Jakiś czas temu Anetka miała okazję zrealizować swój prezent urodzinowy – lot malutką cessną. Jeszcze pół roku temu jarałabym się bardzo, bo Maleństwo lubi fruwać, chmurki na dole widzieć, buszować między obłokami. Ale teraz – już spokojnie do tego podeszłam. Jak tylko znaleźliśmy się na górze, pilot oddał stery w moje ręce. I tak już było przez cały lot. Przelatywaliśmy przez okolicę, widać było zatoki, klify, morza, całe północne wybrzeże Norfolk. 

Czułam się w ciasnej, maleńkiej cessnie bardzo bezpiecznie. Cały lot odczułam jako spokojny, relaksacyjny spacerek.

I to mnie lekko zdziwiło…

 

Bo gdzie zniknęła ta moja ekscytacja lataniem? Nie mam nigdy dosyć latania samolotami a siedzieć za sterami, mieć bezpośrednie widoki to dopiero coś. Ale nie. Pilot wyczuł u mnie brak strachu i stwierdził, że latanie mam we krwi. 

 

 

No właśnie, brak strachu. Adrenalina, emocje, ekscytacja, cośkolwiek, od czego będzie zależało moje życie? Jakiekolwiek odczucie, że mam własne życie w swoich rękach? Czasem to nie działa, bo tu chodzi o myślenie.

 

Co Ci się może stać? Nic.

 

Dopóki siedzisz w komforcie bezpieczeństwa dopóty nic Ci się nie stanie.

 

Tymi pasami bezpieczeństwa jest Twoje myślenie.

 

Nigdy nie dopuszczałam do swojej myśli jakiegoś ryzyka w wypadkach, bo jak? Gdzie? Cessna? Pilot, który lata kilkadziesiąt lat, po kilkadziesiąt godzin tygodniowo? Zaufałam jego doświadczeniu i „zamknęłam temat”, skupiłam się na sobie i na chwili. Kiedy jeżdżę autem, a jeżdżę dużo, również nie widzę siebie w żadnym wypadku, bo co mi się może stać? Wiem, że wszystko jest możliwe, ale ja po prostu nie widzę siebie w takim scenariuszu, nie dotyczy mnie, mam to gdzieś, nie interere mnie ta myśl. Pojechałam do Azji Środkowej, uprzednio wysłuchawszy hurtownie litanii o niebezpieczeństwach w tamtych krajach. Wzruszałam ramionami. W Londynie też są zamachy, elo. Widziałam te kraje jako spokojne, z dala od cywilizacji, dlatego bezpieczne, i takie też one były, takimi je odebrałam, łącznie z ludźmi, kulturą, przygodami.

 

Ty tworzysz rzeczywistość poprzez swoje myślenie.

 

Już wyjaśniam.

 

Jeśli bym chciała przeżyć zamach na lotnisku w Stambule (podczas tamtego mojego wyjazdu były takowe dwa) to bym się na tym skupiła, bałabym się, strachała ewentualnymi możliwościami. Ale nie, myślami byłam w Pamirze, zaszpanowaniem zdjęciami na fejsie oraz powrotem tam na motorze w niedalekiej przyszłości. 

 

Nie podchodzę emocjonalnie do „niebezpiecznych” tematów, zdaję sobie sprawę jak działa ludzka psychika, emocje, ego. I jak to wszystko się przekłada na rzeczywistość. Ludzie lubią histeryzować, marudzić, biadolić a potem się dziwią, że ich życie wygląda tak jak histeryzują, marudzą, biadolą. Własny kołowrotek, który emocjonalnie uzależnia. 

 

Ja do żadnego takiego kołowrotka z „niebezpieczeństwami” nie włażę. Nie chce mi się męczyć, biegać w zaparte, bez celu, w miejscu. Zwłaszcza DLA KOGOŚ/CZEGOŚ. Jestem za leniwa na skrajne emocje. 

 

Nie mój cyrk – nie moje małpy.

 

Już teraz wiem (bo w snach to mam), że jak wsiądę na swój pierwszy motor i poczuję ten smak, w którym moje życie będzie zależne tylko ode mnie, już teraz wiem, że nic mi się nie stanie. Bo motory są „moje” po pierwsze, po drugie – dobry osprzęt (kask, ubiór, itd) owszem, chroni w pewien sposób, ale najważniejsze jest po trzecie – własny kaftan bezpiecznego myślenia. 

 

Co mi się może stać? Nic (tu się dodaje wzruszenie ramionami). To tylko motor, moja przyjemność, moja radość, mój relaks, mój spokój, mój dom.

 

I teraz.

 

Myślenie odgrywa ogromną rolę, wiecie, ale nie działa to, jak nie masz świadomości swoich działań, reakcji, zachowań. I nie spojrzysz na to wszystko z dystansu.

Myślenie jest energią, a energie mogą sobie wszystko, są elastyczne, są wszędzie i są nigdzie, bywają samotnikami i lubią się tulić z innymi. Ty im rozkazujesz jak mają się zachowywać. 

 

Wybrałam bezpieczeństwo w zmechanizowanych środkach komunikacji. Wybrałam stabilność finansową oraz filozofię „należymisięwizm” w tej kwestii. Te myślenie jakoś samo przyszło. Te wzruszanie ramionami, taki chleb powszedni. Nie mam wyrzutów sumienia ani nie jaram się zbytnio kasą. Bo to tylko kasa, środek do szczęścia (czyli zakupów w tkmaxxie). I ten hajs zawsze jest na wszystko. Bo wmawiam sobie bez większego przekonania, że ja po prostu problemów z pieniędzmi nie mam. I mówię to wszystkim, wokoło, od prehistorii. Bo czym się martwić? Na wszystko przecież jest. Widzę to po sobie i po wielu, wielu znajomych, którzy bezwiednie powtarzają magiczne mantry finansowej oazy. Zawsze mają środki na wszystkie potrzeby swoich pięcioraczków, w dodatku przy zarobkach z huty. 

 

Więc dlaczego tego myślenia nie umiałam przenieść na swoje zdrowie, uczucia i wygląd? 

 

Nie wiem. Ale niedawno się dowiedziałam dlaczego.

 

No w sumie, na zdrowie przeniosłam, nieświadomie. Przecież się „wyleczyłam” z zespołu nieruchomych rzęsek oraz HCV/marskości wątroby. W moim mniemaniu zawsze byłam zdrowa i jestem zdrowa. I wszystkim od lat mówiłam i pisałam i powtarzałam, że ja nie choruję, nie przeziębiam się, no bo jestem zdrowa. I tyle. Fakt oczywisty. I tak było i dalej jest. Mnie się wirusy & bakterie & inne cuda nie czepiają na tej samej zasadzie co „niebezpieczna mechanika” – nie dotyczy mnie, nie interere, mam to gdzieś. Pamiętacie wpis o puszczaniu – jak przez lato tylko poprzez zmianę myślenia z „cudzego” na „swoje” moje ciało nagle „wyzdrowiało”? I nagle zaczęłam tolerować gluten, tylko dlatego, że powiedziałam sobie: „Dobraaaaa, olać toooo!„.

 

Jem teraz cukierki eklerkowe – nagroda z pracy za pracownika miesiąca, bez wysiłku, mimo, że stłukłam piwa, mimo, że zapomniałam przyjść do pracy parę razy, mimo, że zaspałam, i co z tego? cukierki jem, bo mi się jak najbardziej należą.

 

No właśnie, bo mi się należą? Przecież cała paczka to kilogram cukru, chemii jakiejś, zęby się popsują, aktualne plomby wypadną, 20km biegania, pójdzie na boki, pójdzie w tłuszcz, trudny do spalenia… A te misięnależą to nie przypadkiem kuszenie ego do złego? Do tych boczków? Do kolejnego zapętlonego wmawiania sobie, jaka to jestem gruba i nie zejdę poniżej 70kg?

 

Tych magicznych 70kg?? No właśnie, dlaczego od zawsze ważę w granicach 70kg i nie mogę zejść do wymarzonych 60-ciu??

 

„Anetka, jesteś wysoka, masz 172cm i waga 70kg jest dla Ciebie idealna!!” – ile razy to słyszałam lub czytałam? 

 

Milion razy. Te milion razy starczyło, by mi się to wryło w mózg. W ciało właściwie. Bo ciało jest odbiorcą mózgu, jest odbiorcą naszych myśli. Stojąc przed lustrem przed pierwszą chemioterapią, ważąc wówczas ok 90kg, mając mega stłuszczoną wątrobę, marskość, myślałam sobie jak to lekko będzie mieć te cudne 70kg. 

Czemu nie od razu 60kg? Tylko dlatego, że tak mi wmawiano? I ja to sobie przyjęłam?

Nawet teraz, kiedy wątroba jest już nówka, zero tłuszczu u niej, fantastyczne trawienie, ponad rok na weganizmach, witarianizmach, detoksach, szejkach a ja wciąż na twardej 70tce? I nawet wtedy kiedy na siłowni „harowałam” dwa lata temu przez pół roku, codziennie po kilka godzin? I biegałam długie dystanse? Waga była niewzruszona.

 

Jak to możliwe?

 

Nie, nie byłam za krótko na tych wszystkich stylach żywieniach, nie, nie poddawałam się za szybko. Intuicyjnie wiedziałam, że coś przegapiam, że coś omijam, jakiś klucz mi umyka. Uzupełnione niedobory, lepsze trawienie, bimbanie się na dietach, które kompletnie mi nie pasowały…

 

Wiecie dlaczego mi nie pasowały?

 

Bo poddawałam się cudzym „prawdom”, cudzym sugestiom. To nie była moja „prawda”. Co innego słyszałam/czytałam a co innego mi mózg wmawiał mojemu ciału. Był straszliwy dysonans.

 

A okazało się, że dużo większą moc ma nie społeczna sugestia innych, tylko moje własne myśli…

To ICH właśnie ciało najpierwej, w pierwszej kolejności, priorytetowo, słucha.

 

Jeśli ktoś uważa, że weganizm/witarianizm jest zdrowy, leczy z wszelkich chorób – to tak będzie. Jeśli ktoś będzie szerzył, że dieta Atkinsona odchudza – tak będzie. Jeśli ktoś zadecyduje, że orzeszki ziemne i soja są prozapalne to ludzie przestaną je jeść – będą się stresować jeśli zjedzą przypadkiem jogurt sojowy lub ciasteczko z masłem orzechowym, ciało odbierze stres i „zachoruje” zapalnie. Jeśli ktoś będzie wmawiał, że dzieci indygo & kryształy istnieją – takie aury będą istnieć. Jeśli ktoś się uprze, że dotknął kosmicznej prawdy absolutnej – się znajdą tacy, którzy mu uwierzą. I założą grupy fanów na fejsie. I powstanie zbiorowa schiza, zbiorowe przekonanie, potężny wpływ społeczeństwa na jednostkę – wahadło, jakby powiedział ezoteryk. Jak ktoś powie, że mleko szkodzi i tuczy to ludzki mózg to przyjmie i będzie tuczył ciało. Jak ktoś powie, że zielone liście są wysokowibracyjne a hamburger z makdonalda niskowibracyjny – to uwierzą i będą się strachać przed tymi wibracjami (jeszcze raz przypominam – mierzalność wibracji istnieje tylko w umyśle ludzkim, Ty sam nadajesz intencje temu co jesz i jak wpłynie to na rozwój duchowy). Jak ktoś Ci wmówi, że nie osiągniesz orgazmu i że jesteś aseksualna – to Twoje psycha & ciało w to uwierzą i się zablokuje w tej sferze a Ty oficjalnie uznasz, że nie zasługujesz na dobry seks (będzie kiedyś o tym wpis). Jeśli Mama Ci wmówi, że pietruszka ma dużo witaminy C, więcej niż cytryna, to uwierzysz jej i „sprawisz”, że ciało będzie z tej pietruszki pobierało faktyczne spore ilości witaminy C. I dzięki pietruszce nie będziesz grypować przez zimne sezony. Dopóki masz cukrzycę to masz cukrzycę – cukrzycowy kołowrotek.

 

Jeśli ktoś będzie twierdził, że placebo działa – tak będzie.

 

Ludzie posuną się do wszystkiego, by poczuć smak władzy nad ludzkim umysłem, mieć więcej hajsu z takiej władzy. Zawsze będą tworzyć nowe statystyki, teorie spiskowe, systemy & matrixy, style pseudozdrowego odżywiania się, rewolucje żywieniowe, leki na raków, sposoby na podwyższenie wibracji, organiczne kosmetyki. Każdy wybiera czego chce doświadczać.

 

Ilu ludzi tyle iluzji.

I każde, ale to każde życie jest warte by je przeżyć. Nawet te nieświadome, „śpiące”.

 

A prawda, jak to zawsze, zawsze będzie przed czubkiem nosa.

 

Bo „werbalne traumy” zostają. Zwłaszcza, jeśli te traumy pochodzą od osób, których sobie bardzo cenimy, poważamy, uznajemy za autorytet. Osób, które są znanymi w social mediach, które odpowiadają za styl żywienia (jedz codziennie kapustę kiszoną, bo priobiotyk, unikaj cukru, bo ryje na mózg, jedz moją spirulinę, bo najczystsza, jeśli uważasz, że jesteś zgrabna, to jesteś! możesz mieć dużo kasy, tylko wystarczy chcieć, napisz do mnie a zaprogramuję Twoje myślenie! zakochaj się!)

 

Zakochaj się!!! W sobie, w pasji, w tym co robisz, w kimś.

 

Jak można się zakochać w cudzej sugestii?? W społecznej schizie? Jak można zakochać się w czymś, co należy do kogoś, a nie do Ciebie? Skąd wiesz, że to coś jest również Twoje? Na pewno Ci pasuje? Na pewno takim zakochaniem nie tuszujesz siebie? Nie ukrywasz podświadomie swoich wewnętrznych przekonań, które Ci wyryto przez lata? A potem się dziwisz, że ta „miłość” do idoli/autorytetów/socjalmedierów nie działa na Ciebie? Na pewno wiesz dlaczego?

 

Nie karm ich, słuchaj, próbuj, ale nie bierz w pełni do siebie. Szukaj siebie, swojej prawdy, swojego sposobu jedzenia, kochania, rozmawiania, zarabiania, spędzania wolnego czasu oraz kreowania swoich pasji. To ma być po Twojemu, w Twoim tempie. 

 

Ostatnio gadam ze swoim mózgiem, ciałem, Maleństwem, itd, z tym całym chórem, który jest za mnie odpowiedzialny i ja za nich – „Dobra, już nie macie z czego się tłumaczyć, mam naoczne, niepodważalne dowody, że wątroba już nie jest otłuszczona, i nie dam już sobie więcej wmawiać, że z tego powodu wszystko co jem idzie w tłuszcz, nie ma już takiej opcji, wątroba pracuje zdrowo i normalnie i trawi wszystko co jem, nic nie odkłada niepotrzebnego po kątach komórek, aaa i waga, odczepiamy słowa idealnej wagi 70kg, zniżamy do zdrowej 60tki, bo to jest MOJA waga a nie Babci/Mamy/magazynu kobiecego, hej! I nie jestem gruba więcej, weź się, jego czułe dłonie i usta, które dotykają moje ciało mówią co innego, to wszystko i tak siedzi w mojej głowie, skup się na swoim myśleniu, łap się na tym, zmieniaj to, pracuj Anetka! Nie masz problemów z ryzykiem, adrenaliną, zdrowiem, to dlaczego miałabyś mieć jakiś problem w kwestii wyglądu i seksualności? Jedna i ta sama półka myślenia.

 

Zobaczymy. Ciało ma dziwne fazy ostatnio, ale przeczekam, bo może to chwilowe. 

 

Zainteresowanym polecam do indywidualnej weryfikacji książkę „Odchudzanie i prawo przyciągania” Bogusławy Krause. Spokojnie przerobić ją można na swoją modłę, pod siebie, otwiera oczy, rozjaśnia. Potraktujcie to, proszę nie jako wyrocznię, ale jako jedno z wielu narzędzi, środków, kwiatków na swojej drodze, do zmiany w sobie samym.

 

anetka adfalkiewicz odchudzanie

Jak programować mózg w każdej dziedzinie życia?