje emocje, sugerując zmianę priorytetów, bo przecież kurs na motory miałam mieć na dniach. Popłakałam sobie w łazience, tak porządnie, by wyrzucić to z siebie i już więcej do tego nie wracać. Z doświadczenia wiedziałam, że jeśli nie teraz to na pewno wróci to później. Zrobiłam przecież kurs CBT, egzamin teoretyczny za parę dni, oba te papierki mają ważność dwa lata – poczekam. Teraz auto było priorytetem i nie było z tym żadnej dyskusji.

 

Nie spałam po nocach, kilka godzin snu wprawiało ciało w stan ekscytacji i stresu jednocześnie. W środku byłam spokojna, ale ciało swoje musiało „przejść”. Wtedy też M. wyjaśnił mi na czym polega odczucie ekscytacji. To ciało reaguje, a nie Ty! Nawet jeśli już decyzja została podjęta, nawet jeśli jesteś w środku tornada, nawet jeśli wiesz, że skończy się dobrze i chcesz spać i krzyczysz do mózgu „Śpij, Ty wredoto, przecież jest już dobrze!” to jednak ciało nie, nie i nie. Musi swoje się wyszaleć z chemią i hormonami. Czułam się, jakby ciało było poza mną a ja nie miałam na nim żadnej kontroli, by je uciszyć. Przynajmniej nie fizycznie. Przecież ziemski wymiar jest ślimaczy, tutaj wszystko dzieje się z opóźnieniem względem naszego umysłu – ciało, rzeczy materialne, marzenia, itd.

 

Po kolejnej „bezsennej” nocy, M. wysłał mi parę aut koło mnie i TO jedno, z naciskiem na TO, że mam TO brać. Cena była kosmiczna jak na moje możliwości, ale wiedziałam, że to TO. Natychmiast wstałam i napisałam maila do salonu z prośbą o jazdę próbną. Odpisali od razu. Po kilku godzinach podpisywałam już papiery, a auto było do odbioru po kolejnych kilku dniach (przegląd, serwis, wycackanie i wychuchanie). Podczas tej całej zabawy w jazdę próbną i papiery ogromnie dużo mi pomogli mój M. oraz Tato, chociaż ten drugi już raczej niewiele mógł wskórać z racji, że nie znał angielskiego. Sprzedawca komunikował się ze mną pisząc na kartkach papieru, zresztą cała obsługa była fantastycznie dopasowana do moich potrzeb a ja czułam się spokojnie, mając za plecami doświadczenie M. i Tatka.

 

Ogromny żal miałam również do tego, że plany pobytu moich Rodziców spełzły na niczym – bez auta nic nie mogliśmy zobaczyć, pozwiedzać, nad morze pojechać czy coś. Za to po wszystkim wszyscy razem zagraliśmy epicką partę w Rummikuba !!!

 

Toyota przedwczoraj pojechała w dobre ręce, sprzedana praktycznie za bezcen. Nie uroniłam ani jednej łzy, uśmiechnęłam się tylko i posłałam jej „Dziękuję za wszystko…” Była ze mną ponad 6 lat, nie zawiodła mnie nigdy, jeśli już coś jej było to zawsze znalazł się ktoś na miejscu, kto o nią się zatroszczył. Woziła mnie na pogotowia w środku nocy, czekała cierpliwie kiedy wrócę z długich urlopów, miała swoje upodobania (parkingi nad brzegami morza, podobna muzyka, leśne, puste drogi, jazda nocą.) Dużo wspomnień z nią mam. Była taka „moja”, zwrotna, dynamiczna, niezawodna. Ale ten rozdział już jest zakończony.

Czas na nowe, lepsze życie, bardziej spokojne, ułożone, bezpieczne.

 

Dlaczego miałabym sobie tego odmawiać?

 

Wiecie, ja tak sobie obserwowałam Anglików tutaj. Dlaczego oni ci wszyscy jeżdżą nowymi autami a ja wciąż starą Toyotą? Dlaczego oni wszyscy mają nowe telefony a ja wciąż używałam ze średniej półki za najniższy abonament? Dlaczego ja wydawałam mnóstwo kasy na swoje auto (tak, trend się odwraca i posiadanie starego auta jest już kompletnie nieopłacalne) zamiast jeździć wygodniejszym, sprawniejszym i po prostu ładniejszym? Dlaczego ja się piekliłam przy takichsobie telefonach i co pół roku musiałam zmieniać na inne modele, również ze średniej półki? Czemu nie mogłam sobie ułatwić życia? Czemu nie mogłam sobie odpuścić, przestać walczyć, unosić się dumą i odmawiać ciągle pomocy, bo przecież byłam zdana tylko na siebie? Różnie przecież w życiu bywa a głosy realizmu zewsząd nawołują o patrzenie w przyszłość.

Której za Czajny ludowe NIE PRZEWIDZISZ!!!!

 

„Licz tylko na siebie”.

„Patrz na siebie, nie na innych.”

„Pomyśl o swojej przyszłości, twórz ją tak, byś nie została potem z niczym.”

„Zainwestuj w siebie a nie w rzeczy materialne.”

„Słuchaj tylko siebie, bo inni patrzą na Ciebie pod kątem swoich potrzeb.”

„Najpierw siebie zaakceptuj, byś mogła siebie pokochać.”

„Najpierw siebie pokochaj, byś mogła pokochać drugiego człowieka.

 

Bzdury.

 

Ponad 6 lat mieszkałam sama. Po rozwodzie byłam zmuszona uczyć się siebie na nowo, odnaleźć w sobie kobiecość, pasję, upodobania. Musiałam próbować tworzyć swój własny Dom, ten osobisty, duchowo-społeczny jak również ten fizyczny czyli samodzielność, zaradność i ogar życiowy. Odnalazłam siebie, stałam się całością i byłam samowystarczalna. W zeszłym roku zwolniłam się z huty, nowa praca podniosła moją pewność siebie. Rzuciłam wszystkie przekonania, nawyki i style żywieniowe, zaczęłam słuchać swojego ciała a nie innych. Wyszłam z ezoteryki i nauczyłam się chodzić po realnym życiu. Poznałam też M., dzięki któremu odkryłam magię relacji międzyludzkich (psychofizyczne kobiece i męskie uzupełnianie się). Analizując zachowania społeczne z ogromnego dystansu zmieniłam myślenie uwzględniając prawo przyciągania. Podwyższałam sobie standard życia zaczynając od najnowszego srajfona. Na biurku wisi kartka z oklepanym jak świat mottem: 

 

„Zasługujesz na wszystko co najlepsze!”

 

W tym roku zaczęłam wydawać w końcu swoje ebooki, ludzie kupują. Zostałam doceniona za swoją twórczość w rankingu wpływowych blogerów. Teraz auto. Szykuje się jeszcze sporo zmian w tym roku.

 

Dlaczego nie miałabym tego najlepszego przyjąć do siebie? To tylko zabawki, przedmioty codziennego użytku, to one Ci służą a nie Ty im. Ja nie jestem niewolnikiem aplikacji w moim srajfonie, Macbook wiernie mi służy do pisania w różnych miejscach, Fiat 500 był moim marzeniem, jeśli chodzi o małe auta, bardzo mi pasuje, jak mi pisaliście. Ale to auto – środek przemieszczania się, w nim przeważyły kwestie eksploatacyjne aniżeli sam wygląd i marka. 

Nie jestem samowystarczalna. Jestem zaradna, ogarnięta, w ciemię niebita, intuicja wciąż na wysokim poziomie. Ale pewnych rzeczy nie przeskoczę, i właśnie te rzeczy były moją lekcją, której musiałam się nauczyć. 

Pozwolić innym sobie pomóc, pozwolić innym udowodnić, że im zależy, że mnie kochają, że wierzą we mnie. Że trzeba czasem odpuścić, schować swoją du(p)mną samowystarczalność i pozwolić innym działać. 

 

Wiecie jak po tym wszystkim się poczułam?

Jakbym w środku urosła mega, mega, mega, bardzo mega !! Jakbym wykonała zilion maratonów w ciągu kilku dni. Poczułam jak moja radość, energia rozlazła się na wszystkie dziedziny mojego życia i wypełniła dziury. Bo już inaczej „patrzę” na swojego M., już inaczej „odbieram” relacje z Rodzicami. Przekonałam się, że nie jestem sama, że mogę się im zawierzyć, zaufać, polegać na nich, że nie muszę się spinać ani martwić o siebie, że oni dbają o mnie, chronią mnie, że są dla mnie – tak jak zawsze byłam i jestem dla nich. 

Że to wszystko siedziało w mojej głowie a oni konsekwentnie i cierpliwie „dobierali” się do mnie, że to ja sama siebie blokowałam przed przyjęciem pomocy, zaufania oraz miłości…

 

Chcąc nie chcąc – pękłam. Poddałam się. Moje uczucia są głębsze i silniejsze niż kiedykolwiek przedtem, intuicja się jeszcze bardziej poszerzyła a od kilku dni mam sny potężnego kalibru.

 

Ta notka brzmi jak pamiętnik, ale musiałam to wyrzucić z siebie, bo mój blog jest terapią, swoistym dowodem jak dusza człowieka reaguje na różne sytuacje w życiu, jest też dowodem, że ciągle idziemy do przodu i, że tylko dzięki otwieraniu się na innych jesteśmy w stanie się rozwijać, kochać siebie w zupełnie innym wymiarze. Ale przecież otworzyć się na drugiego człowieka nie można na zawołanie, na siłę, to się dzieje samoistnie po przejściu określonych doświadczeń.

 

ezoteryka duchowosc nieslyszaca blogerka

Dowód przepięknego doświadczenia <3