I to tacy pozytywni przez wielkie P.

Ludzie często zapominają, że równowaga jest najważniejsza. I to nie taka ciało & umysł, tylko taka ziemska – dobro & zło. Dobro i zło same w sobie nie istnieją, to my nadajemy im znaczenie. Ludzie, którzy na codzień mają do czynienia ze smutkiem, śmiercią czy okrucieństwem łakną drugiej strony bieguna – radości, życia i spokoju. Z kolei ludzie, którzy żyją na wiecznym haju szczęśliwości, dostatku i zdrowia – szybko się nudzą z braku atrakcji i wyzwań życiowych.
 

Nie może być za dużo zła, tak samo jak nie może być za dużo dobra. Ludzie obcykani w transferingi Zelanda mogą sobie wybrać rzeczywistości jakie im pasują, ale koniec końców nawet wolna wola okazuje się iluzją.
 
Odpychają mnie negatywni, toksyczni ludzie, to oczywiste. Ale odpychają mnie również ludzie pozytywni, praktykujący białą magię, jogi, weganizmy, praktyki wdzięczności i poczucie surrealistycznej jedności ze światem.
 
Obie przeciwległe strony mnie odpychają. Jakbym stała na środku, w próżni wszelkiego rodzaju pojęć i znaczeń. Każdą rzecz, zjawisko czy czynność możemy podpiąć pod dobro lub zło, pod odpowiednią intencję, zgodną z naszym wyborem i decyzją.
 
Skoro prawda jest iluzją, to iluzją jest również zło i dobro. Negatywizm może „niszczyć” tak samo jak pozytywizm. Przewaga którejś ze stron nie jest naturalna, nie może być za dużo dobra czy zła.
Równowaga to jest linia serca. Za duże przechylenie daje gwałtowne skoki – niewydolność lub depresję. Ile można biegać? Ile można wypoczywać?
 
Dusze uczą się wraz z nami tej równowagi. Obecne inkarnacje to przechył ku pozytywizmu, bo to modne, bo prawo przyciągania, bo social media. Białe energie obiecują sławę, bogactwo i egotyczne poczucie wyjątkowości. Moje ebooki skierowane są do raczkującego właśnie pokolenia. Przyjdzie czas, że napiszę „dalsze” etapy. 
Byłam parę lat temu w tej fazie – czułam i praktykowałam wdzięczność, czułam się spełniona, taka uduchowiona. Wiedziałam wszystko o ezoteryce, o teoriach spiskowych, o dzieciach z gwiazd, o kundalini w jodze, o białej magii. Byłam zaślepiona. To był rozwój w górę, w abstrakcje, w chmurki. To był też etap odpoczynku między jednym gównem a drugim w życiu. 
Ów etap przesadnej duchowości obecnie traktuję jako „matriksowe zabawki”, na równi z materializmem. Chcę pociągu pierwszą klasą, to sobie kupię, chcę okadzić dom palo santo, to sobie rozpalę drewienko i okadzę, chcę sobie kupić starsze, paliwożerne auto to sobie kupię; chcę iść na sesję Tarota to sobie pójdę. Nigdzie nie gonię, nie dążę do niczego, bo jak można dążyć do coraz lepszej iluzji, która nie ma końca?
Potem się „obudziłam” i wróciłam na środek, gdzie „stoję” do dziś. Pomiędzy niebem a ziemią, pomiędzy dobrem a złem, pomiędzy niczego.
„Stoję” w próżni, gdzie nie ma osądzania, kierunkowych intencji, praw przyciągania, karmy. Ale do tego ludzkość jeszcze dojrzeje.