No właśnie. Myślę, że niejednego z Was to zastanawiało, że ja tyle ogłaszam i obwieszczam, że jakiś ebook wkrótce wkrótce i po jakimś czasie się temat się rozpływa a ja zostaję uznawana za pustosłowną.

Ale tło i kulisy wyglądają zupełnie inaczej. I niewydawanie tych ebooków roboczych ma swoje usprawiedliwienie.

#ciężkiejestżyciepisarza

Napiszę dlaczego tak się cackam.

Ostatniego ebooka wydałam jakieś dwa lata temu. Od tego czasu działo się dużo w moim życiu: słyszący mężczyzna, przeprowadzka do innego miasta, zmiana pracy, licencja na motory, koronawirus w pracy, terapia HCV, szlifowanie moich dwóch aktualnych ebooków (korekta, redakcja i ISBN), diagnoza niedoczynności tarczycy. One były priorytetami w codzienności nie ze względu na ich ważność, ale ze względu na moje wewnętrzne zmiany.

Z mistyczki bujającej w duchowych i ezoterycznych chmurach zleciałam na twardą, realną ziemię. I chcąc nie chcąc musiałam nauczyć się jak pogodzić oba światy. Do dziś się uczę zresztą, ale widzę, że coraz lepiej mi to wychodzi.

Moje „poprzednie” życie stało się historią, którą planowałam opowiedzieć w swojej książce od wielu lat. Prawdziwi ludzie, autentyczne sytuacje, osobiste przemyślenia. Szkice leżały porozrzucane po różnych programach. Podczas terapii na HCV, kiedy siedziałam na zwolnieniu pozbierałam te notki do kupy i poustawiałam chronologicznie w rozdziałach. Robiłam wywiady z bohaterami książek i pytałam się ich o zgodę na publikację oraz ewentualną zmianę imion. Szkic książki stał się realny.Ta książka jest moim najukochańszym dzieckiem, nad którym jeszcze długo popracuję.

Ale wciąż stoi niedokończona, bo w trakcie powpadały mi różne pomysły na kolejne ebooki. No i w sumie skutki uboczne leczenia zrobiły swoje – depresja z sufitem jako pierwszy plan.

Zaczęłam od dwóch pomysłów, które wysyłałam Wam w newsletterze:

  1. Technika uwalniania łańcuchów energetycznych
  2. Medytacja zmysłami i w ogóle wszystko o zmysłach w aspekcie duchowo-ezoterycznym

Już zaczęłam pisać, rozdziały miałam poukładane tematycznie i wpadłam w euforię i tak dalej… I robiłam poszukiwania po internetach po interesujące mnie tematy. I wpadła w oko ta książka (można klikać, odeśle Was do sklepów a ja zarobię – dziękuję ze szczytów gór).


Przejrzałam zawartość i załamałam się. Przecież ona pisze dokładnie to samo co ja chciałam pisać, i co najlepsze – pisze BARDZO arcyPROFESJONALNIE. Dla mnie to był jawny znak, że ten temat nie jest dla mnie, że poradniki tego typu to nie moja mocna strona. Co z tego, że ta wiedza przyszła mi samoistnie, bez żadnych książek wcześniej, co z tego, że mam własne doświadczenia na tym tle? Co z tego, że owa autorka ma za sobą cały sztab profesjonalistów, którzy pomagali jej pisać a ja sama?

Wywaliłam niedokończonego ebooka do kosza.

Podobnie było ze zmysłami. Okładka już zaprojektowana, tematy i rozdziały. I tu nagle wpada znowu takie coś.

Kupiłam tę książkę dla ciekawości. Wchłonęła mnie natychmiast. Niczego nowego się nie dowiedziałam, jeśli chodzi o duchowość i holistyczne podejście, ale dużo było tematów takich realnych, na które nie wpadłabym za nic w życiu. W sumie – ktoś już to napisał. I to dużo dużo ładniej i porządniej.

I tym sposobem moje planowane dwa ebooki umrzyły śmiercią naturalną.

Ale szybko potem powstał genialny pomysł serii książeczek. Owszem piszą się, i od jesieni kolejno będą szły do korekty&redakcji. I na tym poprzestanę. Żadnego świrowania a one są naprawdę moje, moje, moje i nikt tego nie zrobi i nie napisze lepiej niż ja.

I wracając. No tak to bywa, jak się ma wiedzę, która przychodzi znikąd, sama od siebie, w trakcie życia i myślisz sobie, że jesteś wyjątkowa, pionierka, że jeszcze nikt o tym nie napisał i w ogóle…A tu się okazuje, że jest takich osób więcej, że one też mają tę wiedzę znikąd, nabytą z doświadczeniami życiowymi. To zastanawia –

skąd się bierze ta wiedza?

Mamy jakieś wspólne źródło? Wspólne czerwone nitki energetyczne? Jakiś rodzaj telepatii, z którą się rodzimy? Kto jest odpowiedzialny za tę wiedzę? Dlaczego niektóre osoby, niby, że mają to samo w środku, to jednak tylko niektórym się udaje to „coś” zrealizować? Kwestia przeznaczenia? Przyznaję, że ich książki są naprawdę dobre, i naprawdę dobrze, że ja się za to nie wzięłam. Wiecie dlaczego?

Bo w moich ebookach zabrakłoby przykładów z mojego życia. Bo owe przykłady zostały przeniesione do najważniejszej książki „historii mojej przeszłości”. Porozrzucane po różnych ebookach myliłyby czytelników, a tak to stworzę jedną, spójną chronologicznie historię.

Odpuściłam to wszystko. Pracuję teraz dużo i wypoczywam na przemian. Uczę się nowego życia z niedoczynnością tarczycy, bo ona potrafi naprawdę dopiec w codzienności – depresje, zmęczenie, brak energii. Kiedy wracam z pracy to już nie mam ochoty na bloga ani na pisanie.

Jako, że jestem ciągle w próżni duchowej wzięłam się za biznesy. Przeczytałam niemal wszystkie książki Roberta Kiyosaki i zagraliśmy z moim M. raz w grę Cashflow101.


Jeszcze jedno. Wiecie, większość z nas, tych „uduchowionych” ma specyficzne, dobrotliwe, wielkoduszne i pozytywne podejście do życia. I to jest fajne. Ale ta sama większość z nas ma również dość nieprzychylne podejście do finansów, pieniędzy, jako zua materialnego. Ja sama z tego myślenia długo wychodziłam, bo przecież duchowość i materializm się wykluczają? Po książkach Kiyosaki, które połknęłam jednym tchem byłam zmieszana i zaszokowana, jak mogłam tak myśleć? Da się inaczej, z korzyścią dla siebie, dla swoich bliskich, dla swojego czasu, właśnie poprzez odpowiednie podejście do pieniądza. Znalazła się szybko ta książka.

Zrobiłam mnóstwo notatek i zaczęłam gadać do swojego lustra z pełnym swoim przekonaniem. Tak jak zawsze zresztą, tylko zmieniła się treść. I efekty widać… Te finansowe i te zdrowotne. Widać. Ręczę, że to działa. Ja nie mam skrupułów co do swojego dostatniego życia, chcę mieć więcej kasy, bo wtedy więcej zainwestuję w siebie. Mnie to jara, jara mnie sprawdzanie na sobie czy własny umysł można tak zaprogramować, by powodował u Ciebie zmianę nawyków, działań, które przyczyniają się do lepszego zdrowia i wyższej jakości życia. Nie jestem Sknerusem, pieniądze są fajne i dają szczęście. Klucz sukcesu i bogactwa jest nie w posiadaniu gotówki i oszczędności, ale w zarządzaniu nimi.

Oprócz tego powyższego jeszcze robię biznesowe szkolenie u Jasona Hunta i nie ruszę się z marketingiem i e-bookami jak go nie skończę. No i jeszcze anglojęzyczny blog.

Tak więc widzicie, dzieje się. Po urlopie w październiku już wrócę na Facebooka i uaktywnię Instagrama. Do tego czasu chcę jeszcze ogarnąć swoje życie.

Buziaczki