No dobra. Luźna notka będzie dziś. Taki dzień z życia Anetki.

Ponad miesiąc temu zwolniłam się z pracy, gdzie pracowałam dziesięć lat. Nie sądziłam, że taki szmat czasu aż tak wpłynie na moje ciało i psychikę. Wypalenie zawodowe, przyzwyczajenie ciała do warunków pracy, stres. Z wielką ochotą poszłam na bezrobocie. Jakieś trzy tygodnie moje ciało odstresowywało i uspokajało się. Nie szukałam nowej pracy, nie myślałam o niej. Na boku coś tam robiłam, zasiłki, prywatne fundacje dla osób niepełnosprawnych, wolontariaty, takie tam. Ale to tak na zasadzie „Etam, biorę co mi dają, co mi się należy. Będzie to będzie. Nie ma co się strachać.

 

Ale Kosmos wie lepiej.

 

A właściwie to moje Maleństwo wie lepiej, co jest dla mnie dobre.

Będąc na tym beztroskim bezrobociu zachowywałam się jak na długich wakacjach – jeździłam po różnych miastach, próbowałam nowe restauracje, nowe kawiarnie, mierzyłam sukienki, buciki, wykorzystywałam darmowe kupony z różnych aplikacji w telefonie, jeździłam nad morza, do lasów, nad jeziora, godzinami wylegiwałam się pod słońcem. W magicznej ciszy opatulałam się w swoim kokonie. Otarło się też o jakiś urlop w ciepełka, taki last minute. 

I nagle, po miesiącu takiego lenistwa, przeglądając codziennego maila z ofertami pracy, tak se, dla rutyny, napatoczyła się jedna nazwa. Hmm… Kliknęłam. Przeczytałam. No no no. Pasuje mi. Nawet bardzo bardzo. BARDZO. Kliknęłam, by zaaplikować o te stanowisko. Co mi szkodzi? I tak wcześniej inni odmawiali, odrzucali a o czymś trzeba było pisać w pamiętniczku dla urzędu pracy. Po przejściu wstępnego, wewnętrznego testu w internecie dostałam maila, że zapraszają mnie na rozmowę kwalifikacyjną. A potem szkolenie pierwsze, drugie, i zaczęłam pracę. 

Jest idealna. Bo daje mi dużą swobodę i jeszcze więcej czasu przy realizacji mojej przyszłej firmy. 

 

I wczoraj.

 

Pojechałam do pracy. Rutynowe powitanie grupy przez „szefa” zmiany. Tak energiczne i pozytywne, że mało brakuje a byśmy wszyscy zaczęli sobie piątki przybijać jak to robią drużyny przed meczami. Zaczęłam już sama, na własne ryzyko i konto. Nie stresowałam się, pierwszy raz, wiadomo, mam prawo się mylić i się gubić, stać głupio i jeszcze głupiej się patrzeć z głupim wzrokiem. Inni reagowali, pomagali, wiedzieli, że ja niesłysząca i nowa i mówię niewyraźnie. Pytałam, zagajałam też. Generalnie mam z tej pracy wielką frajdę i zabawę – nieustanna ciekawość, ogarnianie materiału, maksymalne skupienie trybików w mózgu i lotne kojarzenie pamięciowe. Miód!

Po zakończeniu rozmawiałam z „szefową”. Taki układ jej buzi, że nie szło rozumieć z ust. Dziewczyna młoda, ale bardzo luźna. Obok stała menedżerka zmiany, która mnie rekrutowała na rozmowie kwalifikacyjnej. Się wywiązała rozmowa. Mówię do młodej, by powiedziała spokojnie słowa „today” (dzisiaj) i „Tuesday” (wtorek). W układzie ust wyglądają bardzo podobnie. Młoda nie wyrabiała, chociaż bardzo się starała 🙂 Z kolei u menedżerki doskonale rozróżniałam te dwa słowa. Pożegnałyśmy się robiąc rytualne żółwiki, rapersko/gangsterskie/hiphopowskie gesty. 

Sijuontjuday!” (See you on Tuday! Do zobaczenia we wtorkowedzisiaj!) :))

 

W szatni napotykam Gus’a. Gus to przewielki, czarnoskóry misiu z jeszcze większym sercem, tatuś dwóch ślicznych dziewczynek i mąż równie ślicznej żony. Gus’a znam jeszcze z poprzedniej pracy, poznaliśmy się dziesięć lat temu. Był znany z tego, że przed wejściem do huty robił znak krzyża. Szybko się zwolnił stamtąd. Widywaliśmy się przez ostatnie lata w różnych miejscach, pytając się cosłychać.  Aż tu nagle widzimy się w tej samej pracy. Uściskał mnie mocno, podnosząc do góry 🙂 Osobiście nie znam gościa, nie mam go na fejsie, nie mam jego telefonu ani nic. Ale przez te lata kontakt się utrzymał i wciąż to jest fantastyczny człowiek o wielkim sercu. Pewnie w aktualnej pracy będziemy częściej się widywać.

 

Idę do księgowości zanieść papiery podatkowe. Dwie, eleganckie starsze panie za biurkiem. Mówię-migam, że jestem niesłysząca, zresztą zawsze tak zaczynam przedstawianie się, witam się i opisuję swoją prośbę. Jedna z pań zauważa, że mam śliczny naszyjnik. Mówię, że to labradoryt, zaiste jest pięknie oprawiony. Pani zastanawia się chwilę, by w następnej sekundzie rozpromienić się:

Pani: „I knoooooowww !! My grandaughter has earrings with that crystal, they are sooooo lovely !!” (Wieeeeeem, moja wnuczka ma kolczyki z tego kamienia, one są taaaaakie piękne !!)

Ja: „Hyyyyypnotiiiiiiiiziiing …” (Hipnotyzuuuująąąąceeee…) z odpowiednią ekpresją ciała i twarzy, ja w ogóle lubię siebie wyrażać i bawić się mimiką, w innej notce wyjaśnię dlaczego. 

Pani: „Oh yes, that’s why you are so beautiful” (O tak, to dlatego jesteś taka piękna)

Ja: „Thank you…” (Dziękuję) i uśmiech numer dwa.

Sprawa załatwiona.

 

Idę popołudniu do urzędu pracy. Zanoszę umowy, papiery i dziękuję za pomoc przy zasiłkach i załatwianiu wszelkich spraw z tym związanych. Moją opiekunką była Polka, dzięki czemu uniknęłam babrania się z tłumaczem angielskiego migowego. Doskonale rozumiała moją sytuację i autentycznie cieszyła się z mojego entuzjazmu. Przyznać trzeba, że nie szczędziłam na ekspresywnym wyrażaniu swojego szczęścia 🙂

 

Idę do tikejmaksa. Po co ja tam poszłam? A, po patelnię. Ale półki wiodą wpierw przez jedzenie. No to oglądam oliwy, przyprawy i staję na makaronach, może jakieś bezglutenowe mają z Włoch czy coś. Słyszę kątem ucha, że ktoś coś do mnie mówi. Patrzę a tu wielki, czarnoskóry, puszysty gościu, z rastafariańskimi dredami do pasa. 

Ja: „Yes?” (Tak?)

Dredydopasa: „bdnsbdSDjsnscn?

Ja: „Erm, wait wait, please. I am deaf. Can you speak slower, please as I am lipreader?” (Chwila, chwila, jestem niesłysząca. Możesz mówić wolniej jako, że czytam z ust?)

Dredydopasa patrzą się na na moje ucho, zauważają aparat słuchowy: Oh sorry.” (Oh, przepraszam.) 

Uśmiecha się i pokazuje na kolorowe makarony. Obserwuję jego mowę ciała. Domyślam się, że chodzi o niepewność kolorów w tych makaronach. Biorę jedno opakowanie (czarne spaghetti) i czytam skład. „black squid ink” (farba? z czarnej mątwy?) 

Ja: „Yeah, they are pretty natural flavorings, but if you are vegan they aren’t for you.” (Taa, całkiem naturalne dodatki smakowe, ale jesliś weganin to nie dla Ciebie.)

i pokazuję organiczne, niekoloryzowane makarony z Włoch, które leżą półkę niżej. I robię „yum yum” z masowaniem brzucha i oblizywaniem się a’la „mniam mniam„. (Jadłam, znam, potwierdzam, że są dobre).

Śmiech jest, ma poczciwe oczy te dredydopasa. Po chwili się mnie pyta o chorizo jakieś. Mówię, że ja nie jem mięsa, więc nie pomogę. Ale sugeruję, by patrzył na europejski kraj pochodzenia i organiczność. I po kolejnej chwili się pyta o moje imię. Odpowiadam, upewnia się, że dobrze wymawia moje imię i pytam się o jego.

Dredydopasa: „D/T/NeB/P/M/u„.

Ja: patrzę się głupio na jego usta.

Dredydopasa: „Not understanding I see?” 🙂 (Nie rozumiemy, widzę?)

Ja: „Nebu? (zaprzecza) Nemu? (zaprzecza) Nepu? (zaprzecza) Debu? (zaprzecza) Temu? (zaprzecza) Tebu?”

Dredydopasa: „Yeaaa! That’s the one! Tebu! But Tebuuuuu.”  (Taak, to jest too! Ale Tebuuuu – wyakcentował używając gestów rąk jak dyrygent.)

Ja: „Tebuuuuu” – naśladuję te gesty jak dyrygent.

i po chwili dłoń swoją wyciągam do niego: „Nice to meet you!!” (Miło poznać!) i uśmiech numer dwa. Mocny uścisk.

Where are you come from?” (Skąd pochodzisz?) pytam.

Dredydopasa: „South Africa, you?” (Płd Afryka, Ty?)

Ja: „Poland. You know where is it?” (Polska, wiesz gdzie to?)

Dredydopasa: „Oh yeah, many many Poles in England!” (O taak, wielu wielu Polaków w Anglii) i łapie się za głowę.

Jeszcze coś tam się pogadało, pośmiało, aż mówię „Have a lovely day!” (Cudnego dnia!) i idę na te patelnie.

 

Przy kasie, torby szmacianej nie mam. Kolejna rozmowa z kasjerką przy wyborze innej torby z motywem motywującym. Zna mnie, wie, że ja głucha, nie śpieszę się z wyborem, jako, że ona sama mi pomaga wybierać, świetnie rozumie moją „głuchą” mowę 🙂

 

W jednej aplikacji w telefonie komórkowym są różne promocje. Tym razem była darmowa kawa. Czemu nie? Wchodzę do Kosty. Kolejki nie ma, kasjerka mnie zauważa, więc już od połowy drogi mówię-migam do niej, że ja niesłysząca i pokazuję w telefonie kod. Mówię, że chciałabym kawę taką a taką, bez cukru z mlekiem kokosowym. Dziewczyna mówi wyraźnie, uśmiecha się i dba o kontakt wzrokowy. Wręczając mi kawę na wynos miga „dziękuję„. Odwzajemniam jej uśmiechem numer dwa z klasyczną wdzięcznością i „Have a lovely day!

 

Takich rozmów mam wiele w ciągu dnia. Takich dni mam wiele w ciągu miesiąca, jeśli nie codziennie. Rozmawia się z kierowcą autobusu, rozmawia się z dzielnicowym, rozmawia się z obcą starszą panią w sklepie przy oglądaniu awokado, rozmawia się z byłym trenerem osobistym (sprzed 6 laty), którego mijasz w drodze na kort do squasha. W markecie czasem wolę skorzystać z kasy ze człowiekiem, niż z kasy samoobsługowej – wywiązują się uśmiechy, krótkie rozmowy, wymienia się energia.

Ludzie są życzliwi, spokojni, pozytywni. 

 

Prawo przyciągania, po pierwsze. Wdzięczność przyciąga wdzięczność.

Po drugie – mieszkam w Anglii. Kultura inna. Ludzie tutaj nigdzie się nie śpieszą w codziennym życiu. Celebrują chwile tak samo jak celebrują popołudniowe herbatki. 

Ale nie jestem bierna, sama od siebie też kontynuuję rozmowę, temat, pytając rozmówcę o jego punkt widzenia, sprawę, sytuację. Często wychodzi kulawo, bo akcent nie tego u Anglika, bo akustyka słaba, bo czas, bo sytuacja, bo tego i tamtego. Humor i grzeczność rozładowuje wszystko. 

 

Ale.

 

Wibracje. Jeśli rozsiewasz swoje wibracje, wysokie, szczere, przede wszystkim czyste – inni to czują, nieświadomie je odbierają i reagują, zauważają Ciebie, zagadują. Chcą uszczknąć trochę tej Twojej radości dla siebie, powdychać, pobyć. Tak po prostu, bez celu, podładować się.

 

 

Rozdawajcie zawsze swoje szczęście. Nawet jeśli trwa to chwilkę i jest bardzo prozaiczne. Róbcie to świadomie, przy każdej osobie. Wyobraźcie sobie, że wyciągacie „trochę” swojej mocy ze środka i przesyłacie je do środka rozmówcy. Siejcie, rozrzucajcie, bądźcie hojni. Ta radosna, spokojna energia jest nieskończona, nie ma prawa się wypalić. 

 

 

Rozmawia się z kotem, który do Ciebie podchodzi, by za chwilę se pójść z podniesionym ogonem dalej. Rozmawia się z muszlą ślimaka przylepioną do źdźbła wysokiej trawy, rozmawia się z pachnącym bzem, u progu przekwitania. Daje się piątki, żółwiki, przytula się, wizualnie w myślach oczywiście. Dotyka, muska koniuszkami palców. 

Hej, co tam?” do pszczółki, która właśnie przystanęła w locie na wysokości Twojego nosa. 

 

Wracam do domu, przez park, akurat świeżo po deszczu, trawa jest mokra. Ale i tak ściągam swoje balerinki i idę zielonym zboczem ścieżki. Robię se selfie na ławce, myślę parę chwil o mailach dla czytelników, gapię się na zieloności i…

 

ROZPUSZCZAM SIĘ*.

 

Tak, to jest te magiczne słowo dla „tu i teraz”. 

 

Rozpływasz się, topisz się, jednoczysz się, wsiąkasz, wgłębiasz się, czujesz ogromną wdzięczność i sam jesteś wdzięcznością. No, rozpuszczasz się i tyle. Nie ma Ciebie, niby jesteś fizycznie na ławce, widzisz zieloności, czujesz mokrą trawę pod stopami, słyszysz niezbyt odległe auta, wąchasz parny wiatr, ale nie ma Ciebie, nie ma. A jak zamkniesz oczy, wyłączysz aparat słuchowy, uśmiechniesz się leciutko…

 

… wiesz wszystko. 

 

Nie bez powodu czakra serca jest koloru zielonego. Nie bez powodu łącząc się z Gają odnajdujesz w swoim czasie wszystkie odpowiedzi, które „śpią” w Twoim środku. Nawet takie, których jeszcze nie potrafisz wysłowić, zwerbalizować, opisać. Ty po prostu już wiesz.

 

 

* Rozpuszczanie się – słowo ukradzione od jednego mailowego czytelnika. Zachwyca trafnością. Słowo, nie czytelnik 🙂 Dziękuję.

 

zielona gaja

Kosmiczna energia ładuje się od dołu a „wychodzi” każdym kawałkiem skóry i włosa.