Relacja z podróży na Gran Canarię nie jest jak wiele innych relacji w sieci. Nie znajdziesz tu opisów miejsc, ani gdzie najdrożej zrobić sesję ślubną i gdzie się pchać by lans na instagramie zrobić. Były inne czasy, inne podejście do podróżowania, dlatego ta notka też będzie inna. 

Poleciałam na Gran Canarię w bardzo dobrym momencie mojego życia. Zdecydowałam, że odchodzę od byłego męża i rozpoczynałam trudny, wielomiesięczny rozwód. Moja młodsza siostra przebywała akurat na Erasmusie w Las Palmas i od słowa do słowa, bez większego podniecenia postanowiłyśmy się spotkać. Po części dlatego, że chciałam uciec od swojego domu a po części dlatego, że chciałam pogodzić się w końcu ze swoją siostrą.

Dlaczego?

Siostra jest młodsza ode mnie o siedem lat. Jeszcze w brzuchu Mamy zmieniła płeć. Była rozrabiaką, uparciuchem, całym moim przeciwieństwem. Miała dzieciństwo jakiego ja nigdy nie zaznałam bywając ciągle w szpitalach i sanatoriach. Wniosła do naszej rodziny normalność. Rodzice byli zmęczeni moim wiecznym chorowaniem i siostrzana upierdliwie radosna „normalność” przywracała ich do pionu. Młodsza była tak odległa, tak różna, tak śliczna, tak wysportowana i utalentowana, że ja, głucha, milczek rodzinny, chorowita czułam się jak niechciany pies rodzinny. Nie umiałyśmy znaleźć ze sobą kontaktu, siostra ani rodzice nie nauczyli się migać. Żarłam i darłam z nią nieustannie koty o ciszę, o dyscyplinę, o porządek. Mama cały czas nam powtarzała, że po śmierci rodziców będziemy miały tylko siebie i szantażowała emocjonalnie, że nasze kłótnie wpędzą ją szybko do grobu. Chciała byśmy niekoniecznie się kochały, ale chociaż się szanowały i mogły na siebie polegać. 

Siostra nie miała pojęcia o życiu osoby niesłyszącej, nie miała pojęcia jak ja naprawdę słyszę w aparacie słuchowym i na ile, co czuję w środku i dlaczego unikam słyszących. 

Dlatego wyprawa do Las Palmas była potrzebna. Z perspektywy czasu okazało się, że droga siostry do zrozumienia mnie była przed nią jeszcze „spory kawałek…” 

Czas spędzony na Gran Canarii nie wspominam szałowo, wielokrotnie odczuwałam litość z jej strony i swoje niskie poczucie wartości. Ten nastrój potęgowała jeszcze toksyczna relacja z byłym mężem. Byłam na dnie kobiecości – jako żony i siostry.

Leciałam bez emocji. Wzięłam ze sobą mój azyl – dobrą lustrzankę. Zdjęcia i tak wszystkie potem przerobiłam w HDR, dlatego uprzedzam co do jakości. Jeszcze raz piszę – wtedy zdjęcia robiło się dla siebie a nie dla internetów

Jedziemy!

Byłam zachwycona maleńkością wyspy i górzystym terenem, podobne widziałam tylko lecąc nad hiszpańskimi Pirenejami. 

Na lotnisku czekała na mnie moja młodsza. Do Las Palmas jechałyśmy autokarem, wszystko filmowałam, jak Chińczyk urodzony w Polsce osiedlony w Anglii.

Wyskoczyłyśmy na szybko na pobliską promenadę, było ponad 25’C.

Następnego dnia poszłyśmy zwiedzać miasto. Uzgodniłyśmy, że wychodzę sama kiedy chcę i swoim tempem, swoją perspektywą. Ona miała jeszcze swoją uczelnię, swoje sprawy więc to było zrozumiałe.

Z samego rana pojechałyśmy windą na dach wieżowca. To zwykła, ludzka dzielnica miasta. Moje wyobrażenia z przewodników poszły się tłuc o kanty.

Polazłyśmy na miasto, dwa razy w ciągu dnia, wszędzie pieszo, z różnymi znajomymi siostry, jej współlokatorką i kumpelą z opolskiej uczelni oraz poznanym tutaj Polakiem, który mieszkał w Las Palmas i pracował w yyy? biotechnologii? 

Playa de las Canteras w Las Palmas, bardzo fajna i wdzięczna z wielu miejsc.

Nieco dalej były klify, skały i kamienne tarasy.

Drogi w Las Palmas okraszone palmami, no dla mnie była to istna Kalifornia !

Jejku, jaka byłam wtedy gruba… 

Nieco dalej w mieście – codzienność, proza życia, gwar. Tu też żyją ludzie, mają swoje knajpki, sklepiki osiedlowe, herbatki na ławeczkach, szachy. 

Mają też sklep z kurami.

Innego dnia zwiedzałyśmy starszą część Las Palmas – Veguetę. Bardzo kolorowa i spokojna dzielnica.

Rzekomy dom rzekomego Krzyśka Kolumba.

Katedra św. Anny. Młodsza chciała zdjęcie mi zrobić, bo znany budynek, nie wiem do dziś czemu, to pozowałam.

Kolejnego dnia zrobiłyśmy z masakrycznych zilion kilometrów. Zwiedziłyśmy uniwersytet w Las Palmas, gdzie siostra  studiowała stosunki międzynarodowe, miejski ogród Ciudad Jardin oraz ogród botaniczny Jardin Canario. 

Zdjęcia z uniwerku nie mam, pamiętam tylko czaderskie boisko do koszykówki z widokiem na góry. Zupełnie jak w kanadyjskich filmach.

W Ciudad Jardin – ot, zwykły park dla lokalnych, ale niezwykły dla turystów, ukryty w perełki, karasie w basenikach, kamienne mostki, gęste ananasowe palmy.

Szybko podreptałyśmy do Jardin Canario, bo tam było naprawdę ekstra!!

„Trochę” wspinania się było, ludzi w ogóle.

Kaktusy, raj kaktusów, pełno kaktusów i kwiatków !! 

Pufy do siedzenia nawet były!

I cała galeria dziwaków.

Bzzzółka się załapała.

Sierść kotusia.

No nie mogłam się oprzeć erotyzmowi natury.

I w końcu jakaś polana.

Zawsze lubiłam tulić się do drzew. Rzuciłam plecak i położyłam się na prehistorycznej skamielinie.

Później z siostrą poszłyśmy wynająć auto na kolejny dzień i zakupy zrobić. W kolejce do kasy strasznie się pożarłyśmy o wyjście na polską imprezę do jej znajomych. Ja odmawiałam, bo nie ten wiek, bo słyszący, bo cudzoziemcy też będą, bo alkohol i sami swoi. Ona nie rozumiała, że to nie mój świat i nie miałam najmniejszej ochoty udawać po kątach, że się świetnie bawię. Nie chciałam, by się mnie wstydziła. Dziś na pewno bym poszła, ale wtedy – nie, wtedy byłam wrakiem psychicznym.

Od tego momentu miałyśmy ciche dni, tolerowałyśmy się. W końcu byłam tam i ona miała rodzinny obowiązek się mną zająć.

Wypożyczyła auto i ruszyły w góry. Była to interesująca odmiana i napięcie z poprzedniego dnia mocno zelżało. Uraz pozostał, wiedziałam, że ona nigdy nie pozna mojego świata. I ja nie chciałam by go poznała. Ma swoją specyficzną rolę w naszej rodzinie i jestem jej za to wdzięczna. 

Drogi były fantastyczne – serpentyny górskie, iglaste lasy, jałowe i wysuszone słońcem góry.

Pierwszym punktem były Pico de las Nieves i Rogue Nublo. Chmury!! Zrobiłyśmy tutaj mnóstwo zdjęć!

Ten „ptaszek” to Rogue Nublo a ten „cycek” w tle to Teneryfa. No erotyka, co nie?

Kawałek dalej równie zachwycające widoki – jak Kanada!

Pojechałyśmy dalej, w kierunku Puerto Rico. Droga robiła się coraz ciekawsza a ja coraz bardziej zapominałam się w chwilach. Zapamiętajcie to zdjęcie, zatrzymałyśmy się tu na chwilę. 

Bo potem zjechałyśmy na dół i patrzcie. Takie białe domeczki na środku gór to właśnie punkt widokowy z poprzedniego zdjęcia.

Kierunek na Maspalomas – najbardziej przereklamowane miejsce na Gran Canarii.

Tam próbowałam się pokąpać, ale brrr, za zimna woda, wszak to ocean. Nurkowałam w innym dniu w okolicach Las Palmas, z maską oglądałam podwodny świat. 

Siostra opowiadała, że piasek na tej plaży jest przywieziony z niedalekiej Sahary. Wyobrażałyśmy sobie rejsy wielkich statków cargo z tym piaskiem, który miał przynieść dochód turystyczny tej wyspie.

Znudziło nam się szybko i pojechałyśmy na wydmy. Na zachód słońca. I kasyna.

Wiało, z szalika zrobiłam chustę na głowę i walnęłam się na piasek.

Piasek z plecaka „leżał” w nim jeszcze jakiś rok.

Dwie siostry, siedem lat różnicy, dwie różne osobowości, każda wie lepiej co jest lepsze dla drugiej. Jest to trudna relacja, ale szacunek i siostrzana miłość zostały w nas do dziś. Wciąż się ranimy, wciąż się obrażamy, wciąż sobie przebaczamy, bo są to coraz dojrzalsze wybory i decyzje, oparte na trosce jednej o drugą.