Notka tradycyjnie co roku. Lekko poprawiona na końcu, bo perspektywa moja się zmienia, zaktualizować się trzeba. Pisana w 2016 roku. Wzbudziła emocje, łzy i poczucie ulgi u wielu moich bliskich, znajomych, tych dalszych też i Was, czytelników.

 

Zapraszam do refleksji. Z różnych stron serca.

 

 

13.11.2016r.

 

Dziś bardzo grzecznie o śmierci, umieraniu, znikaniu, nieobecności, tęsknocie i żalu nieutulonym. Temat pasowałby dwa tygodnie wcześniej, kiedy obchodzono Dzień Wszystkich Świętych oraz Zaduszki, ale po przemyśleniu sprawy zmieniłam temat na o-seksie. Nie myliłam się. Notka miała rekordowe wyświetlenia.

Dlaczego?

 

Bo to daje odpowiedź, że nasze polskie tradycje traktujemy bardzo sucho, pompatycznie, bo tak wypada, z całym tłumem Polaków. Myślimy, czujemy i robimy zgodnie z polskim kalendarzem, na masowe zawołanie.

 

I ochrzaniamy przy okazji ten niby amerykański Halloween, nie wiedząc, że Halloween wcale nie jest amerykański, tylko irlandzki i ma piękne, celtyckie źródła. Jest ważną tradycją, ino komercja zepsuła to całkiem, przeinaczając nieco jej charakter.

 

Zależy mi, by moje tematy przemawiały w dowolnym czasie a nie wtedy, kiedy wypada. Ja nie podążam za tłumem. Piszę jako Polka i uwzględniam tutaj tylko i wyłącznie polską tradycję. Groby nie-polskie, które ponoć łatwiej kosić, też mają swoją zaletę: nie rozpraszają bo „sąsiad-ma-większego-znicza” czy ogromniastymi bukietami kwiatów. Groby te są tak proste, że jesteś tylko Ty sam, nagrobek i cisza. Pomijam też kwestię eutanazji, samobójstw oraz przypadki śmierci klinicznej, to inne tematy a zatem inne poglądy na śmierć.

 

No, ale wróćmy.

 

W te dni, raz do roku, rozkminiamy nad sensem życia, kruchością istnienia i w ogóle bezsensowną niesprawiedliwością nad BoziadajeBoziazabiera. Przypominamy sobie zaginionych w Himajajach przyjaciół, przypominamy sobie ś.p. babcine pierogi, ciepło uścisku od dziadka przebranego za św. Mikołaja. Gdybamy sobie bezpiecznie jakby to było, gdyby oni byli ciągle wśród nas. Gdyby widzieli nasze słoneczka, nasze pierwsze miliony, nasze medale w zawodach w łyżwiarstwie figurowym, gdyby zjedli nasz pierwszy, własnoręcznie upieczony chleb. Chcielibyśmy im wszystko pokazać, powiedzieć, wykrzyczeć, poprzytulać się, porozmawiać, tak po prostu. Zapalimy znicza tu, tam i tam. Jakby to miało jakieś nasze poczucie winy ukryć.

 

Że czas zawsze znajdujemy właśnie 1-go listopada a nie przez całą resztę roku.

 

Bo czy przez tę resztę roku na grobach palą się znicze? Panuje taka podniosła, magiczna atmosfera? Pomijam rewię mody w stylu #grobbing #cmentaring, nie będę się do tego poniżać. Odwiedzacie groby latem ze zmiotką i zapałkami? Wiem, że brak czasu, emigracja, dzieci, zmęczenie. Wiem, że niektórzy z Was nie są praktykującymi katolikami. Wiem, że niektórzy z Was noszą w sercu niewybaczalny żal do siebie lub zmarłych. Wiem, że się nie chce. Wiem, że życie do przodu leci a pamiętamy tylko w myślach. Bo po co tak w ogóle ten cały znicz? Ot, świeczka, ogienek, jakaś zdrowaśka i tyle.

 

Nie, nie szydzę. Tak jest.

 

Ludzie nie są szczerzy sami ze sobą. Boją się swoich uczuć, swoich reakcji.

 

Wolą wyklepać paciorek niż porozmawiać od serca. Łatwiej jest i szybciej a i poczucie obowiązku odwalone. A przecież doskonale sobie zdają sprawę, że zmarli nas słyszą, widzą i wiedzą. Są obok nas. To my sami sprawiamy, że nie chcemy ich widzieć. Nie rozmawiamy z nimi, udajemy, że ich nie ma. Emocje bolą, zwłaszcza te smutne, rozgoryczone.

 

Dlatego, jak ktoś uparty już na całego a ma niewyjaśnione, niedokończone sprawy za życia, zmarli sami przychodzą do nas. W postaci ptaszków rudzików, pojedynczych piórek pochodzących niewiadomoskąd, w snach.

 

Mieszkam w Anglii już ponad 9 lat. Grób ś.p. Dziadka, którego byłam oczkiem w głowie odwiedziłam może raz czy dwa razy. Wcale nie czułam i nie czuję z tego powodu wyrzutów sumienia. W trudnych chwilach mojego życia Dziadek odwiedzał mnie bardzo często w snach, rozmawiałam z nim, zawsze mnie uspokajał, mówił, bym była cierpliwa. To, że czuwał nade mną wiedziałam zauważając pewne rzeczy w realnym świecie, o których wiemy tylko ja i On. Od pewnego dnia w tym roku już go nie widuję, pożegnaliśmy się na dobre. Zrobił swoje, ja zrobiłam swoje, teraz trzeba żyć dalej.

 

Nie jestem chrześcijanką, ale wierzę w Boga i mam swoją wiarę w życie po śmierci, która kompletnie nie jest związana z żadną religią na Ziemi. By się spotykać ze zmarłymi wcale nie jest potrzebna do tego modlitwa z katolickiej książeczki ani szklana kula w gabinecie wróżki. Wystarczą proste, najprościejsze słowa płynące od nas samych.

 

Kwestię wiary w życie po śmierci determinuje nasze pochodzenie i wychowanie. Jednak niezależnie od religii i miejsca zmarłe dusze i tak i tak nas nawiedzają. Zawsze znajdują sposób. A jak najlepiej do danej osoby trafić? Właśnie poprzez jej rodzaj i styl wiary.

 

Każdy z nas ma wybór i własne sumienie co chce robić i jak postępować w sytuacji śmierci bliskich czy dalszych osób. Każdy z nas czuje i cierpi inaczej, każdy z nas ma inny wymiar intuicji i odczuwania życia duchowego. Każdy z nas na swój sposób godzi się z przemijaniem. Każdy z nas ma inne doświadczenia z kostuchą. Nie wszyscy się jej boją. Trzeba to uszanować, nie zmuszać do łażenia na groby, bo tak trzeba.

 

Świat pozamaterialny jest nieskończenie piękny, ale zarazem okrutny i przerażający. Sami, we własnym tempie, we własnym procesie doświadczania musimy odnaleźć równowagę między życiem, przemijaniem a śmiercią.

 

Nie czuję się komfortowo na cmentarzach, energia takich miejsc jest niesamowicie porażająca. Swego czasu lubiałam chodzić z kumpelą w te magiczne wieczory, chłonąć blask zniczy, obserwować ludzi i czuć bardzo sprzeczne wibracje z różnych miejsc. Wtedy to było dla mnie nowe i fascynujące. Teraz – męczy, sprawia, że jestem bezsilna.

 

Wiele dusz się błąka. Tragiczna śmierć, brak odwagi, by wybaczyć, żal, że za mało czasu się poświęcało, nie zdążyło się czegoś powiedzieć, zrobić. Zmarli próbują po śmierci to naprawić. Ale ludzie są tak zaślepieni materializmem, że totalnie nie ma szans by choć na chwilę się wyciszyli i dali posłuchać głosom z zewnątrz.

 

Boimy się tego, co nieznane, niewyjaśnione. Bo co ludzie powiedzą? Dzieło Szatana?

 

Wolimy żyć dalej w bezpiecznej iluzji, stworzonej przez nasze tradycje i religie. Ego, wymuszone przez społeczeństwo od małego skutecznie blokuje nasze naturalne możliwości intuicyjne i telepatyczne. Ego jest zawistne, skupiamy się na swoich naturalnych emocjach, uczuciach, które walczą ze społecznymi normami, z naszym ego właśnie. Kiedy jakaś rana na ręce nas boli, uciskamy tę ranę prawda? Zamiast po prostu tego nie tykać i pozwolić by czas ją zagoił to sami jeszcze bardziej ją rozjątrzamy, rozdrapujemy wciąż na nowo, doprowadzając do ponownego krwawienia raz po raz. Tak samo sprawa ma się ze zmarłymi, zwłaszcza z tymi, których kochaliśmy kiedyś bardzo mocno. Niby mija kilkanaście lat od śmierci, ale wciąż nie pogodziliśmy się z ich nieobecnością. Wciąż boli. Rozpaczliwie tęsknimy.

 

Nie pozwalamy im odejść, wciąż uciskamy tę ranę na sercu, chcemy ich pamiętać jak najdłużej,

 

chcemy by bolało jak najdłużej.

 

Zamiast zwyczajnie im PODZIĘKOWAĆ, że byli właśnie z nami kawałek życia, pomogli, poprzytulali, wychowali, to egoistycznie wciąż ich trzymamy przy sobie.

 

Oni to wiedzą, wierzcie mi. Męczą się tak samo jak Wy. Łańcuch, który Was trzyma tak naprawdę silniejszy jest tylko po realnej stronie i tylko fizyczna osoba jest w stanie go urwać. Urwanie tego łańcucha jest bardzo bolesne, okupione jest gorzką prawdą, przed którą uciekaliśmy przez lata, łzami i rozdzierającym bólem serca. Ale potem… Potem następuje spokój a w naszym życiu wszystko nagle zaczyna się układać.

 

Urwanie tego łańcucha to nic innego jak wybaczenie. Im i sobie. Że nas zostawili, że odeszli bez pożegnania, że nie zdążyli.

 

To nie śmierć boli.

To życie boli.

 

To MY SAMI sprawiamy, że nasze życie boli. Sami sobie stwarzamy piekło na Ziemi. W głowie, w myślach.

 

Spójrzmy na to z drugiej strony. Nie, nie, nie jako niematerialne byty poza Ziemią i czasem, ale jako my sami. Tu i teraz.

 

Popatrzcie wokoło, co macie, co posiadacie, co osiągnęliście, kim jesteście, gdzie jesteście. Macie słoneczka, które kochacie najmocniej na świecie, macie pracę, która daje Wam hajs na podróże, macie kobietę swego życia, przy której codziennie się budzicie. Macie oczy, dzięki którym jesteście w stanie zauważać proste, codzienne, za to bardzo wymowne, obrazki. Macie uszy, dzięki którym słyszycie jego śmiech, słuchacie klasyki Mozarta, ciszy w górach. Macie skórę, dzięki której czujecie ciepło z ogniska gdzieś na biwaku, czujecie dotyk podczas kochania się, czujecie mroźny, północny wiatr stojąc na tarasie przed pałacem, czy też futro kotka. Macie ciało, które jest obejmowane, przytulane, ćwiczone, doświadczane.

 

Macie serce, dzięki któremu CZUJECIE.

 

I teraz pomyślcie.

“Czy którykolwiek z Was zastanawiał się choć przez chwilę jak to by było, gdyby Was nie było? Co byście stracili, gdybyście nie mieli szansy pojawić się na Ziemi, bo Wasz plemnik został prześcignięty przez innego rywala? 

Wiecie jak bolesna jest świadomość, że Was mogłoby NIE BYĆ tu i teraz?

Czy w ogóle odczuwacie wdzięczność za sam fakt istnienia? Wdzięczność za to, co macie, posiadacie, co dostajecie od Losu? Czy kiedykolwiek powiedzieliście sobie: „Dziękuję, że żyję.”? (Tu i teraz)

 

To nie śmierć boli tak naprawdę. To nie strach przed nią boli.

 

Boli sama świadomość, że mogłoby nas po prostu NIE BYĆ.

 

Jutro może Was walnąć autobus. I już nigdy możecie nie zobaczyć swojej córeczki, nie przytulić się do męża, nie czuć zapachu rosołu w zimowy wieczór, nie usłyszeć ulubionej piosenki, no jakieś pasje, zamiłowania, sami se wybierzcie co jest dla Was najcenniejsze.

Widzicie, ile można stracić? Normalnie cały sens życia.

_________________________

 

1.11.2018r.

 

Minęły dwa lata od napisania tej notki. Niewiele się zmieniło jeśli chodzi o podejście człowieka do tej tradycji. Ale zmieniło się wiele w moim umyśle, odczuwaniu, perspektywie. To była długa droga, dwa lata odkrywania siebie, swojej drogi. Dwa lata szukania prawdy absolutnej, której nie ma i nie będzie.

 

Prawda absolutna to iluzja, to matrix duchowy, to sen, za którym ego lubi gonić, często za wszelką cenę.

 

Bo kto tę prawdę odkryje – odkryje wszystkie prawa Kosmosu. Który również może być scenografią pod naszą rzeczywistość, ale nie musi. W prawach Kosmosu jest dobro i zło, sprawiedliwość i bezkarność, obojętność i miłość, życie i śmierć. Są odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące tych aspektów. A tymczasem mało kto wie, że to właściwy balans, równowaga i własne podejście do tej równowagi jest istotą naszego życia. Śmierć nie jest wyjątkiem. Dusze, świadomości, zmarli ukazujący się w snach – to wszystko istnieje, ale tylko wtedy jeśli Ty sam chcesz by istniały.

 

Twoja tradycja –  Twoje wierzenia – Twój wybór.

 

Ale chociaż postaraj się nadać jej szacunek, chociaż postaraj się nie iść na groby „bo tak rodzina chce”, chociaż bądź szczery i uczciwy w tej tradycji. Wierzysz w Boga, Allaha, w życie po śmierci – spoko, ja nic do tego nie mam, ale zachowaj to dla siebie, nie szpanuj tym, nie wstawiaj swojej „wiary” na instagrama, tylko dlatego, że chcesz pochwalić się nowym płaszczem lub okazałym nagrobkiem. Nie bądź hipokrytą.

 

Jeśli już w coś wierzysz, postaraj się, by Twoja wiara wypływała z Twojego środka, a nie z ego. 

 

Czy ja wierzę w życie po śmierci? Nie myślę o tym wcale. Skupiam się na tu i teraz, na kreowaniu swojej rzeczywistości. Staram się być psychicznie i emocjonalnie niezależna od innych osób. Nie mam oczekiwań wobec nikogo, nie mam zobowiązań, nie poczuwam się do odpowiedzialności za czyjeś życie. Każdy z nas jest indywidualną i samodzielną istotą. Mi pozostaje szanować czyjeś wybory, decyzje, poglądy. To ich droga, ich rozwój duchowy. Jak ktoś umrze? Zwłaszcza z moich bliskich? Energetycznie tę osobę będę czuła, tak samo jak teraz czuję moich dwóch ś.p. Dziadków oraz wiele, wiele innych osób, które odeszły niespodziewanie. One „żyją” na swój sposób. Energie nie giną, myśli nie giną. Ale to jest moja „rzeczywistość”, bo mogę „sprawić”, by przestać to wszystko czuć.

 

I śmierć będzie dla mnie NICZYM.