Do tego tekstu przymierzałam się długi czas. Musiałam najpierw siebie skonfrontować w różnych sytuacjach i odkryć jak zareaguję. Nie lubię suchej teorii, nie od tego jest mój blog, jak o czymś piszę tutaj to na zilion procent wiadomo, że przeszłam to na własnej skórze. 

Jestem głucha i przekonałam się, że związek ze słyszącym mężczyzną czy kumpelą nie należy do łatwych. Co nie znaczy, że każdy związek jest niby łatwy. Chodzi tu o wzajemną komunikację, która jest najważniejszą bazą w budowaniu zaufania między dwojgiem ludzi. Nieważne czy to jest związek czy przyjaźń czy kumpelestwo. 

 

Wiecie, jak się całe życie jest niesłyszącym jest się zdanym na własne myśli, na budowanie własnego świata, własnego zdania i przekonań na podstawie tego co widzisz i czujesz a nie słyszysz. Kompletnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak potężną rolę wpływa słuch na codzienne relacje. Przecież w języku migowym jest to niepotrzebne, rozumiecie siebie wzajemnie, rozumiecie swoje światy budowane od dzieciństwa, nie trzeba się tłumaczyć, wyjaśniać, mieć pretensje o niezrozumienie. Bo wiadomo o co chodzi. Komunikacja tutaj jest najmniejszym problemem. I łatwiej jakoś budować zaufanie na tej podstawie.

Bo nie mówię tutaj o jakości rozmawiania, o stylu prowadzenia dyskusji czy wyrażania swoich potrzeb i uczuć. Z tymi kwestiami to akurat każdy ma do czynienia, bez względu na rodzaj niepełnosprawności czy języka czy czego tam jeszcze.

Ale kiedy zderzają się dwa totalnie różne światy to wszystko może zawalić się już na błahej rozmowie, trywialnym niezrozumieniu brakującego słowa, nieusłyszeniu istotnej dla drugiej osoby informacji.

 

W pierwszych fazach znajomości nie ma jeszcze mowy o zaufaniu, choćbyście byli w sobie bardzo zakochani, oślepieni feromonami i planowali wspólne życie. Trzeba przejść praktyczne sprawy, wyjść razem gdzieś, poznać swoje rodziny, znajomych, przyjaciół, pomieszkać razem „na próbę”, uczyć się rozmawiać ze sobą codziennie, we dwójkę, we trójkę.

Trzeba schować swoją dumę niezależności i pozwolić sobie pomóc.

I to jest właśnie najtrudniejsze jeśli chodzi o osoby niesłyszące.

 

Całe życie uczą się radzić samodzielnie w świecie słyszących, wypracowały one swój własny sposób ogarniania ludzi i komunikacji z nimi. Ja na przykład na mieście wolę „być” głuchą i migać oraz używać papieru & długopisu lub telefonu aniżeli wysilać się na oralny sposób, bo niby potrafię mówić po angielsku i telepatycznie wychwytuję rozmówcę. Ale najczęściej szukam pomocy online – czaty na żywo, emaile, social media. Nie znaczy, że nie unikam kontaktu z ludźmi, tutaj chodzi o czas i możliwości.

 

Osiem lat mieszkam sama, w angielskim małym miasteczku, przez ten czas przeszłam dużo. Dostałam dużo wsparcia podczas rozwodu, histerektomii, przeprowadzki oraz codziennych dupereli uwzględniając sprawy z autem, bankami, taksówkami, itd. Ale nieważne kto to był, czy znajomy bliski, czy daleki, ja nie ufałam i nie ufam dalej. Tylko dlatego, że słyszący i nie rozumieją? Czy dlatego, że boję się angażować emocjonalnie w relacje? A może jedno nie wyklucza drugiego?

Przecież jestem głucha, gorsza, nie mogę wielu rzeczy, przez co moje poczucie wartości niemal codziennie jest na dnie. Pozwalając na przyjaźń z kimś słyszącym musiałabym przestać się porównywać a to jest raczej niemożliwe. Słyszący człowiek zawsze będzie lepszy pod wieloma względami. I będzie Ci mówił, co jest lepsze dla Ciebie. 

 

Jak tu osoba z poczuciem wybrakowanego słuchu ma czuć się „na równi” ze słyszącą osobą i ufać jej w pełni? Przecież do nas trzeba się dostosowywać, trzeba poświęcać więcej czasu, tłumaczyć, wyjaśniać. W grupowych spotkaniach jak osoba głucha ma się czuć kiedy jej przyjaciel czy dziewczyna śmieje się z innymi lub planują coś bez Twojego udziału? A kiedy wyjaśniają Ci to strzelasz coś głupiego, bo skąd masz wiedzieć, że to już nie było omawiane lub masz dziwny głos, i wtedy następuje taka krępująca cisza? I nie wiesz, czy ta cisza zawiera w sobie zażenowanie czy litość? Do Ciebie czy to Twojego partnera?

 

W towarzystwie innych osób wolimy, by ktoś inny powiedział coś za nas, bo nierzadko wstydzimy się swojego głosu lub po prostu nie wiemy jak coś ładnie powiedzieć – nie mamy umiejętności swobodnego wyrażania siebie, takiej fajnej elokwencji, która jest efektem pamięci słuchowej. Nasz mózg nie jest wyuczony by łączyć myśli z mową w języku polskim, który nie jest naszym pierwszym językiem, dlatego bardzo często się jąkamy, mówimy niewyraźnie, bez ładu i składu, bardzo niegramatycznie.

 

Kiedy byłam pierwszy raz z M. gdzieś tam kiedyś tam, chciałam przebić ten mur wstydu. Zorganizowałam pewien wyjazd i wszystko było na moje imię i nazwisko więc logiczne, że na miejscu musiałam się przedstawiać osobiście. M. stał obok mnie, tak zwyczajnie, a ja zaczęłam mówić swoim specyficznym głosem i migać jednocześnie, pokazując, że jestem głucha. Nie wiem co czuł M., ważne, co czułam ja – byłam roztrzęsiona, głos mi się łamał i chciało mi się płakać. I pewnie jeszcze dużo wody upłynie, nim przekonam się, że w towarzystwie M. nie muszę się wstydzić swojej głuchoty a on nie wstydzi się mojej mowy. Że nie jestem sama, że mogę mu ufać.

W naszej wspólnej codzienności mój chłopak obserwuje mnie jak sobie radzę i jak ogarniam sprawy i ile muszę się wynerwiać, by coś załatwić. Daje mi często odczuć, że jest ze mnie dumny, że mogę wszystko, że w niektórych kwestiach jestem dużo lepsza od słyszących osób. A ja, głupia, wciąż trzymam się przekonania, że nie zasługuję na niego.

 

Tylko dlatego, że jest słyszący i marnuje swój czas na mnie.

 

Bo przecież może mieć zwyczajną dziewczynę, nie mieć problemów z komunikacją, telefony, grupowe spotkania, te rzeczy. Bo przecież będąc ze mną, może pikantnie rozmawiać z jakąś dziewczyną przez telefon kiedy śpię, może mnie zdradzać, może nie mówić wszystkiego będąc obok mnie a dyskutując z kimś innym.

 

Elo, to jest partnerstwo, poważny związek a nie przypadkowy chłoptaś w salonie telefonów komórkowych, który intuicyjnie dostosował się do mnie pisząc błyskawicznie na klawiaturze komputera. Wyjdę z tego salonu i zapomnę o nim, wrócę do swojego bezpiecznego świata, gdzie nie będę musiała mówić ani ujawniać swoich odczuć.

Ale nie, nie w przypadku słyszącego chłopaka czy kumpeli. Tutaj musisz mówić. Tutaj musisz mieć dystans do siebie, czarne poczucie humoru. Musisz myśleć cały czas, czy wszystko dobrze i wyraźnie powiedziałaś, czy druga osoba Ciebie poprawnie zrozumiała, a Ty ją. Musisz umieć poprosić o powtórzenie, upewnić się, bo jak tego nie zrobisz – poskutkuje to przykrymi sytuacjami w przyszłości. 

 

Kiedy jestem w towarzystwie znajomych słyszących, którzy wiedzą jak się mnie je, nie muszę się sztucznie śmiać ani na siłę udzielać w rozmowach, siedzę sobie, zajmuję się sobą, mam w dupie o czym rozmawiają, ale mam też pewność, że ci znajomi nie pominą mnie przy istotnych kwestiach, że mam swój głos. Czy to jest zaufanie? Nie wiem. Bo przecież mogą rozmawiać o Tobie a Ty o tym nie wiesz. Myślę, że zaufanie to coś takiego (autentyk z zeszłego roku):

– A to Anetka nie słyszy?

– Tak, nie słyszy. Trzeba mówić do niej tak by widziała Twoje usta.

– Aha, to weź jej powiedz o mojej kłótni z Tomkiem.

– Dlaczego sama jej tego nie powiesz? Co się boisz?

– A nie chcę, Ty już wiesz i tak i to mi wystarczy.

– Dlaczego nie chcesz? Bo musisz powtarzać jej jak dziecku?

– Nie. Nieważne.

– Jak tam chcesz, ona i tak potem zapyta mnie a ja jej powiem. Sęk w tym, że dzięki temu ona wciąż pozostanie Ci obca i nie dowiesz się jaka jest naprawdę.

Kiedy ta kumpela powiedziała mi o tej rozmowie poczułam się smutno, ale rozumiałam postawę tamtej koleżanki. Co miałam zrobić? Ciągnąć za język? Pchać się, gdzie mnie może nie chcą?

 

Mam wielkie szczęście, że trafiłam na M. Nauka zaufania mu kosztowała mnie wiele łez i łamliwych głosów, wyjawiając mu swoje ukryte lęki i te denne poczucie wartości. Co z tego, że jestem atrakcyjna, ambitna i odhaczam wszystkie punkty jako kobieta w pasji, w kuchni i w łóżku? Ale jestem wciąż głucha i komunikacja przebija wszystkie te powyższe atuty.

 

Możemy sobie mówić, że to słyszący mają problem z nami, że nie umieją się dostosować, bo brak szacunku, kultury i leniwa chamówa na maksa, bo mentalność, bo kultura, bo prawo. Możemy sobie pyskować i wmawiać, że też jesteśmy wredni, i to nie jest nasza winaale w naszym środku zawsze pozostanie ten lęk, ta dupna obawa przez pełnym zaufaniem do kogoś słyszącego. 

To nie jest łatwe ani szybkie, to trwa miesiące, lata. Bo z każdym wspólnym doświadczeniem, wspomnieniem odkrywacie wciąż siebie na nowo, poznajecie coraz to nowsze oblicza, których konsekwencje mogą srogo zaważyć na tej najważniejszej bazie – na komunikacji. 

Nie mam pojęcia, czy osoba głucha będzie potrafiła tak w pełni zaufać osobie słyszącej, może to kwestia czasu, ilości i jakości wspólnych zdarzeń? Mnie się uda z M., ale w środku czuję, że i tak mimo wszystko jestem zdana sama na siebie i ostrożność zawsze będzie mnie chroniła przed zranieniem. 

Bo zaufanie do osoby słyszącej to nie byle jakie zaufanie.

 

Ale bądźmy realni, to samo może powiedzieć każda osoba z niskim poczuciem wartości, do którego przyczyniły się ciężkie przejścia życiowe, niepełnosprawność fizyczna czy traumy na wszelkim tle.

Wyolbrzymiam?

Piszę to co czuję. I zostawiam tu ku potomności, może ktoś kogoś kocha, może komuś na kimś zależy, ale nie może dotrzeć do tej osoby. Bo ona wciąż skryta, zamknięta i nie chce nic mówić o sobie, swojej przeszłości, swoich odczuciach, swoich problemach, z którymi zmaga się na codzień, by przeżyć, by wytrwać, by zacisnąć zęby.

Boi się.

Boi się utracić szczęście, na które nie zasługuje. 

Trzeba jej wmawiać, przekonywać, kochać, mówić, że jest się dumnym, rozmawiać o duperelach, okazywać szacunek przy znajomych, rodzinie, przy obcych, stać za nią murem, ściskać za rękę, by wiedziała, że nie jest sama. Bo nie wiesz z jaką burzą emocji zmaga się ona w środku i jak wysoki mur wstydu musi ona przeskoczyć. Nie oceniajmy po okładce. Uroda, piękny uśmiech, który tuszuje wszystkie dramy świata, odwaga i kolosalna wytrwałość w radzeniu sobie z codziennymi duperelami to naprawdę nie wszystko.

Wasze komplementy jacy to my silni jesteśmy nie pomagają, są pustymi, lotnymi słowami. Uwierzymy w te słowa dopiero jak obie strony przebiją się przez mury i zaufają sobie na tyle, by wiedzieć, że druga osoba nie wykorzysta Waszych słabości jakimi są niepełnosprawność czy poczucie niskiej wartości.