Minęły ponad trzy lata kiedy zaczęło się to wszystko. Minęły dwa lata, kiedy skończyło się to wszystko. A jednocześnie – dwa lata, kiedy tak naprawdę zaczęłam żyć.

 

Przed wyjazdem do Polski na operację wycięcia trzonu macicy dostałam od dobrej kumpeli słonika, na wsparcie. Różowa figureńka była ze mną cały czas. Dziś słonik nie stoi już na honorowej półce, jest schowany w wintadżowym kuferku. Wyciągnięty nie wywołuje bolesnych wspomnień, nie wywołuje kulenia się, łez. Tylko uśmiech i rozlewające się przyjemne ciepło po całej klatce piersiowej.

Nie lubię symbolizować rzeczy, ale od słonika nie umiem się powstrzymać. Tym bardziej, że jego znaczenie przypisałam dopiero niedawno. Odrodzenie, przebudzenie, wyczyszczenie, oczyszczenie, potężny apgrejd (aktualizacja).

Dziś, mając wiedzę, jaką teraz posiadam, z pewnością uniknęłabym histerektomii, walczyłabym do końca naturalnymi sposobami. Znając mój upór, wiem, że wygrałabym swoją macicę.

Ale Kosmos wie lepiej. Pewne rzeczy po prostu muszą się przydarzać, nawet te najgorsze. Już w tamtym czasie podskórnie wiedziałam o tym, czekałam cierpliwie na właściwy czas. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że ten przełomowy punkt w życiu był nieuchronny.

Nie znałam jeszcze siebie, nie potrafiłam odróżnić swoje ego od duszy, od ciała, od siebie. Nie miałam pojęcia, do którego z nich należał głos:

„Byłam już zdecydowana od września a tu znowu poddają mnie jakimś wątpliwościom… Jednak mimo łez i nerwów, gdzieś tam w tle aż huczało:

“Usuuunąć. Usuuunąć. Usuuunąć. Usuuunąć.”

 

Przelećmy w skrócie.

 

„Było to w październiku 2014 roku.

Jeszcze nie wiedziałam, że dopiero wtedy tak naprawdę zaczął się mój horror.

Bóle zaczęły się niemal od razu, były jakieś skurczowe, dziwne, inne, nieznane mi wcześniej. Krwawiłam nieregularnie. Pierwsze kontrole u mojej położnej mówiły, że jest OK. Nie było, cały czas krwawiłam. Słabłam z dnia na dzień. Moja twarz nabrała koloru wosku, porcelany. Nie byłam w stanie pokonać kilku stopni schodów. Byłam bardzo śpiąca. Schudłam kilka kilogramów.”

W 2015 roku rzuciłam wyprawy górskie do Maroka, Iranu i Gruzji. Resztkami sił uparłam się na Słowenię. Cały czas jechałam na sterydach i przeciwbólowych, które kontrolowały moje miesiączki. W głowie znienacka pojawiła się myśl o wycięciu trzonu macicy. Dążyłam do tego.

„W lipcu u ginekologa w szpitalu – histerektomia? Tak, jestem na to gotowa. Zatem zapraszamy na następną wizytę, już z chirurgiem ginekologiem. Kiedy? Jak najszybciej. Czyli? Koniec października.”

Angielska opieka medyczna była na dnie. Musiałam szukać pomocy w Polsce, za własny hajs.

„Za namową Mamy zajechałam w połowie sierpnia na prywatną wizytę do innego ginekologa, alfa i omegi w Opolu. Ten od razu chciał mnie rzucić na stół operacyjny: “ – Pojutrze pasuje?” Nie no, muszę się przygotować u siebie – kot, mieszkanie, rachunki, biurokratyczna walka z NHS o zwrot kosztów histerektomii, zwolnienie w pracy. “- Za miesiąc, panie doktorze, za miesiąc.””

Byłam gotowa już na tę decyzję, przeleciałam całe internety, rozmawiałam z babkami po takich operacjach. Oswajałam się z konsekwencjami, akceptowałam je, ale czułam, że one nie będą mnie dotyczyć. Nieświadomie programowałam swój mózg.

„Mi było wszystko jedno, jestem i tak i tak bezpłodna, dzieci nie planowałam i nie planuję mieć, mam inne priorytety w życiu, tak, jestem gotowa na wszystko. Na wszelkie powikłania po, na pół roku maksymalnego oszczędzania siebie po zabiegu, na chwilowe zawieszenie swoich planów, marzeń.”

Ten czas okazał się kroplą w oceanie. Dosłownie. Mając teraźniejszą wiedzę o wielowymiarowościach czasowych i bywanie w światach równoległych – te trzy lata są naprawdę kropelką wody. Iluzją, która wpłynęła na wszystkie linie rodowe. To była chwila wobec ogromu Kosmosu. Teraz czas odczuwam nie jako tylko i wyłącznie ziemski, linearny. Czuję się pełniejsza, większa, ze świadomością, że moja dusza fruwa i żyje również gdzie indziej.

 

Byłam gotowa i urządzona na pierwszą operację. Niestety, nastąpiły opóźnienia remontowe i zatokowe. Kolejne litanie leków, antybiotyków. Do dziś dziwię się, że moje ciało przetrzymało ten srogi, długotrwały najazd farmaceutycznych trucizn. Byłam otumaniona, ból przesłaniał i zobojętniał moje prawdziwe odczucia.

„26 października 2015r. przyjeżdżam w końcu do szpitala. Podczas rozmowy z anestezjologiem ustalamy, że ze względu na moje PCD (ale co to ma wspólnego, dalej pozostaje zagadką) oraz ostatnie choroby, znieczulenie będzie miejscowe, przy krzyżu. Oczywiście, jak już “ciąża” do końca to do końca. Moja intuicja mówiła co innego, ale co ja tam wiem…”

Intuicja się nie myliła. Tylko czyj to był głos?

„Doktor odwołuje operację. Chodzą ploty, że miałam drgawki i bezdech. Noż kurczę. (Po wielu późniejszych rozmowach ze świadkami tej sceny okazało się, że ani bezdechu, ani drgawek nie było, ale to co usłyszał doktor to już nie zostało odsłyszane.)”

 

IMG_20151027_145843_2

Wierny kompan w bitwie, próba pierwsza

 

Nastąpiła zmiana w leczeniu, ku mojej wielkiej uldze. Karton sterydów zmienił się na eleganckie i maleńkie ustrojstwo hormonalne.

„Sterydy poszły w odstawkę, zatem logicznie rzecz biorąc, krwawienia wróciły. Polskie leki przeciwkrwotoczne nie działały. Ani pierwsze, ani drugie. Pierwszy tydzień to jedna wielka makabra, jeden długi, bardzo bolesny sen. Tabletki przeciwbólowe nie pomagały, wiłam się z bólu, leżałam całymi dniami, płakałam. Wyczekiwałam jakiegoś cudownego końca.

A ten nadszedł szybko.”

Myślę, że zabieg oczyszczania jamy macicy był pierwszym takim punktem przełomowym. Taką próbą generalną, sprawdzeniem czy jestem gotowa. Bo dopiero od tego czasu zaczęłam mieć wrażenie, że uleciała ze mnie cała przeszłość. Oczyszczenie jamy macicy było jednocześnie oczyszczeniem mojej duszy z wszelkich powiązań karmicznych, zobowiązań energetycznych, łańcuchów.

 

Bo kiedy jesteś w narkozie Twoja dusza opuszcza ciało. I nie masz pewności, czy wróci ta sama…

 

Czas po tym zabiegu był już zdecydowanie inny. Plany zaczęły się układać, miałam wrażenie, że wszystko zaczęło mi sprzyjać. Ale wciąż nie miałam kontaktu z własną duszą/ciałem. Ego też siedziało cicho.

„Udało się. Jak wszystkie inne sprawy. Czułam, że to już ten czas, kiedy cała reszta poleci z górki, ten właściwy czas na swoim miejscu.”

Trzy miesiące później, kiedy eleganckie maleńkie ustrojstwo zadziałało do końca, byłam już w pełni gotowa na kolejny krok.

W styczniu 2016r. wycięli mi trzon macicy.

„Obudziłam się w trakcie. Fajne uczucie. Zobaczyłam pielęgniarkę, która po spojrzeniu na mnie wlała jakiś płyn do wenflonu. Wiedziałam, że to dożylne znieczulenie. Ale przez te milisekundy zdążyłam popatrzeć na przód – na parawan przy brzuchu, swojego lekarza i zdążyłam poczuć, że coś grzebią mi w środku. Nie było to nieprzyjemne, ale było czuć, jak przez mgłę.”

Chyba celowo się obudziłam, by sprawdzić czy wciąż jestem. Byłam. I moja dusza też ze mną była.

 

IMG_20160120_191326687_2

Wierny kompan już po bitwie !

 

Czwartego dnia po operacji, kiedy uczyłam się chodzić, spacerować, zaczęłam rozmawiać ze sobą, ze swoim ciałem.

“Słuchaj, ostatni rok był dla nas bardzo ciężki, nieźle się zabajzelowałyśmy obie. Nie powiem, spieprzyłam na całej linii ignorując Twoje wcześniejsze wołania o pomoc. Przepraszam za to. Ale chyba wiesz, że próbowałam i inni mi też w tym pomagali. Wiem, że ta decyzja to od Ciebie pochodzi i musisz wiedzieć, że i ja tej decyzji nie żałuję.

Dziękuję, że wytrzymałaś tyle, że walczyłaś, że nie poddałaś się i dotrwałaś do końca.

Zaczynamy nowy rozdział, dostałam kolejną szansę od Życia, nie zmarnuję jej. Nauczę się rozmawiać z Tobą, słuchać Ciebie. Obiecuję, że nie zawiodę tym razem. Pomogę Ci i ufam, że Ty też mi pomożesz przejść przez najbliższy rok i resztę życia.

Zaczniemy spełniać moje marzenia odłożone od wielu lat na bok. Pokażę Ci świat, wejdziemy na niejeden górski szczyt, popływamy sobie znowu na Malcie, będziemy grać w Twojego ulubionego squasha, poznamy nowe doświadczenia, tyle nam jeszcze przecież zostało, co nie?

Damy radę, prawda?”

Wzajemne dostrajanie się do siebie trwało jeszcze długo, długo. Po miesiącu:

„I co najważniejsze, moje ciało w końcu się udobruchało i zaczęło się do mnie odzywać. Najpierw mamroczącycm półgębkiem, potem półsłówkami, potem krótkimi zdaniami, aż w końcu całkiem odpuściło i zaczęło współpracować ze mną na całej linii. Co za uczucie ! Jakby intuicja mi się panoramicznie poszerzyła. No, ale musiałam trochę to ciało podrażnić.”

 

Kolejne miesiące obfitowały w fizyczne i mobilne sukcesy. Poszłam na siłownię, chodziłam na wielokilometrowe spacery. Kumpel, który pojawił się w najtrudniejszym dla mnie czasie, poprowadził za rączkę w góry. Moja „nowa” dusza ukochała góry i w późniejszych czasach już chętnie razem jeździłyśmy – Szkocja i jej jedna wyspa Isle of Skye dwa razy, parę razy Walia, Tatry w Polsce i na Słowacji, Beskidy, góry Pamiru w Azji Środkowej. Ciągnie ją do Alberty w Kanadzie. Kwestia czasu.

W hucie straszyły mnie starsze panie o skutkach pooperacyjnych – wypadanie pochwy, przedwczesna menopauza. Nie słuchałam ich. Teraz mam wiedzę, która pozwoli mi tego uniknąć – sporty, bieganie, przysiady, surowe jedzenie, prawidłowy poziom hormonów, akceptacja i słuchanie swojego ciała.

 

Czas między jedną operacją a drugą był czasem kalibracji rzeczywistości wokół mnie. Układał się nowy, lepszy scenariusz dla mnie. I Kosmos kreował bazę pod ten scenariusz, tworzył sytuacje, kierował życiami innych ludzi, których potem miałam spotykać.

Bo ludzie, których zaczęłam poznawać i wciąż poznaję są już INNI. Nie byli to znajomi moimoi, ale mojej Duszy. I te znajomości uczyły mnie zauważania i analizowania swojego „środka”, takie „ktojestkim?” w tym środku.

Ego totalnie się wyciszyło. Początkowo, kiedy hormony się regulowały przez pierwszy rok, miałam w zwyczaju płakać, ryczeć i się wkurzać straszliwie bez powodu. Kiedy się unormowały ja już umiałam rozmawiać ze sobą i nauczyłam się przywoływać do porządku swoje ego (Crystal się nazywa).

 

Na dzień dzisiejszy emocji typu martwienie się, złość, wkurw, strach nie mam. Jeśli zdarzy mi się zareagować łzami, to tylko dlatego, że coś ruszyło moje Maleństwo (imię duszy), a nie mnie. Bo to ja jestem tą, która musi ją potem pocieszać i kumać, o co łazi. To ja jestem tą, która ma pamięć o tej inkarnacji i potrafi skojarzyć pewne zdarzenia, powiązać je z ludźmi i zrozumieć o co jej chodzi. A moja dusza, jak się przekonałam, bardzo nie lubi, jak ktoś jej nie okazuje szacunku. Reaguje wtedy jak małe dziecko. Przejmuje całe moje ciało i ryczy. Jedyne co mogę zrobić to już nie rozmawiać z takimi osobami.

Maleństwo uwielbia być same, uwielbia tańczyć, śpiewać w pałacu, w karocy, uwielbia leżeć na trawie, huśtać się, całować kwiatki i kózki, smakować nowe rzeczy, przytulać się do ludzi z dobrym sercem. A ja, ze stoickim spokojem, jaram się tu i teraz razem z nim.

 

 

A bycie w tu i teraz działa cuda w realnym, codziennym życiu. Przyciągasz najlepsze!

 

 

Od operacji zmieniło się również podejście do jedzenia. Bezboleśnie przechodzę na witarianizm. Wracam do leczenia naturalnego, które sugerowałam telepatycznie rodzicom będąc dzieckiem. Oczyszczam się, odtoksyniam, odpasożytowuję się i odgrzybiam od czasów, kiedy to jadałam rocznie pół apteki. Czując powiązanie z naturą, jej wibracje, jej życie w roślinach to się aż prosi, by właśnie takie rzeczy spożywać. Sztuczne jedzenie nie ma życia, nie ma jak się ładować.

Zaczęłam również sporo działać na niwie energetycznej, ale o tym piszę w książce, to są oddzielne historie.

 

 

Podczas drugiej narkozy wydaje mi się, że dusza albo wróciła po potężnym apgrejdzie albo …ja dostałam inną.

 

 

A zmiana mojej duszy wymaga zmiany mojego ciała, stąd witarianizm – inna gęstość wymiarowa.

W Kosmosie wszystko jest zegarmistrzowsko precyzyjne. Wszystko ma swój czas, miejsce. Dusze nasze są dziećmi, przychodzą na Gaję by doświadczać, próbować, przeżywać. My jesteśmy za nie odpowiedzialni – my sami dbamy o nasze ciała, nasze myśli, emocje. Im głębiej śpicie tym trudniej jest zaufać własnej intuicji, nie wierzyć w TAKIE RZECZY.

A TAKIE RZECZY istnieją.

 

Histerektomia była potrzebna. Jak wszystko inne.

 

„NIE. ŻAŁUJĘ. NICZEGO.”

 

W tytule swoje drugie imię chciałam zmienić na “spokój”. I to nie taki osławiony “święty spokój” czy tam wolność od trosk i problemów i zgryzoty. I krwawych, comiesięcznych wodposadów. To taki spokój w rodzaju odetchnienia, błogiego wyczerpania po ciężkiej, za to porządnie rozegranej bitwie. Ale po namyśle stwierdziłam, że “walka” w dalszym ciągu pasuje najbardziej.

Bo czyż nie walczymy, kiedy dążymy do spełniania własnych marzeń?

 

Przestałam już walczyć. Zaczynam żyć w swoich marzeniach. Moim, własnym życie. 

 

12592587_967489373299468_3740437576257449333_n

Maleństwo w swoim żywiole

 

 

Więcej możecie poczytać tutaj:

Histerektomia cz.1 – bo walka to moje drugie imię

Histerektomia cz.2 – bo walka to moje drugie imię