Walentynki niedługo, to i ja Walentykami Wam zawieję, proponuję ten dzień spędzić tak jak chcecie, lub wcale go nie obchodzić. Ja tylko przypominam, że związki są piękne i trudne do zrozumienia, i każda taka relacja ma sens w Waszym życiu. A w zakresie pseudoezoteryki to już tym bardziej. Wszystko tu omawiam – buziaczki, karmę, bratnią duszę, seks, wibracje i co tam jeszcze.

 

Od czego by tu zacząć?

 

Poznajesz kogoś. Początki bywają różne. Może nic się nie zadziać a może grzmotnąć z miejsca. Scenariuszy tyle ile harlekinów.

„Cała magia zaczyna się od flirtu, spojrzeń w oczy, romantyzmu ze świecami w ogóle. Ale może też zaczynać się od pożądliwej chemii, wysokich wibracji w powietrzu, bo mokro robi się w stringach i ciało gna po swoje. Typowe ewolucyjne gody. Umysł się poddaje, wiadomo, chcemy spróbować, a nuż się orgazm jakiś trafi, oraz naiwna, wszechpotężna wiara, że to może TEN JEDYNY/TA JEDYNA i nie będzie czego żałować. Dziewięć miesięcy później też nie.” (Trudny dinozaur kocha nabardziej)

 

A w ogóle to przejdę do rzeczy.

 

Jedyną stałą rzeczą jest zmiana. Wszystko tutaj się zmienia, jest w ruchu, idzie do przodu, nie cofa się, po prostu coś się zawsze dzieje. Wszystko ma tutaj swoją energię i ta energia cały czas się zmienia. Ta w człowieku tym bardziej. Bo człowiek to taki majstersztyk zaprzeczeń, fabryka paradoksów. CIągle nie wie czego chce, jego potrzeby się wciąż zmieniają. A jeszcze tragiczniej jest z nim, kiedy stoi w miejscu i w jego środku chcenie walczy ze strachem. Nie, chcenie to nie to samo co potrzeba, ale jedno nie wyklucza drugiego.

 

Dobra, poznajesz kogoś. Wasze energie finalnie się zderzyły ze sobą. Od tej pory jesteście „połączeni”, czy chcesz tego czy nie. Dusze już tam swoje wiedzą, a co wiedzą, to najczęściej pokazują Ci w snach. Jeśli „co łaska”.

Od razu masz wrażenie, że to ten jedyny, forewr, dzieci, wspólna starość na hałajach. Iskrzy w dotyku, w łóżku, poza łóżkiem, nadawanie na tych samych falach, telepatia się uaktywnia, jest ślicznie, słodko i miło. Mija kilka tygodni, miesięcy, już nie jest tak ślicznie, słodko i miło. Emocje, ekscytacja opadają z hukiem.

 

Zauroczenie to reklama ego, showhome dla związku, do uzależnienia się od drugiej osoby. To taka przykrywka, by zdążyć się przyzwyczaić do siebie nawzajem. I tak, dusza też może maczać swoje palce w zauroczeniu, jak najbardziej! Ona też chce doświadczać. Zauroczenie jest ślepe, jest ekscytacją, chwilowe, chemiczne chaosy w mózgu, zresztą wszystko naraz – fascynujące jest jak w takich momentach łączy się ciało, dusza i ego i stwarza całościowy obraz Twojego stanu podniecenia nowym człowiekiem. 

 

Pierwsze miesiące, rzadziej lata, to złudne uczucie, że ten ktoś jest nam bratnią duszą. A jeszcze rzadziej – bliźniaczym płomieniem. Jeśli nie wiesz, co to znaczy ta cała „bratnia dusza” to ewentualne i bardzo możliwe rozstanie – będzie bolało bardziej. Takie osoby wcale nie muszą być na całe życie, często to są „chwilówki”, lustra, przypominajki. Energie się zmieniają, pamiętajmy a każdy z nas jest indywidualnością. Bliźniaczy płomień to ściema – miałam do czynienia osobiście z takim bliźniakiem, uwolniłam się od niego, i nikomu nie polecam. Jednak przyznaję, że warto było tego doświadczyć, zrozumiałam, że moje Maleństwo ma swoich znajomych, z którymi ja sama mogę nie zechcieć być.

 

Jeśli spotkasz kogoś takiego – wejdź w to, doświadczaj, idź do dobrej wróżki, poczytaj se numerologie, horoskopy, senniki, albo olej to wszystko i wejdź w to bez ezoteryki. Obie opcje są wskazane. Po prostu nie bój się, nie trząś portkami, nie obawiaj się. W Tobie nie może być strachu. Żadnego strachu o Waszą relację. O siebie, swoje kompleksy, swoje wyimaginowane potrzeby. Bo i tak będziesz żałowała, że nie wzięłaś tego.  

 

A my gramy, kochani moi, my gramy. Uczymy się synchronizować ego, duszę i siebie do warunków ziemskich, do konkretnych relacji, do konkretnego harlekina. I wzrastamy, i popełniamy błędy, i ryczymy po nocach, i wycinamy sobie żyły, i piszemy bzdurne wiadomości, przebijamy opony tej drugiej, okłamujemy, i podglądamy jego telefon, robimy wymówki, kłócimy się, rozwodzimy się. I zmieniamy się. Stajemy się silniejsi. I stwierdzamy, że jednak dobrze się stało, że on/a jednak nie była dla Ciebie, że jednak jesteś inna i masz inne potrzeby, że jednak chcesz czegoś innego. Od siebie, od życia, od swojego partnera.

 

To jest normalne, to jest jak najbardziej w porządku. 

 

Stwierdzasz, że nie chcesz być ślepa, nie chcesz być zazdrosna, nie chcesz się bać i krzyczeć. Chcesz się bawić, śmiać się, być spokojna i spokojnie rozmawiać, chcesz ufać i czuć się bezpiecznie.

 

Ja tam mam zasadę:

 

„Jeśli coś przestaje być zabawą – ja uciekam.”

 

Również w związku. 

 

Oczywiście, że nie można być ciągle na wiecznym haju szczęśliwości. Są trudne sprawy i ciężkie momenty, w których drugi człowiek sobie zwyczajnie nie radzi. Nie jesteśmy idealni. Jesteśmy ludźmi. Ale świadomość jest na tyle trzeźwa, że tych spraw nie zwali na drugą osobę, będzie szukać wsparcia, pomocy. I ta sama świadomość jest na tyle silna, że sama będzie działała, rozwiązywała sprawy, stawiała im czoła. Będzie szła do swojego przodu z Twoją pomocą. I to też nazywam „zabawą”, bo to doświadczenie, codzienna proza związku. Tak długo dopóki oboje „widzicie” siebie.

 

Związek przestaje być zabawą, kiedy nie czujesz się już więcej zauważana jako kobieta, zauważany jako mężczyzna. Tutaj już ego ma używane a Twoje myśli zaczynają się spełniać. Bo przecież Kosmos realizuje Twoje intencje i swoimi myślami, wyprutymi energiami doprowadzasz do rozpadu relacji. Może to być zdrada, brak poczucia bezpieczeństwa, przerośnięta i dokuczliwa samotność. Kosmos bardzo chętnie spełnia Twój strach. On ma gdzieś Twoją „sprawiedliwość”. 

 

I bardzo dobrze.

 

Czas na nowe. 

 

Czas na kolejne doświadczenia. Jesteśmy silniejsi, wiemy czego chcemy. Wibrujemy wyżej, jakby to ujał fachowo matrixowy ezoteryk.

 

Wyższe wibracje? Miej to gdzieś. Nie ma czegoś takiego jak wysokie & niskie wibracje, to porównanie a kto tu kocha porównywać? 

 

Ego. Matrix.

 

Każdy z nas jest inny, ma unikalną częstotliwość, niemierzalną nigdzie i nijak, nie ma określonych „norm” wibrowania. Dusze mają w głębokim poważaniu takie etykietki, one żyją poza czasem, poza iluzją, poza matrixem. Więc o co tu tak się naprawdę spinać? Z energiami jest tak samo jak z ludźmi – nie ma lepszych ani gorszych. Każdy jest inny, wyjątkowy, niepowtarzalny na swój sposób. 

 

Spotykamy się ze sobą w idealnej chwili. To jest istne arcydzieło świadomości energetycznej, niepojęte dla naszego rozumu. Niby wybieramy, niby mamy wolną wolę, niby przeznaczenie istnieje, a jednak to tak wszystko sprawia wrażenie, że jest celowo przemyślane. Nawet te nasze „wolne wybory”.

Zwłaszcza one. 

 

Każdy partner, którego poznajesz jest harmonijnie zgrany z Twoimi potrzebami na daną chwilę, Twoimi energiami fruwającymi w danym czasie. Jest lustrem Twoich lęków, Twoich zrealizowanych próśb. Lustra są okrutne, obnażają Ciebie w brutalny sposób. Stajesz z żywym urealnieniem Twoich marzeń, ukrywanych pragnień, mrocznych sekretów. Stawisz im czoła? Będziesz na tyle odważna? W końcu to Twoje. W końcu to Ty sama. Na pewno jesteś gotowa na te Twoje marzenia i plany? Bo jak przychodzi co do czego, to często się okazuje, że jednak nie.

 

I związek się rozpada. Bo jeszcze nie umiesz odróżniać potrzeb ego od potrzeb Twoich własnych. Tak, to spora różnica, subtelna, ale bardzo istotna. Ego ma swoje potrzeby, wymyślane a Ty przyjmujesz je jak swoje własne – domek z drewna księżycowego w lesie, apartament w jorku, facet z Aldebaranów, podróżowanie po świecie, zaszycie się na zadupiu, blondyn, niebieskie oczy, brunet, niski, z brzuszkiem, za zresztą wszystko jedno czy ma cycki czy po mastektomii, nie, jednak fajnie coś pomiętolić, nie chcę seksu, chcę miziumiziu, chcę mieć ostrą w łóżku, ale damę w salonie, etam, nieważne to, ważne, by cykło…

 

Wiecie co?

W prehistorii, kiedy byłam właśnie świeżo po rozwodzie, podnosiłam się z gruzów psychicznych, w ramach terapii spotykałam się z różnymi takimi. I trafiłam na angielskiego, szatynowego Bradleja Koopera. Ah… Fajnie się pisało, burza mózgów, no to się spotkaliśmy. 

I zapytał mnie:

Anetta, jaki jest Twój typ faceta?

Odpowiedziałam:

Nie mam typu. Ma cyknąć, kliknąć między nami i tyle.”

Złapał się za głowę i wytłumaczył mi, jak dziecku, że jeszcze muszę sporo dorosnąć, doświadczyć, odnaleźć siebie. 

Niedawno, aktualny Janusz zapytał mnie o to samo. Miałam już w głowie gotową wyliczankę. I z lekkim szokiem wróciła mi pamięć do rozmowy z Bradlejem – po sześciu latach własnych doświadczeń (czyli łez, bólów serca, wyklinania losów, życiów, kosmosów, poddawań się, rozczarowań, smuteczków) przyznaję mu honorowo rację.

 

Masz mieć swój typ. Konkretny, wypisany w punktach, a nawet w podpunktach. Ten typ świadczy o Tobie. Wiesz czego oczekujesz od siebie, czego potrzebujesz, i doskonale wiesz co chcesz by zapewniał Ci Twój partner. Ma być tak i tak, bo po co się znowu cackać?

I ten konkretny typ masz wizualizować, wysyłać w eter. Spełni się. 

Bo to są Twoje potrzeby, Twoje pasje, Twoja przestrzeń. Nie ego. Jesteś już ponad nim, ponad strachem, ponad zazdrością, ponad ziomkami duszy, jej sprawami karmicznymi. Masz zauważać siebie poprzez pryzmat Twojej świadomej świadomości, nie poprzez pryzmat kapryśnego ego.

 

Ego powie tak:

„Przed ślubem zapytałam exmałża dlaczego mnie kocha. Wiem, nie powinno się pytać w ten sposób, ale paradoksalnie to jedyna opcja, która ma w sobie niezły haczyk w odpowiedzi.

“Bo Cię potrzebuję.”

Aha.

Zapaliła się czerwona lampka, coś nie tak było, coś mi się nie zgadzało, nie takiej odpowiedzi się spodziewałam. Jak to ja, zaczęłam rozkminiać nasz związek na czynniki pierwsze. To, że doszło do ślubu, to już inna baśń, wszak rozkminiać skończyłam dopiero po rozwodzie.

(…)

Masz określone potrzeby, dajmy na to odwieczną klasykę: czułość, bezpieczeństwo, wierność, stabilizacja jednym słowem. One się zmieniają wraz z Twoimi doświadczeniami w ciągu życia. Kilka lat temu spałaś w złotej klatce, potrzebowałaś czułości, bo połówka w hutach harowała. Odeszłaś od huciarza do lowelasa, który Ci tę czułość zapewnił. Z kolei lowelas groszem nie świeci, brakuje Ci na buty od Korsa, bo przecież w zeszłorocznych od Prady chodzić nie będziesz. Rzucasz go. Milioner Ci się napatoczył na matczkropkakom, wow, wygrał w totka, nie pracuje, hajs ma, czas ma, seks zarąbisty, niczego Ci już nie powinno brakować, prawda?

Ale brakuje. Nie wiesz czego, ale jednak to nie to…”

Więcej, bo w ogóle mega notka u mnie!! —> „Kocham Cię, bo… bo… bo…”

 

Nawet jeśli odezwie się jakaś zazdrość, rozczarowanie, bo ego przyśpiesza, bo chce już już, na już, na wczoraj, to spoko, pogłaskaj go po główce, pogłaszcz, jak dziecku, wiesz, że chce dobrze, ale też wiesz, że to nie Twoje. Bo Ty chcesz spokojnie, po bożemu, po oldskulowemu, tak normalnie. Jak dwoje dojrzałych ludzi.

 

W relacji ma być zabawa, ale nie taka jak u dziecka, dzika radość, karuzelowe krzyki i ekscytacja, to zostawmy nastolatkom. Zabawa w sensie celebracji bycia razem – celebracja pierwszych razów, pierwszych elektryzujących dotyków, pocałunków, pieszczot, intymności, rozmów przez telefon, odkrycia różnic, kompromisów, zrozumienia, pozwalania się zaskakiwać i eksplorować. Nawet po nastu miesiącach, latach. To cudne tu i teraz. 

 

Bo związek trzeba traktować cały czas jakby go jutro już nie było.

 

Nie wiesz, nie gruchnie go pojutrze autobus, nie powiecie sobie za dużo, nie zna się tak naprawdę ani własnej ani jego/jej granicy, nie wpadnie mu do głowy, by przespać się z inną, albo Ciebie uniesie i dasz się porwać amigo na wyjeździe biznesowym. Nie przewidzisz własnych energii. 

 

Ma być na luzie, bez spięcia, bez niepokojów, bez martwienia się (nie mylić z troską), no generalnie bez wydziwiania na tle strachu. Bo czego się bać tutaj?

 

Seks? Gdzieś pisałam, że seks to strach. I dalej się tego trzymam. Jeśli relacja nie jest świadoma, jest przygodą, jednorazowym wyskokiem, ucieczką, to jak najbardziej ma w sobie element strachu. Tu nie chodzi o obniżanie wibracji, bo nie ma czegoś takiego, to jest po prostu nieprzyjemne (przynajmniej dla mnie, która odbiera ludzi energiami). Ale jeśli relacja jest świadoma, wiesz jakie są potrzeby Twojego ciała, znasz partnera na wylot, wiesz co przechodzi, nie ma strachu, matrix lub cośkolwiek nie ma nic do gadania ani wtrącania się.

 

„Energia seksualna jest bardzo silna, dużo silniejsza niż ta, z którą mamy do czynienia na codzień w związku. Akt miłosny to nie przytulenie od tyłu dziewczyny i pocałowanie jej głowy, to nie leżenie naprzeciw siebie i słodzenie sobie w oczy, to nie jest robienie wspólnych rzeczy w jednakowej euforii. Akt miłosny jest ściśle związany z naszym umysłem. Kochając się z kimś, kochasz jego całego, cały Wasz związek, przeszłość, wady, humory, emocje, blizny na ciele, kłótnie, no wszystko. Seks bez tego dodatku jest okrutnie pusty, zwierzęcy, pozostawia w duszy straszliwy krajobraz nędzy i rozpaczy.

(…)

Nigdy nie śpij z kimś, na kogo nie masz ochoty. Miej szacunek do swojego ciała. Sama wiesz, ile wytrzymało, na ile go stać, wiesz, że ma swoje limity, choróbska, ustrojstwa kosmicznego pochodzenia. Sama wiesz, ile dla niego robisz, jak ciężko pracujesz nad nim i jak bardzo o niego dbasz stosując głodówki każdego piątku. Sama wiesz, jak bardzo jest związane z Twoim umysłem i sercem, doskonale zdajesz sobie sprawę, że wszystko jest ze sobą fajnie zsynchronizowane i połączone.

Ciała się dostrajają same, po swojemu, w swoim tempie. W miarę jak poznajecie się bliżej, rośnie zaufanie, narasta między Wami intymność, bliskość. Ciało to czuje, czuje bezpieczeństwo. I z czasem, całkiem naturalnie, samo będzie chciało więcej i więcej. Samoistnie pojawi się pobudzające napięcie, elektryczność przy dotyku. A przy kolejnych czułościach partnera, z biegiem miesięcy, lat, ciało będzie się do tych czułości dostrajało automatycznie. A wtedy nawet ostre rżnięcie przy blacie kuchennym będzie przyjemne, bez wyrzutów sumienia w każdej postaci.” (Znowu dinozaur)

 

Jeśli chcesz seksownej przygody, pobawić się to właź w to, bylebyś się nie bała, nie żałowała. To też terapia, odkrywanie swojego ciała. Nie patrz na normy społeczne, na moralności, zdaj się na swojego czuja, chęci i potrzeby. TWOJE, nie ego, odróżniaj to. A wszystko będzie dobrze. Bo cokolwiek by nie było – należy Ci się, wszystko co fajne.

 

Chyba tylko w matrixie jest napisane, że człowiek łączy się w pary na całe życie. Bo biologia i monogamia i poligamia, bo wierność taka poetycka i zachwycająca. Wszystko to kwestia człowieka, gustu i potrzeb. Nie każdy jest poligamistą, nie każdy jest monogamistą. Można się rozwijać w jednym małżeństwie przez całe życie, można się rozwijać poprzez ziliony przygód. I być szczęśliwym w obu wersjach.

 

Druga osoba to wciąż człowiek. Ma humory, ustrojstwa, i potrzeby tak samo jak Ty. Nie wiesz z czym się zmaga, co czuje, nie mamy takiej zdolności. Tobie pozostaje tylko akceptować, wspierać, kochać, być.

 

Nie leczyć energetycznie, nie nawracać na witarianizmy mięsożercy, nie nakazywać do zmiany pasji i wspólnego spędzania czasu, nie zmieniać na własne widzimisię, nie szantażować swoimi damskimi gierkami. Wspierać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Otwarcie, dosadnie, w swoim stylu.

 

Mężczyźni mają nieskomplikowane mózgi, kobiety czulszą intuicję. A Ty nieprzypadkowo w tym wcieleniu jesteś kobietą, jesteś mężczyzną. Nie bez powodu masz taką płeć. Doceń to, zauważ, naucz się być w tej płci, naucz się ją ujawniać, wygrzebywać swój potencjał, wewnętrzną moc. Nie bój się. Ciało i dusza są nierozerwalne ze sobą, każda komórka ma swoją pamięć, uszanuj to, pogódź się z tym. Jakakolwiek przeszłość by nie była. Wierzcie mi, z każdej traumy da się wyjść, kwestia poznania odpowiedniego człowieka, ale Ty sama musisz swoje przejść, swoje podoświadczać, musisz być gotowa spojrzeć swoim lękom w oczy, przestać uciekać, odpuścić, puścić, wypłakać się. Zrobić miejsce na nowe, lepsze, piękniejsze. 

 

„Nie chodzi tu, gwiazdki moje, o wymagania, ale tylko i wyłącznie o bycie sobą. Przecież nie będziesz się zmieniać dla kogoś, nie będziesz robić czegoś wbrew sobie, tylko dlatego, by być z kimś. Silna osoba nie pozwoli się tak poniżyć. Im więcej przeszłaś, im więcej doświadczyłaś w swoim życiu, im więcej lekcji się nauczyłaś tym bardziej siebie szanujesz i wiesz, że nie zmarnujesz swojego życia na powtarzanie kolejnych błędów. Nie zdradzisz siebie.

Większość lubi sobie wybierać za partnerów istoty nieskomplikowane – zdrowe, z płaskim brzuchem, płodne, pijące, komunikatywne, normalne takie jakieś. Outsajderzy są trudni, trzeba się nad nimi napracować, namęczyć, naspierać się, a tego już nam się straszliwie nie chce.” (i jeszcze raz dinozaur)

 

Ale właśnie tacy outsajderzy są warci każdego zachodu.

 

Jesteś kobietą. Twój partner ma widzieć w Tobie kobietę z potrzebami (tymi seksualnymi też), grażynkę w kuchni oraz dziewczynę z pasjami, własną przestrzenią.

Jesteś mężczyzną. Twoja partnerka ma widzieć w Tobie mężczyznę z potrzebami (seksualnymi też), janusza w domu i chłopaka z pasjami, własną przestrzenią. 

 

W codziennym życiu, pełnym spokoju, wrzasków swoich słoneczków, cichych dni, zabieganych spraw, rezygnacji z planów, kompromisów, wsparcia o ramię, roztkliwiających nieporadnych sytuacji, bo przecież to ego wymyśla, Ty tylko się rozczulasz, jakie to piękne życie masz, warte wszystkiego co przeszłaś, że niczego nie żałujesz, że jesteś tam gdzie masz być, bo jednak wszystko siedzi w głowie.

 

„Związek też właśnie tak powinien smakować. Masz lubieć siebie w tym związku. Masz akceptować drugą osobę w pełni. I nawet przez głowę Ci nie przejdzie, by cokolwiek w niej zmieniać. Ciężko pracowałaś na siebie, znasz to, rozumiesz, pilnujesz tego. Jest obustronny szacunek. Masz lubieć atmosferę między Wami. Kochasz, to robisz to i już.

Masz po prostu CHCIEĆ zburzyć jedną ścianę w swoim domu i razem z drugą osobą wspólnie dobudować parę cegiełek do jego domu. Te pośrodku to wszystko Wasze – Wasze dzieci, wspólne pasje, kompromisy, codzienność. Da się. Tak po prostu.” (Kocham Cię, bo…)

 

„Bądź uśmiechem wśród tysiąca drobnych zdarzeń…”

 

adfalkiewicz relacje mezczyzna kobieta