Pisałam ostatnio o zjawisku jakim jest zmiana stylu życia (weganizm, witarianizm, ochrona środowiska, zwiększona świadomość duchowa, globalne ocieplenie, itd.) i podpięłam to pod określone pola energetyczne, tak zwane pola atraktorowe, o których wspomina m.in. dr David R. Hawkins.

Jako, że nasze myśli są energią i prawo przyciągania działa w najlepsze od wielu lat (Joseph Murphy, Louise L. Hay, Tony Buzan, Vadim Zeland) można spokojnie bazować na własnym umyśle, własnych doświadczeniach i obserwacjach. Można spokojnie eksperymentować z własnym życiem wykorzystując swój kawałek mózgu.

Można popróbować różne wersje siebie, różne drogi życiowe, podejmować różne decyzje i obserwować jak my sami się zmieniamy i jak zmienia się otoczenie wokół nas.

I jak my sami wybieramy, kim chcemy być i gdzie chcemy się znaleźć.

I dlatego dziś napiszę troszkę o miejscach. Miejscach silnie energetycznych, które tworzymy my sami.

Poprzez hasztagi na instagramie.

 

Ale wcześniej instagrama nie było. Była poczta pantoflowa, legendy przy ognisku, rulony papirusów przewożone przez posłańców na rumakach. I słowa w tamtych czasach również miały swoją moc co hasztag. Wymagały tylko więcej czasu, bo postęp technologiczny aktualnie pozwala Ci się znaleźć niemal wszędzie niemal od razu. Dlatego energie pewnych miejsc rosną dzisiaj w błyskawicznym tempie.

A ludzie robią złote biznesy.

Bo popatrzcie, kto by nie chciał się znaleźć na Malediwach czy zrobić selfie ze Statuą Wolności? Lub chociażby w Lourdes? Dlaczego w Lourdes zdarzają się cuda? I do Lichenia ciągną tłumy? I do Mekki? I do mostu w San Francisco? I dlaczego tak Ci zależy, żeby zrobić selfie w restauracji, którą ochrzaniła Gesslerowa?

Bo Cię ciągnie, prawda?

 

Wystarczy też, jeśli celebryta z silnym polem atraktorowym pojedzie w jakieś miejsce, hotel, kurort, restauracja, schronisko, by zostawić w tym miejscu kawałek energii, za którą podążą jego fani. I tym samym sława i moc danego miejsca wzrośnie. To jest czysty biznes, bo nie chodzi o reklamę danej osoby, ale o umocnienie własnego pola – hotelu, restauracji, schroniska. To hipokryzja, to biznes.

 

Normalne dla wielu z nas, ale czasem warto być świadomym mechanizmów działania.

 

Są też niteczki energii, które kompletnie nie ruszają ludzkie mas, ale zaledwie tyci tyci ułamek ludzi z całego świata. Takie jednostki wybierają się w dzikie miejsca, nieskażone cywilizacją, trudno dostępne. Niby Mount Everest też ciężki do zdobycia, ale dlaczego akurat ten szczyt a nie okraszona złą sławą Annapurna? Dlaczego Himalaje mają większe wzięcie niż Aconcagua w Andach? Dlaczego ludzie boją się jeździć do krajów niepewnych lub powojennych, a inni pchają się tam i czują się jak w domu, bezpiecznie?

 

I dlaczego czasem jeździsz w miejsca zupełnie wyjęte z logiki? Kiedyś Cię nie ruszały, nie zachwycały i nagle z dnia na dzień czujesz wielką potrzebę jechania tam – bo tęsknisz dziwnie, bo ślicznie tam, bo deja vu, bo coś jest na rzeczy, bo przypadek i last minute. 

 

W ezoteryce to są wspomnienia duszy z innych inkarnacji. Była tam, żyła, ma jakieś swoje historie, może chce kogoś znowu zobaczyć, poczuć to jeszcze raz, ale w innej odsłonie, w innych czasach, w innym ciele, w innej osobowości? Może doświadcza czegoś w równoległym świecie i robi wszystko, by natężyć to doświadczenie używając innych swoich wersji w innych płaszczyznach czasoprzestrzennych? By coś skończyć, załatwić, dopełnić do końca i pójść dalej? A potem nagle następuje przesyt, obojętność i traktujesz to zachwycające kiedyś miejsce jak powietrze? 

 

Jak odróżnić tęsknotę duszy za określonym miejscem od przyciągania hasztagowego pola atraktorowego?

 

Nie wiem. Bo trzeba najpierw podważyć istnienie duszy. I podważyć własny rozum. Chociaż z mojego doświadczenia (pisze się ebook o Skye na ten temat) jest tutaj subtelna różnica. Wracając ciągle na Szkocję, podróżując po Tadżykistanie w ogóle nie miałam pojęcia o tych miejscach, nie było jeszcze przecież hasztagów, nie posiadałam punktu zaczepienia poza dziwnym ciągnięciem i układaniem planów przez życie tak, bym się tam znalazła i miała hajs i wróciła. 

Ale energia jest cwana. Robi wszystko, byś znalazł się tam, byś doświadczył tego i owego, byś nauczył się wierzyć w cuda, w Boga, w Allaha, w siebie, byś odnalazł swoją miłość podczas samotnego spaceru po słoweńskim Bled, byś wyszedł z wieloletniej żałoby podczas wjazdu na wieżę Eiffle’a. 

 

Wszystko ponoć się dzieje z sensem, nie bez powodu. To piękna tajemnica, która ma siedem miliardów „racji”. 

 

Miałam lecieć swego czasu do Maroka, z jednym Tomkiem mieliśmy wejść na afrykański czterotysięcznik. Ja odwołałam wyjazd dosłownie w ostatniej chwili, Tomek poleciał sam, wlazł na Toubkal sam, i zostawił na szczycie karteczkę dla mnie. Minęły już cztery lata, przez ten czas przewinęło się wielu zdobywców, nie wiem czy karteczka przetrwała. Ale historia jest znana wsród moich dobrych znajomych, pójdą, wejdą, sprawdzą. Może. Czy w ten sposób tworzy się karma? Bo mogę wrócić na Toubkal w innym wcieleniu, mamy z tą karteczką wspólną niteczkę energii, która będzie mnie wołać i wołać i wołać. I pole tej karteczki będzie się ciągło tylko za mną, za nikim innym. Dopóki o niej myślę, bo przecież mogę się uwolnić od niej.

 

Do niektórych miejsc mamy sentymenty, chcemy wracać, wracać i wracać. Im więcej emocji zostawimy tym silniejsza energia się wytworzy. I nie tylko emocji – równie silne są nadzieja, wiara, oczekiwania, takie swoiste nakręcanie się. To też zasila pole danego miejsca. I sprawia, że gdziekolwiek pójdziemy, porozmawiamy o tym, podzielimy się z ludźmi w pociągu, na instagramie, zostawimy po sobie ślad tej energii. Ktoś to chwyci, zarezonuje w odpowiednim momencie i podąży Twoim śladem. 

 

Silne natężenie energii w danym miejscu, o zabarwieniu religijnym czy politycznym powoduje, że dzieją się dosłownie cuda i myśli się spełniają. Nieważne, czy te napełnione rozpaczliwą nadzieją, nieważne, że te wyklinające posłów w rządach, ważne, że są silne i konkretnie „lecą” do odpowiedniego miejsca – do Guadelupy, do Białego Domu, na Manhattan.

Można z danego miejsca zrobić złoty biznes i przyciągnąć celebrytów ze swoimi fanami a można okryć go złą sławą i zniszczyć jego energię. 

 

W miejsca energetyczne wchodzą również koncerty i festiwale – Glastonbury w Anglii, Carnagie Hall w Nowym Jorku, karnawały weneckie, Open’er i Woodstock w Polsce. Już sama nazwa robi im sławę, sam hasztag wystarczy, byś wydał ostatnią kasę i jechał przeżywać emocje w tych skupiskach. Byleby być tam, byleby zrobić selfie tam i wrzucić na social media. To Twój cel życiowy. Nie jeździsz by zachwycać się urodą i kulturą i ludźmi danego kraju, nie, jeździsz, by się pokazać na internetach. 

 

Ale jest jeszcze jedna sprawa. Bo czasem pole atraktorowe (obiecuję, to już ostatni post w tym temacie, idzie nowe!) to również samo zjawisko. Pisałam o tym wcześniej uwzględniając modne style życia (weganizm, hygge, itd), ale zjawisko, które nawet nie ma rzeczywistego i namacalnego miejsca. Bo tworzy się „w powietrzu”, nie urealnia się w ogóle, a mimo to istnieje na papierze, na mapie czy w hasztagach. Nie chodzi o to by tam być, cel się nie zawsze liczy. Chodzi o to by być w trakcie, być częścią tego pola, tej aury, która nas osacza, wsiąka, ale nie musimy tego urealniać, jechać tam, robić i przeżywać. Wystarczy tylko lizać, chwalić się i podbijać dalej. Tak było w przypadku kontrowersyjnego festiwalu celebrytów w Fyre (filmik niżej, napisy angielskie)

 

 

 

A wiecie co jeszcze? 

Że to co piszę teraz to za pół roku może odejść w niepamięć, niebyt i prehistorię. Będę ze swoimi myślami, poglądami gdzie indziej, bo znowu coś nowego wynajdę, przy Waszej pomocy w mailach, oczywiście! Dlatego nie bierzcie niczego tutaj za prawdę absolutną, rację najmojszą i zgadzanie się w całej rozciągłości. Wszystko to co piszę tutaj traktujcie proszę jako wskazówkę, informację, takie „aha!” i idźcie dalej. Nie przywiązujcie się do mnie, szukajcie swojej specjalności, swoich dróg, ja tylko Was ponaglam do myślenia, rozwijania się, iścia.

Tego bloga traktuję jako terapię, bo wszystko to co piszę tutaj wypuszczam z siebie i nie wracam do tego, a tym samym robię miejsce na nowe. 

Anetkowe „prawdy najmojsze” :))

 

anetka niesłysząca blogerka azja umysł

Dla mnie takim polem był hostel w Chorogu, w Tadżykistanie. Miejsce, w którym spotykają się ludzie z całego świata, podczas podróży niebezpieczną drogą Jedwabnego Szlaku. W tle widać zielony maluch, należący do Arkadiego Fiedlera, który również przekraczał Pamir. To miejsce jest bardzo silne, bardzo przyjazne, ale jednocześnie bardzo wybiórcze – nie każdy może się tu znaleźć. Wydałam trochę kasy na tę podróż, ale nie zrobiłam tego dla hasztagów, tylko z pociągu serca.