Miniony tydzień to hity jeden za drugim. Ale tak bywa w okresie okołourodzinowym. Człowiek nie wie za które szczęście się najpierw zabrać, i niby, że przestaje się dziwić, to jednak się dalej jara. Dziś chwila wolnego, to napisze się fajny tekst.

O osobowościach, przyciąganiu, należymisięwizmie oraz… światach równoległych.

 

Założyłam sobie fajny ciuszek na te wcielenie – pozwala to mi być elastyczną, optymistyczną i nie martwiącą się niczym oazą spokoju. Ze ślicznymi ząbkami i magnetycznymi oczami.

I z sercem, które dużo pamięta. Sercem, które nieustannie Anetkę zaskakuje.

 

Wiecie, mam siostrę, młodszą, chytre i twarde dziewczę z niej, jeśli trzeba to Janusza przekona do bretarianizmu. Ja to tego Janusza bym w środowisku naturalnym zostawiła i pod swoją lupę badawczą bym wzięła. Tatuś raz nas trafnie ocenił: „Mery wygląda na cwaną, ale nie wychodzi jej to, mimo, że próbuje. Anetka nie wygląda na cwaną, wygląda niewinnie i tak też jej ta cwaność niewinnie, z łatwością przychodzi.”

 

Znacie prawo przyciągania? Pisałam o tym w zilionach miejscach na blogu. Ale skupmy się na intencjach i przyciąganiu.

 

Intencja sama w sobie, myśl są obojętne, Ty nadajesz im znaczenie, etykietujesz jako złe lub dobre,

 

jako martwienie się lub jako wyzwanie, jako strach lub jako pasję, jako humor lub jako współczucie z załamanymi rękami. Ty wybierasz jak dana sytuacja, dany problem, dana osoba, dana relacja będą wyglądały w Twoich oczach. Ty decydujesz i tym samym Ty tworzysz swoją rzeczywistość.

 

Anetka jest fajna, to już wiecie. Ma fajne serce, dzięki któremu bez słów prześwietla ludzi na wylot i wie, przy kim może się pobawić w kolejkę pociągową, nie siedząc jednocześnie na krawędzi sofy. Bo to, że nie słyszy, to jeszcze jej w tym trochę „pomaga” – sprawdza tym samym dystans i poczucie humoru u innych.

 

No i właśnie, i tą swoją zarąbistością Anetka przyciąga same niespodzianki. Nie, to nie moje ego, to cała moja trójeczka – ego, dusza i ja. Jesteśmy zgrane, doskonale wiemy co piszemy i na ile ironii możemy sobie pozwolić, by czasem nie brać nas na serio.

 

Rozmawiałam wczoraj z psiapsiółką o tym. Że my obie mamy takie „szczęście” do wynajdowywania ludzi znanych, sławnych, elyt, takich z górnej półki. Często jeszcze nie wiedząc, że nimi są lub kim później będą. No i trzymania znajomości z nimi, się wie. Ja mam to swoją „teorię”, ale to w książce będzie w przyszłym roku. Wracając do zajebistości, epatuję postawą „należy mi się”. Nie ma innej opcji niż ta, którą sobie założyłam, nie uwzględniam w tym niepowodzeń, porażek, nie ma we mnie strachu. Bo czego się bać? Co mi świat i ludzie zrobią? Przecież sama sobie tworzę rzeczywistość. Nic nie muszę. Jest co jest. Akceptuję wszystko.

 

Biorę jak jest, a jak dają to trzeba brać.

 

A jak Kosmos daje TAKICH ludzi, to trzeba brać tych ludzi. I wyciskać swoje lemoniady – inspirować się, rozmawiać z innymi, pomagać, pisać blogi, teksty, książkę.

 

Przykładów takich w moim życiu miałam i mam mnóstwo – wszystkie bazują na pozornych przypadkach.

 

Jednak nauczona doświadczeniem i pamięcią mojej duszy, nie, absolutnie nie… Wszyscy ludzie, te grube ryby, znane osobistości, menedżerowie, pisarze, piosenkarze, znani podróżnicy, artyści… Moje Maleństwo ich wszystkich doskonale zna i pamięta.

 

Każde takie spotkanie poprzedzają moje wizje, sny, odczucia. Umiem czytać energie własne i cudze, odróżniam je w snach, nawet jeśli dana osoba wygląda inaczej. Wibracje nigdy nie kłamią. A potem, w rzeczywistości, czytając mowę ciała, spojrzenia, uśmiechy, spontaniczne reakcje, rzucone od niechcenia słowa, czy „dziwne sytuacje” znajduję potwierdzenie ze swoich wizji i snów. Ludzie nie kontrolują swojego ciała, swoich zachowań, to im się tylko tak wydaje. Spontaniczność jest bardzo piękna, ale i też złudna. Bo kiedy nie masz realizmu w umyśle, bardzo łatwo możesz wpaść w ekscytację, oczekiwania, płonne nadzieje.

 

To kilkanaście lat „praktyki” moi drodzy, to się ma w najlepsze i istnieje. Albo ja nie nazywam się Anetka. Z tym swoim kryminalnym, analitycznym i chłodnym mózgiem. Bo w nic nie wierzę, jestem barrrdzo sceptyczna, nie wierzę w nic, co nie działa, nie sprawdza się, nie jest skuteczne, sprawdzone empirycznie. A te empirycznie, cóż, jeśli kwanty podchodzą pod naukę, to jak najbardziej.

 

Znam swoje Maleństwo (serce) doskonale, wiem, kiedy szaleje, kiedy się cieszy, jak kogoś widzi. W snach potem mi „opowiada” – te sny to światy równoległe, inne wymiary, rzeczywistości. Nieskończenie wiele wariantów różnych scenariuszy, w różnych czasach i miejscach, każdy z własną historią.

Tam mamy inne więzi rodzinne, tutaj inne. Tam się spotykamy od jakiegoś czasu, tu jesteśmy małżeństwem, na przykład, tu jesteśmy parą ze świeżym stażem a tam rodzeństwem i związek tutaj nie wychodzi, tam ktoś mnie uczył jeździć na motorze w jakichś górach – tutaj spotkałam go tydzień później w Tadżykistanie, tam jesteśmy parą, małżeństwem, kochankami – tutaj… bylibyśmy też, ale Anetka trzeźwa, realistyczna, nie słucha romantycznych uniesień Maleństwa.

 

Nie wiem czy to ma związek – konkretna osobowość a stare „bratnie dusze”. Pewnie tak, bo wszystkie te osoby, znane, całkowicie oddane swojej pasji, zaangażowane, pozytywne (bez krokodyli), nie mające parcia na szkło i hajs, nastawione bardziej na czerpanie radości z chwili i życia to kurczę… coś w tym musi być. Swój przyciąga swojego. Bez problemu, gładko, jak gdyby żadnych barier nie było.

 

Czasem wystarczy godzina rozmowy o snach i ludzkiej empatii, piąta rano, hostel przy afgańskiej granicy, taras z rowerami z całego świata, kotek przy naszych kolanach i szum drzew przy wschodzącym słońcu. Potem selfie. Nie wiem czy się jeszcze zobaczymy, nie potrzeba mi to wiedzieć.

Czasem wystarczy poznać kogoś, kto w innym świecie jest Twoim ojcem, uczy Cię jeździć na rowerze, w i tym życiu, ja, nie wiedząc kim jest tak naprawdę, dość ostro mnie prostuje „Przestań być taka zjadliwa, po co Ci tyle ironii?„, kogoś, kto potem wytworzy reakcję łańcuchową. Po drodze inne osoby – „kumple” Maleństwa, inne skrzyżowania u nich, głębokie, poważne rozmowy, obudzenia, ruszenia, wspólne wysyłanie lampionów chińskich w nocne niebo, aż finalnie, po trzech latach – by wystąpić w klipie muzycznym polskiego rapera w Anglii. 

Czasem poznajesz kogoś, bo ma wobec Ciebie jakiś dziwny dług z innych wcieleń i w aktualnej inkarnacji ta osoba zwyczajnie staje na rzęsach, by Ci pomóc – miałam parę takich osób, czasami czułam się faworyzowana przez nie, wzięta pod opiekuńcze skrzydła, chroniona. Dzięki czemu większe sprawy w życiu przeszłam gładko. I przejdę jeszcze, bo książki trzeba wydać i wiem, że pojawią się odpowiednie osoby. Zresztą, już się pojawiają.

 

Nie patrzę na ludzi poprzez pryzmat swojego ego – bo znajomości, bo sława, bo zauważenie. Nie wykorzystuję tych znajomości do swoich celów, nie potrafię tak. To są wciąż ludzie, mają słabości, wady, humory, własne ustrojstwa, to są wciąż ludzie. A my wszyscy gramy. To tak, jakbym miała być zazdrosna o to, że ktoś ma lepszy ode mnie scenariusz. Nie. Bo różnica jest taka, że osoba sławna i podziwiana może nie wiedzieć, że gra, że ślepo leci za swoim scenariuszem, a ja – cóż, znam swój i w każdej chwili go modyfikuję na swoją ochotę. I wiem, że nie chcę być taka, tamta  i owaka. Łatwiej, dużo łatwiej jest mi być po prostu Anetką.

 

Więc biorę, idę za tym, nie boję się, bo czego? Chcę i mogę. Jestem ciekawa. Kiedy przestaje coś być zabawą – ja uciekam, szukam innego podwórka, innych możliwości, innych „dzieci”, gdzie mogę być sobą i nie siedzieć na tej krawędzi sofy.

 

Czasem poznajesz kogoś tylko na chwilę, tak, żeby przytrzymać kontakt. By później, po kilku miesiącach/latach, znowu się spotkać, zarezonować ze sobą, przydać się sobie, wspomóc, po drodze poznać innego ktosia, i wyswatać go z tym ktosiem.

Czasem poznajesz kogoś, by spędzić z nim romans, wakacyjny związek, jedną noc, i potem się już w ogóle nie spotkać, ale te chwile są już wspomnieniami, i jednocześnie „załatwioną sprawą” Twojej duszy. Nie ciągnij tego, nie płacz po kątach, nie oczekuj obrączek. Nic się nie dzieje bez powodu, naucz się odpuszczać. Nie trzymaj tego, nie zakuwaj się w łańcuchy swojego wyimaginowanego strachu.

 

Żyjemy w trzecim wymiarze, mamy swoje sprawy. Jesteśmy Simsami takimi, sterowanymi przez własne dusze, ego i często nie wiemy jak się wziąć za swoje życie. Dusze z kolei żyją w czwartym i piątym wymiarze, mają swoje sprawy, niedostępne dla nas, nielogiczne, niezrozumiałe. Trzeba ogromnego dystansu, by zaczaić o co chodzi w tej grze, na tej ziemskiej scenie.

 

Ludzie, nie macie pojęcia ile reakcji łańcuchowych tworzycie w swoim życiu. Każda osoba, którą poznajecie wpływa na Twoją decyzję, myśl, zachowanie. I ma to skutek w przyszłości, ale i też w przeszłości.

 

Należy Ci się wszystko co najlepsze i może gadam jak jakiś górnoloty kołcz, ale te „wszystko co najlepsze” to nie jest hajs, dom na hałajach i dozgonny małż. To Twój spokój, Twoje „tu i teraz”, Twoja pasja i zatracenie w tym co najbardziej kochasz, to każda chwila, w której masz odwagę być sobą, przełamywać swoje lęki, traumy i bariery, to każda chwila spędzona razem, dająca poczucie, że reszta świata nie istnieje. Żaden kołcz na sianie i zilionami followersów Ci tego nie powie.

 

Że Twoje „należymisię” to tak naprawdę nie chciwość, zachłanność podszyta zazdrością i zawiścią januszowską, ale właśnie ten brak strachu. I dlatego robisz wszystko, by ten stan spokoju i bycia „ponad” utrzymać jak najdłużej.

 

Im bardziej to lubisz, tym bardziej to doceniasz, tym bardziej jesteś wdzięczny, tym większego szacunku nabierasz do siebie.

A tym samym z coraz większym przekonaniem zaczynasz walczyć o swoje lepsze dziś, zaczynasz zmieniać myślenie, zachowania, słowa kierowane do ludzi, robisz to już świadomie.

 

Bo zwyczajnie Ci się należy.

 

Zrób sobie retrospekcję, tak dla zabawy, i pomyśl, co by się stało, gdybyś nie spotkała tej a tej osoby pięć lat temu? Gdzie byś teraz był? Co byś robił? Pomyśl, co by się stało, gdybyś nie miała tego wypadku i nie poznałabyś lekarza na pogotowiu (wówczas studenciaka jeszcze zielonego), który po ośmiu latach stanie się uznanym doktorem i promotorem Twojej pracy badawczej? Co by się stało, gdybyś zawczasu nie wybaczyła swojemu bratu za to, że okrutnie przepił i ograł spadek po Waszych rodzicach? Dalej tkwiłabyś w kłujących kajdanach „należymisię” i ściągała na siebie wszystkie nieszczęścia „za marnotrawnego brata”. No i po co? Brat to brat, Ty to Ty, patrz na siebie, walcz o siebie, niech Twoje życie Cię jara, fascynuje, zaciekawia.

 

To i tak tylko gra, później se dusze zmienią „aktorów” i będziemy kim innym, w innych światach grać. Nie pamiętać o tej nienawiści do brata, pracy badawczej i studenta z pogotowia, tabula rasa.

 

Ciężko było mi czasami zrozumieć moje Maleństwo, że ono kocha tego, tamtego, i chce znowu tam i tam, ciężko było mi czasami zrozumieć Maleństwa innych, co one mają ze sobą wspólnego o czym ja nie wiem, dlaczego nasze ciała reagują irracjonalnie, poza kontrolą. Przyszło zrozumienie, przyszło świadome życie, Anetka załapała grę i teraz należymisiuje na całego. I Wam też to radzi. Nie karmić trolli, karmić siebie, swoje szczęścia, pasje, chwile, odpuszczać, wybaczać i być czujnym & wdzięcznym za każdą fajną chwilę z bratnią duszą.

Już nieważne, czy to będzie gruba ryba czy cienka.

 

Dobrze, że mózg wciąż mi zostaje. I chyba dlatego, że wciąż używam mózgu nie umiem się ekscytować, zaślepiać, zauraczać, zakochiwać. Pasja i radość życia nie ma nic wspólnego ze ślepą i strachliwą ekscytacją. W ekscytacji nie przyciągniesz niczego dobrego. To nie jest Twoja świadoma intencja ani myśl. Noł łej.

 

Póki co – Anetka dała się namówić, bo wiedziała jaki skutek tego będzie, i przy pomocy ziomka Maleństwa a hiper pozytywnego miszcza-kombajna, zamigała trochę rapu. Popaczcie, jaka gwiazda 🙂