Czemu Egina? Może dlatego, że byłam wówczas w fatalnym stanie zdrowia i jedyne czego potrzebowałam to nudna, bezatrakcyjna wyspa, na której można nic nie robić. Nie chciałam zwiedzać, ganiać, biegać z zawieszonym językiem i plecakiem. Ale podczas szukania miejsca kierowałam się charakterystyką wynajętego domu a nie okolicami. Nie chciałam sama jechać i chciałam kogoś, kto zna się dobrze na ciszy. Dlatego wzięłam wieloletnią kumpelę – Agnieszkę.

Ale od wyboru miejsca, rezerwacji domu, kupna lotów do przyjazdu na wyspę zmieniło się bardzo dużo…

 

Byłam świeżo po zakończeniu leczenia na HCV, zauważałam, że moje samopoczucie pogarsza się z tygodnia na tydzień i zrozumiałam, że totalnie padła moja tarczyca. Miałam depresję, przytyłam sporo i straciłam energię do codzienności. Potrzebowałam ciszy, spokoju i bliskości słońca, morza i natury. Dlatego naturalnym wyborem był portal Airbnb, który oferował zatrzęsienie domków z ogrodami/posesjami różnego typu.

I taki domek trafił się właśnie na Eginie. Fotki wyglądały zachęcająco. No okej.

Przez kolejne tygodnie zadziało się dużo. Pojawił się ktoś w moim życiu i podał rękę by mi pomóc z tarczycą. Na efekty nie czekałam długo. Już po miesiącu byłam rześka, pełna energii, cudnie wypoczęta i wyspana. Byłam zachwycona swoim ciałem i uczuciem, jak moja dusza budzi się z letargu z zimowej, numerologicznej zimy.

Dlatego zaczęłam się zastanawiać, czy Egina nie okaże się zbyt nudna… Przecież mnie nosiło!

Agnieszka czekała na mnie w Atenach. Nie widziałyśmy się jakieś półtora roku czy tam więcej, ale to nie miało żadnego wpływu na naszą relację. Ten urlop postanowiłyśmy zrobić symbolicznym w wielu osobistych aspektach. Egina stała się bramą, w której ja pomachałam swojej karmicznej przeszłości a przywitałam nieznaną jeszcze siebie w nowym jestestwie.

Po rozlokowaniu się i nieskończonych zachwytach nad domkiem (będzie więcej na końcu notki) poszłyśmy w miasto jeść. W sumie po to tu przyjechałyśmy 🙂

Fotki niżej są nieuporządkowane chronologicznie, ale tematycznie jest dobrze. Nie martwcie się, będzie fajnie czytać i oglądać. Zresztą, od samego początku wyjazdu robiłam codzienne relacje na Instagramie i czułam się z tym świetnie.

Najpierw zwiedzanie miasta Eginy – różne dni, różne pory, różne miejsca.

Zachód słońca musiał być. Założyłyśmy wodne buty, bo kamienie, i szlus! nóżki w ciepłej wodzie… Rozkosz no. Wtedy wracałyśmy z plaży Marathonas i więcej soli i potu nie robiło nam różnicy.

A to w pierwszy dzień. Z domku miałyśmy jedną-dwie minuty do morza, więc korzystałyśmy z tego dobrodziejstwa.

Zwiedzanie miasta. Uliczki małe, ciasne, pełno skuterów. Ale względnie spokojnie, cicho, pusto w porze sjesty. Pandemia swoje zrobiła. I koncówka sezonu jeszcze.

Trafiłyśmy na piękną uliczkę. Szukałyśmy takiej z parasolkami, ale najwidoczniej zostały zdjęte z powodu niedawnego sztormu.

Zdjęcie do Instagrama będzie. Bo ładne i tak, zwłaszcza kiedy pusto w porze sjesty.

Koty w Grecji to jakiś kosmos. Wiadomo, że w arabskich krajach są wielbione i karmione i dbane. W Grecji sterylizacja jest bardzo droga i pełno tu dzikich kotów, które mają wyrąbane na turystów. Ten mruczek był przez nas obcykany na kilkaset perspektyw. Wąsem nie drgnął.

Polazłyśmy też do latarni Bouza. Nie wypożyczałyśmy skuterów, używałyśmy nóg. Dziennie robiłyśmy od 10-23 kilometrów.

A tam zabawy z orzeżwiającymi  falami.

I poskramianie ich jak na wiedźmę przystało.

Jeden cały dzień przeznaczyłyśmy na leżenie brzuchem do góry. Internet nam pomógł w wyszukaniu „malediwskiego” miejsca i pognałyśmy na plażę Marathonas. I znalazłyśmy restaurację, która miała leżaki przy brzegu. Było jeszcze przed południem i bardzo mało turystów. Wieczorem trafiło się wesele a ja obserwowałam jak wielu gości, w tym para młoda, chodzi boso po terenie restauracji (stoliki również były na plaży).

Ja rozwiązywałam krzyżówki panoramiczne i gapiłam się przed siebie, czasem zanurkowałam i popływałam. Aga czytała albumy o ikonach i freskach. Zamówiłyśmy obiad – klasyczne greckie jedzenie. Było obłędne.

Stres z pracy jeszcze mnie trzymał, nie umiałam się zrelaksować ani uspokoić. Udało mi się to dopiero trzeciego dnia, wtedy miałam kryzys psychiczny i wszystko mnie irytowało. Dlatego ten dzień spędziłam na rozmyślaniu, na puszczaniu, na układaniu, na zamykaniu i planowaniu.

Inny dzień – to był jakiś hardcore. Nie wiedziałam co mnie czeka. Pojechałyśmy busem do świątyni Afai. W końcu jakieś zdjęcia typu Akropol trzeba przywieźć z Grecji. Nie czułam tam energii, nic, null, zero.

Poszłyśmy dalej. Aga miała zaplanowaną trasę a ja za nią podążałam. Bo już kolejne 20 kilometrów przeszłyśmy pieszo w bardzo zróżnicowanym, czasem wymagającym technicznie, terenie. Pierwszym przystankiem był monastyr Agios Minas. I tu poczułam niesamowitą energię!

Ale zakonnica moje odczuwanie miała gdzieś, bo kazała mi wyciągnąć z szuflady spódnicę. W ich kulturze kobiecie nie przystoi wchodzić w spodniach w miejsca sakralne. Oprócz spódnicy – pandemicka maseczka. Na otwartym terenie.

Zakupiłam tam sporo pamiątek – białą szałwię, zapachy bizantyjskie, breloczki, wisiorki, krzyże, itd itd. Wszystko tam mi się podobało. Pomyślałam przez chwilę, że skoro sporo tu wpływów arabskich a moja dusza ma korzenie arabskie to coś w tym miejscu musi być.

Poszłyśmy dalej. Szlak był pusty, szeroka droga, pełna drobniutkich kamieni. Miałam wodne buty, z cienką podeszwą, i chodzenie po trakcie dawało mi się mocno we znaki.

W środku zdjęcia widoczna Agia Marina.

Naszym celem była góra Paleochora. Wokół szczytu znajduje się ponad 20 kościołków a niżej ruiny ze starych domów. Wyspiarze chcieli w ten sposób ochronić swoich mieszkańców i wszystko wytaszczyli na tę górę. Szacun.

Po drodze mijamy skrzynki pocztowe dla kurierów DHL i Amazona.

Przy drogach często można zauważyć miniaturowe kapliczki. Bardzo urocze i pomysłowe!

Mamy mapę, mamy trasę. Idziemy.

W każdym kościółku znajdziemy obrazy, obrazki, książki, freski, malowidła, ikony, krzesła, stojaki na świeczki. Nic tu nikt nie okrada, nie zabiera, nie gryzmoli po ścianach A+M=WNM. Nie wszystkie miały „moją” energię, wiadomo, że odczuwanie jest subiektywne. Aga rezonowała tam, gdzie ja nic nic czułam, i odwrotnie. Ale ona to z obłędem w oczach i artystyczną wiedzą uniwersytecką swoje czuła.

Niektóre malowidła naścienne naprawdę zachwycały i imponowały dokładnością rysów twarzy.

Często wrzucałam drobne monety, brałam cudnie pachnącą miodową świeczkę i zapalałam w różnych intencjach. Miałam ogromną potrzebę robienia tej czynności i zaspokajałam ją.

Tak to bywa, jak się ma kumpelę, co w tych tematach siedzi i swoje musi obcykać aparatami fotograficznymi. Toż to kilkusetletnia, jeśli nie kilkutysięczna, historia, panie i panowie, no i nie wrócimy tu.

Niektóre gablotki w kościołkach „wydzielały” bardzo mieszane odczucia. Na przykład ta ślubna fotografia.

Albo biskup ze srebrnymi rękawiczkami? Protezami? To jedyna ikona, którą taką widziałam. Ktoś wyjaśni zagadkę jego dłoni? (Prawdopodobnie św. Nektariusz)

Spotkałyśmy w sumie parę starszych osób. „Hello!” – pomachałyśmy łapkami.

Szlak mnie bardzo zaskoczył. Okazał się wymagający technicznie i brakowało w paru miejscach łańcuchów, by czegoś się przytrzymać. Nie był oznaczony, kierowałyśmy się lokalizowaniem kościółków. Zresztą to chyba był mój najtrudniejszy górski szlak, który dotychczas przeszłam. I byłam zaskoczona swoją kondycją.

Tak wygląda z góry. Z lewej na czerwono widnieje monastyr św. Nektariusza.

Muszę dodać tutaj trochę info o naszych butach na tym masakrycznym szlaku. Ja miałam wodne, z cienką podeszwą, typu „barefoot” i chociaż klęłam na kamieniach to te buty okazały się zaskakująco bardzo bardzo przyczepne. Nie zachwiałam się kostką, nie straciłam równowagi, balans był dużo lepszy niż gdybym miała swoje rozchodzone buty górskie za kostkę. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Agnieszka miała swoje nieśmiertelne Conversy. Wiadomo, że wygodne i kamyczków nie czuć. Też nie spadła ze szlaku.

Było upalnie, wiał gorący wiatr, byłam mokra od wysiłku i wysokiej temperatury, ale nie byłam zmęczona, nie miałam zadyszki, mięśnie się nie męczyły ani nie bolały. To mnie również zaskakiwało i udowadniało, jak wielką moc ma przywracanie ciała do równowagi za pomocą pięciu elementów. 

W płaczu i jękach zeszłyśmy do chłodnego monastyru św. Nektariusza, gdzie napełniłyśmy butelki uzdrawiającą, źródlaną wodą. Woda na Eginie z kranów nie jest pitna co było sporą niedogodnością, dlatego każda czysta woda była nam na rękę. Kościół nie zachwycił. Zero energii. Szybko stamtąd zdupczyłyśmy.

Inny dzień, zaplanowany wczesnym rankiem – płyniemy na Agistri wodolotem. W maseczkach, nie wolno obok siebie siedzieć. Ale dziesięć minut to luz. Wyspa Agistri jest mniejsza od Eginy i dużo spokojniejsza, ładniejsza i w ogóle. Ale przypominam jeszcze raz – końcówka sezonu plus pandemia.

W drodze do miasteczka Skala takie widoki – czysta woda, przybrzeżne leżaki z parasolami, bary i koty.

A na plaży pustki. Znalazłyśmy skrawek cienia pod dwiema małymi sosnami i się tam umościłyśmy. Było cicho, pięknie i perfekcyjnie. Zresztą każdy dzień taki robiłyśmy – idealnym. Dogadywałyśmy się z Agnieszką świetnie pod tym względem. Każda z nas dawała sobie wzajemnie multum przestrzeni. 

Siedziałam w wodzie dużo i długo.

Wracając wlazłyśmy w tamtejsze uliczki.

Niestety, kościół był zamknięty. Agnieszka z namaszczeniem ucałowała klamkę.

Kolejny dzień znowu kolejna wyspa – Moni. Tym razem małą łodzią, wypływającą na żądanie z miasteczka Perdika. Brak turystów sprawił, że kursowała tylko jedna łódź. Oczywiście otwarta, oczywiście mało ludzi, oczywiście maseczki. Wiecie, tak dla pozorów, bo czuć i widać było, że nikt „nie wierzy” w Covid.

Widoki przepięknie kojące.

Na wyspie Moni przywitali nas jej rdzenni mieszkańcy – pawie z dziećmi i jelenie/sarny (nie zmieściły się w kadrze). Moni właśnie w tym jest wyjątkowa – nie mieszkają tu ludzie, zabroniony jest kamping nocą. Jest tylko jeden bar i malutka plaża.

My postanowiłyśmy nieco poeksplorować, bo wysepka słynie również z wspaniałych, sosnowych zapachów.

Trochę posiedziałyśmy na klifach, posłuchałyśmy fal i pouprawiałyśmy „stillness”.

Nogi też pomoczyłyśmy. Nie wszędzie trzeba się pokąpać w stylu „Byłam tu.

Kolekcjonuję selfie z łazienek ze swoich podróży. Na pierwszym miejscu utrzymuje się łazienka z Tadżykistanu, łazienka z Moni uplasowała się na drugim miejscu. Gratulujemy!

W wielu miejscach na wyspie postawione są a’la karmniki.

Dobra, tutaj już w ateńskiej windzie. Dwuosobowa, PLR-owska. Ateny są dla mnie niefajnym miejscem. Nie mogłam znieść jej podmiejskiego typu energii – dołującej i ściągającej na dół. Zauważyłam już taką zależność w innych miastach i coś w tym chyba jest. Napiszę o tym szerzej w innej notce.

W ścisłym centrum Aten, pośród luksusowych sklepów, znalazł się kościółek. Jak tylko weszłam do niego momentalnie znalazłam się w innym świecie, jak „w domu”, jak w bezpiecznej jaskini, schronieniu.

W miarę zbliżania się do Akropolu energia się zmieniała na bardziej przyjazną i spokojną. Nie wchodziłyśmy tam, nie miałam potrzeby a Agnieszka już wcześniej obleciała wszystko co do ruiny.

I kolejna tematyka – KOTY. Dużo ich było. Codziennie jakiś miauczek, nożny tulaś, wąsata straż sąsiedzka. Ten niżej to pod Akropolem się szwenda.

Ten to chyba najsłynniejszy kot na Eginie. Powinien mieć własne konto na instagramie, jeśli nie hasztag. Cudne, puszyste futerko.

A ten to nasz regularny, codziennie do ogrodu wpadała i gryzła i drapała i agresywnie zachęcała do zabawy z nią. Taka nastolatka z hormonami.

Drugi regularny to chyba jej mamusia albo starsza siostra. Zielone i niebieskie oczy. Tuliła się dużo do nas.

Tego chyba kojarzycie z wyżej.

Tutaj kotuś na wyspie Agistri. Niewidomy. Zadbany, najedzony, kimał sobie na poskładanych parasolach przy plaży. Reagował na mój głos i zapachy co było interesującym doznaniem.

I jeszcze z naszej posiadłości ta ślicznotka.

Takie poranki były codziennością.

Przed odpłynięciem z Eginy poszłyśmy kupić nasze ciastka i pożegnać tego kota.

A ten to z Perdiki.

I ten jaki przepiękny… Wielkie oczęta, jak u Nefretete, zwinny i zgrabny. W Atenach.

I ruszamy z następnym tematem – JEDZENIE.

Na tym polu działo się dużo, gęsto i barwnie. Podstawą każdego naszego śniadania były jogurty greckie o zawartości tłuszczu conajmniej 5%. Były również bez laktozy, ale ja tam na to nie patrzyłam. Tutaj w wersji z winogronami i orzechami. Taki posiłek zapełniał nasze brzuchy na cały dzień. A tło też fajne, prawda? Ten bajeczny ogród…

Greckie sałatki i pieczone/smażone plastry cukinii były standardem u nas. Bo pomidory, bo ogórki, bo sery, bo oliwa i w ogóle…

I lokalne ryby. Ogonki najbardziej chrupiące.

Nasz host z Aribnb polecił nam parę miejsc do „zjedzenia”, między innymi pewną cukiernię. Oferowała ona pistacjowe lody domowej roboty i ziliony różnych ciasteczek. Za śmieszne pieniądze, dlatego brałyśmy dużo i na zapas. Gałki też nieliche były. Tutaj moje o smaku pistacjowym, banoffee oraz ekmek (tradycyjne ciasto greckie)

I moje ulubione maleństwa. Dwa z dolnego rzędu wzięłam hurtem na powrotny prom.

I mamy ekmek – ciasto z fajnym „makaronikiem” czyli przystrzępionym ciastem filo, nasączonym w różnych słodkościach. Na bazie tego „makaroniku” robi się zyliard wersji innych maleństw.

Na powrót też wzięłam gałkę pistacjowych. W ogóle to zapomniałam wspomnieć, że Egina słynie z pistacji i oliwek. Gaje pistacjowe wysuszają wyspę, przez co ona odwadnia się z roku na rok, ale orzechy z tej wyspy są słynne na cały świat, co daje pracę tamtejszym mieszkańcom. I pozostając w temacie wody – kanalizacja jest tam również wrażliwa i nietypowa. Nie wolno wrzucać papieru toaletowego do ubikacji, są specjalne kosze przy sedesach.

Na Marathonas bajeczne greckie przysmaki – dla Agi krewetki, dla mnie dolmades („gołąbki” z liści winogron), pieczona cukinia i sałatka grecka. Najlepsze było to, że mimo olbrzymich porcji jedzenia myśmy wcale nie czuły się przejedzone ani pękające.

Standardowym i bezpłatnym dodatkiem do każdego obiadu w restauracji są maleńkie, urocze deserki różnego typu. W jednej restauracji dostałyśmy słoiczek kremu z orzechów włoskich z orzechami, ale przeważnie spotykałyśmy różne wersje „szarlotki” – puddingu z ryżem? jabłkami? i innymi podobnymi, nieznanymi mi składnikami. Te deserki to była śliczna wisienka na torcie.

Pod św. Nektariuszem miałyśmy salatkę z liści, owoców i orzechów, zupę rybną i kuleczki z cukinii.

W innej restauracji – chyba najlepsze jakie w życiu jadłam – grillowane warzywa i grzyby. Był tam bakłażan, ziemniaki, grzyby, cukinia i dużo oliwy. Zresztą oliwa była wszędzie. Nie mogłam no…

Później spróbowałam souvlaki z kurczaka. Brakowało mi mięsa więc szaszłyk jak znalazł.

W pierwszy wieczór po przylocie poszłyśmy celebrować i jeść na plażę. Ściągnęłam sandały i zanurzyłam stopy w piasku delektując się lokalnym winem. Należało mi się. Oficjalnie już mogłam pić alkohol (brak wirusa HCV i brak stanu zapalnego wątroby), ale to jeszcze nie znaczyło, że chlałam codziennie. Bo tak nie było. Podali nam tu moussakę i krewetki dla Agnieszki (ja mam alergię na owoce morza).

W ogóle restauracje to bajka tutaj. Kelnerzy mieli maski i nasze prośby uchylali, przepraszali, ale większość z nich miała mini przyłbice przy brodzie co było mega! Zresztą nie przesadzajmy, kto widział chodzić po plaży w masce…?

Kupiłam wory pistacji, to logiczne. Dla mojego M. kupiłam lokalny likier z mastyki oraz anyżową wódkę Ouzo. Bo my też w domu mieliśmy co celebrować.

W Atenach Agnieszka zaprowadziła mnie za rączkę do restauracji do dziadka. Tak go nazywamy, bo nazwy restauracji nie podam tutaj. To miejsce, które nie ma szyldu ani reklamy. Tam sanepid i Covid nie istnieją. Wszystko jest tak jak w naszym dzieciństwie w komunistycznej Polsce. I to miejsce okazało się kolejnym energetycznym azylem w nielubianych przeze mnie Atenach. No, ale przejdźmy do jedzenia. Z przykrością informuję, że pobiło ono wszystko co wcześniej zjadłam na Eginie…

Menu tu nie ma. Nigdy się nie wie na co się trafi danego dnia. Byłyśmy tam dwa razy, Agnieszka wcześniej non stop łaziła. Na pierwszym obiedzie dostałyśmy grecką zupę z ciecierzycy – revithię, jakąś tam zupę z warzywami i pieczone wędzone sardynki. 

Revithia skradła mój język!

Normalnością było rozlewanie i paskudzenie stołu. Obrusy były papierowe, nikt się nie przejmował tym. Na deser dziadek obrał nam jabłka i posypał cynamonem. Dorzucił białego wina ze swoich beczek. 

Następnego dnia, wciąż pełne po poprzednim obiedzie, zapakowane w plecaki i walizki zaszłyśmy znowu na śniadanie do dziadka. I znowu była revithia i białe wino (9.00 rano, ale cii…). Dołożył nam favę – pastę z grochu skąpaną w swojej oliwie i sałatkę grecką. Jeju…

Nie mogłam już, ale pchałam. Zasada „Już tu nie wrócę” trzymała!

I na deser dziadek przyniósł nam po jabłku i nożu. „Jedzcie moje dzieci, jedzcie” i pogłaskał po główkach. 

On sam wszystko gotuje i robi i przyrządza. Pomaga mu syn w ogólnych zajęciach. 

A tak wyglądają jego beczki.

Selfie sobie pozwolił zrobić.

Któregoś dnia miałyśmy przygodę w naszym domku. Drzwi się zatrzasnęły z kluczami w środku i byłyśmy zamknięte na ogrodzie (brama również na klucze.) Właściciela nie było na Eginie, ale szybko poprowadził gdzie szukać kluczy zapasowych. Wiązało się to z przeskoczeniem przez ponad 2,5 metrowy mur. Wlazłam na wiklinowe chucherko, rozwaliłam materac po drugiej stronie w celu asekuracji i zeskoczyłam. 

Poharatałam sobie rękę.

Okazało się, że klucze „nie działają” i zaznajomieni sąsiedzi po rozmowie telefonicznej z właścicielem (bo my głuche przecież) sprowadzili ślusarza na skuterku.

I w końcu opuszczamy posiadłość.

Przed wejściem na prom weszłyśmy do portowego kościółka i zapaliłyśmy świeczki – tym razem dziękczynne. 

Widok z promu na Eginę – piękna wyspa o pięknej energii. Trafiłam dobrze z miejscem, czasem, jak wszystko inne w życiu.

Teraz co nieco o miejscu, gdzie się zatrzymałyśmy. Jak wspomniałam na początku, zdjęcia nie robią najmniejszego wrażenia. Kiedy odsunęłyśmy drzwi bramy i postawiłyśmy pierwsze kroki na ogrodzie – oniemiałyśmy z zachwytu… Bez słów zgodziłyśmy się, że trafiłyśmy w najlepsze dotąd miejsce. Domek był mały, dwa łóżka, aneks kuchenny, lodówka i telewizor. Hamak na ogrodzie, stolik, koty. Różnej maści rośliny, sosny i kaktusy w tym wielgachny aloes, który ratował moje otarcia po butach. Wszędzie i zawsze chodziłam boso, nie zwracałam uwagi na igły, szyszki, kulki żywicy i robaki. Miejsce jest idealne na medytacje, jogę, dla artystów wszelkiej maści, dla miłośników książek i krzyżówek panoramicznych. Jest idealne dla każdego, kto chce się wyciszyć. Umiejscowiony jest parę minut do morza i 15 minut pieszo do centrum.

Miejsce okazało się idealnym „przejściem” duchowym z wielu etapów w kolejne.

Dziękuję Ci za ten czas Kosmosie! 

W Airbnb znajdziecie pod nazwą „Wild pistachio”. Klikając w baner niżej i rejestrując się pierwszy raz dostaniecie na start niezłą sumkę do wykorzystania. 

Ze mną podróżowała Agnieszka Kołodziejczak. Reklamę jej robię, bo toż to geniusz wszystkiego. Oraz autorka ilustracji w moich ebookach.